Category Archives: Rozmowy

Z życia autorki książek o minimalizmie

minimalizm-po-polsku-czyli-jak-uczynic-zycie-prostszym-b-iext25466207

Lubię ludzi, którzy pozostają sobą niezależnie od mód. Mają charakterystyczny styl, który współgra z ich osobowością. Lubię patrzeć na takie osoby i tak samo lubię czytać blogi, których autorki lub autorzy piszą samodzielnie, mają własne obserwacje, nie kopiują „formatów” czy pomysłów od swoich faworytów, zajmujących się tymi samymi tematami – tylko na przykład prowadzonych w innych językach.

Jednym z takich ulubionych blogów, na długo przed tym, zanim napisałam pierwszy prasowy tekst o minimalizmie, był blog Anny Mularczyk-Meyer, wtedy jeszcze prowadzony pod nazwą Minimalistka, później jako Prosty blog. Styl pisania Anny był dojrzały, od razu dawało się wyczuć oczytanie i kulturę słowa. Miała własne, oryginalne refleksje na temat ograniczania otaczającego ją nadmiaru, szła swoją minimalistyczną ścieżką, bez pośpiechu, dzieląc się wrażeniami z tej wędrówki z czytelnikami. Wiele jej wpisów dało mi do myślenia; zdarzało mi się podążać poddanymi przez nią tropami. Nie udawała polskiej Dominique Loreau ani Mireille Guilliano, była sobą.

Potem przy jakiejś okazji spotkałyśmy się „w realu”: Anna mieszka w moim rodzinnym mieście. Wrażenia z bloga potwierdziły się. Okazała się osobą, z którą można godzinami rozmawiać na niebanalne tematy, która cały czas się rozwija, nie żyje bezrefleksyjnie, tylko stara wydobyć z siebie i otoczenia to, co najlepsze. Która  metodą prób i błędów dowiedziała się, czego chce i nie traci energii na dostosowywanie się do konwencji, nie ogląda na zewnętrzne wzorce.

Tak samo autentyczna jest jej książka „Minimalizm po polsku”,  która ukazała się latem ubiegłego roku nakładem wydawnictwa Black Publishing, młodszego dziecka Wydawnictwa Czarne, i której recenzje można dziś znaleźć na niemal wszystkich szanujących się blogach związanych z prostym życiem. Ciekawiło mnie, jak Anna odnajduje się w nowej roli, zwłaszcza że- co też jej się chwali – mimo sporej popularności w sieci nie jest osobą z zadatkami na wszystkowiedzącego guru a la Leo Babauta (podczas jednego ze spotkań autorskich, w którym uczestniczyłam, zafrapowało mnie, że uczestnicy zadają jej pytania w rodzaju: „jak żyć?”, oczekując szczegółowych instrukcji, choć przecież powtarza w książce do znudzenia, że nie ma jednej uniwersalnej recepty i trudno sprowadzać rzecz do konieczności posiadania białych prześcieradeł, jak u wspomnianej Loreau).  Zastanawiałam się też, jak ewoluowały jej poglądy od momentu założenia bloga, czego się o sobie nauczyła. Poniżej więc krótka rozmowa, a ja już cieszę się na kolejną książkę autorstwa AM-M.

Jak reagujesz, gdy podczas spotkań autorskich albo mailowo czytelnicy pytają Cię „jak być prawdziwą minimalistką”? „czy już mogę o sobie mówić, że jestem minimalistą, gdy robię tak albo tak…”? 

–  Szczerze mówiąc, zdarza się to raczej rzadko. To zwykle dziennikarze zadają czasem takie pytania, ale wydaje mi się, że czytelnicy mają świadomość tego, że nie istnieją jakieś odgórne wytyczne co do zachowań, które można uznać za minimalistyczne lub nie. Gdy padają takie pytania, zawsze odpowiadam mniej więcej tak samo: nie ma jednego sztywnego wzorca minimalizmu. Poza tym nazywanie siebie minimalistą jest jednak pewnym uproszczeniem, bo skoro uważamy minimalizm za narzędzie czy sposób myślenia (a nie np. styl życia), lepiej mówić o sobie, że posługuję się tym narzędziem w określonych celach, a nie że jestem minimalistą.

Sama nie uciekam przed tą etykietką, bo dzięki niej łatwiej się czasem porozumieć, ale gdybym miała być bardziej precyzyjna, powiedziałabym, że nie jestem minimalistką, tylko osobą zafascynowaną pięknem prostoty i minimalizmu.

Czy praktyka minimalizmu/dobrego życia ma dla Ciebie dziś wymiar bardziej praktyczny, czy duchowy?

