Author Archives: minimalplan

Przesyt

Czytam kolejną książkę napisaną przez blogerkę od minimalizmu i prostego życia. Bloga lubiłam, choć od jakiegoś czasu zmienił się w tablicę reklamową, na której poszczególne wpisy związane są z produktami lub akcjami promocyjnymi partnerów. Autorka stara się, jak może, żeby teksty nie przypominały gotowców z materiałów prasowych, ale mimo to jest coraz mniej ciekawie i autentycznie. Książka rozczarowuje. Nic w niej nowego, za to mnóstwo cytatów z różnych mądrych lub znanych ludzi, rozkładania na czynniki pierwsze dość banalnych kwestii – bez szkody dla materiału dobry redaktor mógłby skrócić całość co najmniej o połowę. A co najgorsze, jest niesamowicie wtórnie, włączając w to przetworzone nieco fragmenty z książki Dominique Loreau. Piszę to z przykrością, bo śledząc minimalistyczną blogosferę naprawdę kibicowałam autorce. Dlatego nie podaję nazw i nazwisk.

Nie mam też pretensji, takie jest życie; świetnie, że blogowanie daje dziś możliwość dodatkowych zarobków, rozpropagowania swojej działalności, może być alternatywą dla tradycyjnej pracy. Na miejsce jednej czytelniczki przyjdzie wiele nowych.

Nie pierwszy to zresztą i nie ostatni taki przypadek. Trudno wymyślić koło, dodać coś świeżego i nowego do skomercjalizowanej papki pod nazwą „minimalizm/proste życie”. Polski rynek wydawniczy działa według metody „najbardziej lubimy piosenki, które już znamy”, więc – podobnie jak w przypadku książek o Francuzkach, Japonkach czy hygge – powiela się ciągle te same treści w nowych opakowaniach.

To chyba najbardziej szczera odpowiedź na pytania o przedłużające się milczenie. Co można jeszcze dodać, skoro filozofie spod znaku slow, podlane coachingowym słodkim sosem, wlewają się wszystkimi możliwymi otworami, że aż chce się od nich uciec w barokowe rozbuchanie, w sceny rodem z „Marii Antoniny”?

Reklamy

Wakacyjna przerwa

Chciałabym pisać tutaj częściej – od dłuższego czasu zastanawiam się też, jak uatrakcyjnić blog. Wiem, że wielu z Was zagląda tutaj, wyczekując nowych postów. Nie ma co jednak się oszukiwać – teraz intensywnie skupiam się na pracy nad czymś innym, i tak będzie jeszcze co najmniej przez półtora miesiąca. Nie chcę pisać niczego na szybko i byle jak – staram się poświęcać jednej rzeczy naraz, za to stuprocentowo, i dopiero potem to samo robić z kolejną, a jednocześnie nie zaniedbywać odpoczynku. Dobrze się składa, bo akurat trwa letni sezon w nieco zwolnionym tempie, zamiast czytać blogi, lepiej spędzać czas w otoczeniu przyrody, z dala od ekranów. Obiecuję zatem – i nie jest to rzucanie słów na wiatr – że wrócę w połowie września z nową energią, będzie kontynuacja dotychczasowych tematów, ale też nowe. Tymczasem zachęcam do lektury archiwalnych wpisów – i dobrych wakacji wszystkim 🙂

Otagowane , , , , ,

Jak rzucić etat i przeżyć, część 1

Zainteresowanie filozofią minimalizmu, prostego życia, slow life – czy jak je zwał – początkowo sprowadzające się do przeglądu stanu posiadania, stopniowo pociąga za sobą zmiany na głębszym poziomie. Jedną z nich, na skutek zadawania sobie podstawowych pytań, może być zmiana lub porzucenie wykonywanej pracy. Zachęcona komentarzami pod poprzednim postem, kontynuuję temat, rozbijając znów trochę mitów.