Oba – w równym stopniu. Zaczynałam od wymiaru praktycznego, duchowy doceniłam w drugiej kolejności, ale teraz obydwa są równie istotne. Początkowo liczyło się tylko uporządkowanie fizycznej przestrzeni, lepsza organizacja, uzyskanie wolnego czasu, opanowanie zakupoholizmu. Stopniowo zaczęłam dostrzegać jednak, jak ważne jest dążenie do prostoty w wymiarze duchowym i intelektualnym. Dobrowolne wyznaczanie sobie granic i ćwiczenie samoograniczania bardzo pobudza rozwój osobisty i uwalnia kreatywność, uśpioną, gdy otacza nas nadmiar. Minimalizm wymaga dyscypliny, ale dzięki narzuceniu sobie pewnych rygorów człowiek osiąga o wiele więcej.

Jakie różnice dostrzegasz między Ajką Minimalistką sprzed czasu, kiedy zaczęłaś upraszczać swoje życie, a Ajką/Anną teraz? Co zmieniło się w poszczególnych sferach Twojego życia? Czego się o sobie nauczyłaś?

Czasem wydaje mi się, że to dwie zupełnie różne osoby – ja wtedy i ja teraz. Przede wszystkim dlatego, że przed rozpoczęciem procesu upraszczania nie znałam siebie zbyt dobrze i rzadko bywałam ze sobą szczera, lubiłam się oszukiwać, nie dopuszczałam do siebie wielu myśli, które gdzieś tam głęboko w podświadomości sobie siedziały. Nie miałam odwagi zmierzyć się z samą sobą, spojrzeć sobie wprost w oczy i przyznać do wielu spraw. Wydawało mi się, że bezpieczniej będzie je chować.

Upraszczanie i minimalizowanie zmusiło mnie do zmierzenia się z tym wyzwaniem – poznania siebie. Ten proces trwa już dobrych parę lat i nie przestaje mnie zachwycać. Im lepiej znam siebie, tym silniejsza się czuję.

Zmiany dotyczą wszystkich obszarów mojego życia, bez wyjątku. Kuchnia, garderoba, zwyczaje konsumpcyjne, sposób spędzania wolnego czasu, relacje, praca – we wszystkich tych sferach zapanował porządek, ale podkreślam, że nie stało się to z dnia na dzień, lecz jest wynikiem powolnej i systematycznej pracy. Filozofii małych kroków, stopniowych i przemyślanych zmian.

Ponad pięć lat temu byłam osobą zagubioną i sfrustrowaną, zakompleksioną, uzależnioną od zakupów. Teraz znam i lubię siebie, czuję się pewna siebie, żyję w równowadze i spokoju. Cieszę się życiem.

Czy Twoim zdaniem minimalizm staje się nową religią, wypełniającą jakąś pustkę w coraz bardziej zlaicyzowanym świecie? Religią oczywiście nietypową, choć niepozbawioną swoich rytuałów, kapłanów itp? (ta kwestia mnie frapuje od jakiegoś czasu, jako niedoszłą religioznawczynię, zwłaszcza że zauważam pokrewieństwo minimalistycznych założeń do niektórych wytycznych obecnych niemal we wszystkich religiach? ten motyw pojawia się też w Twojej książce).

Nie, moim zdaniem minimalizm nie może być żadną nową religią, bo jest tylko narzędziem. Jednak mógłby stać się ideologią, gdyby na to pozwolić. Wiesz, te wszystkie wyzwania 100 rzeczy, próby stworzenia jakiegoś wzorca minimalistycznego życia. Niektórzy dziennikarze z upodobaniem próbują go w ten sposób przedstawiać. Minimaliści jako ludzie, którzy niczego nie potrzebują, współcześni asceci, pustelnicy XXI wieku.

To, że istnieje pokrewieństwo między minimalistycznymi założeniami do wytycznych obecnych w niemal wszystkich religiach nie jest niczym dziwnym – to są uniwersalne zasady, o których ludzie lubią zapominać, z lenistwa, wygody lub dlatego, że nikt o nich im nie przypomina. Jeśli te zasady są obecne w różnych systemach i kulturach, świadczy to tylko o tym, że ludzie zawsze mieli świadomość, jak ważne one są dla rozwoju człowieka.

Nie należę do żadnego kościoła, ale uważam się za osobę głęboką wierzącą. Minimalizm i prostota nie zastępują mi wiary, lecz wynikają z niej. Ktoś ostatnio ładnie mi powiedział, że Bóg w swojej istocie jest prosty. Zgadzam się z tym w pełni. Dążenie do prostoty wynika z chęci doświadczania życia w pełni i jak najlepszego wykorzystania daru, jakim jest istnienie.