Na blogach różnych coachów i minimalistycznych guru (nie wszystkich, na szczęście) przewijają się hasła w stylu Coelho, które można sprowadzić do triady: myśl pozytywnie, wierz w siebie, a wszystko samo się zrobi. Człowiek przekonany, że wykonując dotychczasowe zajęcie tylko marnuje czas, umęczony toksyczną pracą, pragnący całym sercem zmiany, czyta wspaniałe historie o innych, którzy porzucili korpo, a teraz podbijają świat, pracując na własny rachunek, i już oczami wyobraźni widzi się na ich miejscu. Bo przecież każdy może zamienić ośmiogodzinny tydzień pracy na cztery godziny tygodniowo, najlepiej w pięknym otoczeniu gdzieś pod palmami, za które na konto będą spływać miliony. Oczywiście, myśleć pozytywnie należy jak najbardziej, inaczej do sabotażu otoczenia przerażonego naszymi niezrozumiałymi dla większości ludzi wyborami dojdzie jeszcze auto-sabotaż i wspaniałe plany spalą na panewce. Faktycznie też jest coś w tym, że trzeba najpierw zamknąć jakiś rozdział, żeby pojawiły się nowe możliwości, i zwykle, gdy podąża się za swoim, jakoś się zaczyna układać. Zwykle. Nie każdy jednak ma takie szczęście lub tak mocną wiarę.

tumblr_oox8gpT8Tv1tx9kqyo1_500

Źródło: Tumblr

Najbardziej rozsądną drogą, znaną z autopsji, wydaje się mi więc zaciśnięcie jeszcze przez jakiś czas zębów i równoległe podążanie w kierunku, który nas pasjonuje. Rozwiązanie mniej drastyczne, lecz trzeba mieć świadomość, że zanim to drugie zajęcie zacznie przynosić efekty, także w postaci zarobków, minie trochę czasu. A dopóki tak się nie stanie, po drodze będzie go zdecydowanie mniej, co może być zaskoczeniem dla niejednego zwolennika lub zwolenniczki filozofii prostego życia, której jednym z przejawów jest wszak ograniczanie aktywności, celebrowanie chwil, przywiązywanie wagi do wartościowego odpoczynku. Niestety, nic samo się nie zrobi, a doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. Gdy pracowałam ciągle na pełnym etacie i równolegle rozwijałam inne obszary, wolne wieczory i weekendy bywały rzadkością; zdarzało się, że gdy przychodził już taki wolny weekend, zostawałam w łóżku z nagłą chorobą, bo organizm sygnalizował przemęczenie. Trzeba mieć świadomość, na co się decydujemy, żeby nie zrezygnować w pół kroku z poczuciem przegranej, bo wtedy mało prawdopodobne, że spróbujemy wyrwać się na wolność po raz drugi. Żeby nie przewrócić się pod nadmiernym brzemieniem, dobrze jest wtedy zrobić sobie przegląd wszystkich swoich aktywności i odciąć na ten przejściowy czas te wszystkie, które wykonujemy, bo tak wypada, bo kiedyś się chciało, albo z przyzwyczajenia.

Rozsądek rzecz ważna, bywają jednak sytuacje, kiedy staje się największym hamulcowym. Łatwo sobie wytłumaczyć, że jeszcze nie teraz, jeszcze trochę, gdy zmienią się okoliczności, jednocześnie czując, że każda godzina spędzona w dotychczasowym miejscu jest godziną straconą, a przed wyjściem do pracy boli brzuch. Mijają dni, miesiące, lata, szanse na sensowną zmianę maleją. Czasu nikt nie zwróci. W takiej sytuacji faktycznie nie ma na co czekać i męczyć się w dotychczasowym miejscu, tylko pożegnać się od razu z nielubianą pracą i skupić intensywnie na rozwoju nowego przedsięwzięcia. Dobrze jednak wcześniej zapewnić sobie oszczędności, które pozwolą żyć na przyzwoitym poziomie przez minimum pół roku (a jeszcze lepiej: rok). Po takim czasie powinno już być z grubsza wiadomo, czy z tego chleba będzie mąka, czy lepiej zacząć szukać nowego zajęcia w celach wyłącznie zarobkowych, zanim zaczniemy żyć z pasji. To samo dotyczy szczęśliwców, którzy mają zapewnione pasywne źródło dochodu (np. wynajem nieruchomości). W tym drugim przypadku też warto mieć jakieś pieniądze w zanadrzu na wypadek nieprzewidzianych wydatków związanych z utrzymaniem owego źródła (np. remont) i przetrwanie miesiąca-dwóch braku pasywnych dochodów, gdyby taka sytuacja się przytrafiła.

A kiedy już koniecznie musimy natychmiast, w tej chwili zmienić swoje zawodowe życie, nie bacząc na pustki na koncie, to rzucajmy się na głęboką wodę, ale mając pewność, że gdy zaczniemy tonąć, na brzegu stoi ktoś, kto zaraz nas z niej wyciągnie. Wbrew pozorom każdy (albo prawie każdy) ma takie osoby w swoim otoczeniu.

A jakie są Wasze doświadczenia w tej materii?

Otagowane , , , , , , , , , ,