Zapewne dlatego łatwo mi się rozmawia o minimalizmie z osobami duchownymi i świeckimi wierzącymi. Posługujemy się pokrewnymi, a nierzadko wręcz tymi samymi pojęciami i narzędziami. Czasami w nieco innym celu, ale działamy w podobny sposób.

Co jeszcze chciałabyś zmienić w sobie, swoim otoczeniu w drodze do prostego życia? 

Czuję coraz większą potrzebę upraszczania i wyciszania swojego otoczenia także pod względem estetycznym. To spore wyzwanie, biorąc pod uwagę, że mieszkamy na niewielkiej powierzchni, a pozbyliśmy się i tak już bardzo wielu przedmiotów i dekoracji. Podoba mi się jednak to zadanie i dojrzałam do tego, by się z nim zmierzyć.

Podobnie dzieje się w przypadku garderoby, widzę, że pociągają mnie coraz prostsze stroje, czasem wręcz ascetyczne. Prosty ubiór świetnie wygląda na kobiecie, która emanuje pewnością siebie i dobrze czuje się we własnej skórze. Wymaga dbałości o szczegół. Wciąż się uczę i wiem, że mam jeszcze nad czym pracować w tej kwestii.

Jeśli napiszesz jeszcze książkę związaną z tematyką minimalizmu, będzie jej bliżej do poradnika, reportażu wcieleniowego czy książki z pogranicza literatury faktu? 

Właśnie zaczynam ją pisać. Już kończąc pierwszą byłam przekonana, że chciałabym pociągnąć temat dalej. „Minimalizm po polsku” był skierowany głównie do osób, które nie znają jeszcze dobrze tego narzędzia albo mają o nim mylne i stereotypowe wyobrażenie. Miał wprowadzać początkującego w proste życie i zachęcać do pierwszych zmian. Teraz powstaje pozycja skierowana do czytelników, którzy znają już podstawowe założenia, ale mają jeszcze potrzebę ich zgłębienia, natrafiają na jakieś blokady czy wewnętrzne ograniczenia na drodze upraszczania, ale są już przekonani do tego, że chcą nią podążać. Będę znów sięgać do własnych doświadczeń i przemyśleń, łącząc je z opowieściami innych osób. Gatunkowo będzie więc mieszaniną typów wymienionych przez Ciebie.

Otagowane , , , , , , ,

Bez nadmiaru

„Mniej” Marty Sapały króluje w tym tygodniu w mediach – i bardzo dobrze. Wcześniej książka pojawiła się na wielu minimalistycznych blogach, ale na wypadek, gdyby ktoś zetknął się tutaj z informacją o niej po raz pierwszy: to zapis eksperymentu przeprowadzonego przez autorkę i osiem innych polskich rodzin (początkowo była ich dwunastka, ale niektórzy zrezygnowali w trakcie). Postanowili przez rok żyć bez kupowania.

Styledigger idealnie skomasowała w swoim wpisie to, co najważniejsze w książce Marty, ja dodam tylko, że dla mnie ogromną zaletą książki jest jej autentyczność i dziennikarski temperament, z jakim reporterka i zarazem współuczestniczka eksperymentu przedstawiła podzielone na poszczególne miesiące doświadczenie. Nie powiela sztampy, w jaką wpadło wielu, zwłaszcza amerykańskich, autorów, koncentrujących się zanadto na drobiazgowych opisach własnego życia w trakcie podjętego wyzwania. Zastanawia się, analizuje, poddaje w wątpliwość rozmaite założenia, także własne, które mogłyby przecież uchodzić za pewnik. Jest krytyczna i uważna.

Po medialnych publikacjach o „Mniej” w sieci pojawiło się sporo komentarzy, wśród nich takie, że autorka (zapewne przedstawicielka hipsterskiej „warszawki”) jest oderwana od rzeczywistości, bo cóż to za odkrycie, że można przeżyć za 600 zł miesięcznie, jeśli niektórzy tak przecież żyją i wcale nie nazywają tego eksperymentem. Mocno krzywdzące są te zarzuty. Przede wszystkim, Marta nie udawała nikogo, kim nie jest. Pisała ze swojej perspektywy – mieszkanki stolicy, matki dwulatka, redaktorki, członka rodziny zarabiającej łącznie powyżej krajowej średniej. Eksperyment otworzył jej oczy na perspektywę tych, dla których życie bez zakupów to smutna konieczność. W książce dzieli się szczerze refleksjami na ten temat. Po drugie, bardzo się starała, by uczestnicy „roku bez zakupów” stanowili mocno zróżnicowaną grupę – owszem, byli wśród nich mieszkańcy dużych miast, ale i m.in. rodzina z podlaskiej wsi, która już wcześniej funkcjonowała na granicy minimum egzystencji, Po trzecie, intencją autorki – oprócz przyjrzenia się motywacjom zakupowym swoim i cudzym – było uświadomienie właśnie tym, którzy kupują w nadmiarze, często nałogowo i na kredyt, że przecież można inaczej. Ci, którzy muszą nie kupować, nie mają podobnych dylematów. Ale dzięki lekturze „Mniej” może część z nas, nie doświadczających niedoborów, pomyśli też o nich i podzieli się z nimi swoim nadmiarem.

Poniżej rozmowa z Martą, którą miałam przyjemność znać jeszcze przed publikacją książki; poznałyśmy się w okolicznościach zgoła nie związanych z minimalizmem. Później przypadkowo trafiłam na bloga pod hasłem „nie kupuję.obserwuję” i jakież było moje zaskoczenie, gdy kliknąwszy na link „O mnie” odkryłam, kto kryje się po drugiej stronie 🙂

mniej,big,522511

–  Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem w trakcie roku bez zakupów?

 Że „mniej” w jednej dziedzinie niekoniecznie oznacza „więcej” w innej. Tu nie ma prostego przełożenia. Że mimo że startowo było między nami wiele różnic (poziom dochodów, preferencje zakupowe, miejsce zamieszkania, styl życia, osobista sytuacja), okazało się, że też mamy ze sobą wiele wspólnego. Że przechodzimy przez niemal identyczne fazy. Że (nie)kupowanie zahacza u nas o podobne obszary. No i że jest tych obszarów zaskakująco dużo: stosunek do samego siebie, do innych, do środowiska, relacje związkowe i rodzinne, życie sąsiedzkie, nawet poczucie obywatelskiej mocy. Albo niemocy:-) Naprawdę dużym zaskoczeniem było też to, że po 12 miesiącach konsumpcyjnego postu nie przyszedł karnawał. Mimo, ze każdy z nas zaliczał w tym procesie jakieś wywrotki, nikt po jego zakończeniu nie popędził na wielkie zakupy. Ani natychmiast, ani w jakiejś późniejszej perspektywie. W ogóle ten kolejny rok, choć zdawkowo o nim wspominam w książce, przyniósł wiele pięknych historii. Takich związanych z rozwojem. Z uwolnieniem w pewnych dziedzinach. Z wkroczeniem na pewne nowe obszary, z których trudno jest ot tak zawrócić. Tak jakby świadomość, która się w nas rozwinęła, zaczęła się wreszcie sklejać się z działaniem.

– Czy rok bez zakupów zmienił Twoje nawyki konsumpcyjne? Zaobserwowałaś zmiany również w innych sferach?  

 – O, na pewno. Moja wydawczyni, gdy zaczęłyśmy rozmawiać o tym, że warto by było na bazie tego dziennikarskiego pomysłu (bo zaczęło się od zamówienia tekstu do Polityki) napisać też książkę, zapytała czy mam(y) na celu trwałą zmianę, odpowiedziałam: ależ gdzie tam! przecież dobrze się znam i z pewnością powrócę do starych zakupowych nawyków, też tych niekoniecznie rozsądnych. A tu niespodzianka, bo 1 kwietnia, gdy zakończył się rok bez zakupów, okazało się, że większość z tych małych konsumpcyjnych ssań, które wcześniej nam dokuczały, po prostu zniknęła. Pojawiła się za to ostrość widzenia; wszyscy bohaterowie, a już zwłaszcza ci, którzy wcześniej lekką ręką wydawali pieniądze, mówią, że nie potrafią już, biorąc w sklepie w łapy coś co trudno sklasyfikować jako niezbędne, nie przeliczać wartości tej rzeczy na godziny własnej pracy. Pojawiło się (lub ugruntowało) poczucie odpowiedzialności – za swoje decyzje, ale też np. za ilość śmieci generowanych przez zakupy. Wszyscy staliśmy się uważniejsi, a przez to bardziej odporni. Pewnie trudniej nas omamić, ale i my nie oszukujemy siebie, gdy pozwalamy sobie na różne ekscesy. Bo wciąż je popełniamy. Nie staliśmy się totalnymi konsumpcyjnymi ascetami.

– Co było najtrudniejsze podczas eksperymentu? 

 – Wszystkie dziedziny związane z relacjami z innymi ludźmi. Prezenty, wspólne spędzanie czasu, potrzeba wzajemności, potrzeba dzielenia się, potrzeba wspierania finansowo tych którzy tego potrzebują, ale też bariera przed przekroczeniem granicy za którą może kryć się zranienie. To był ten moment, w którym większość bohaterów się zatrzymywała. O ile ochoczo eksperymentowaliśmy z własnymi granicami (i bywało to trudne, bo łączyło się np. ze wstydem, zakłopotaniem, poczuciem bezsilności, wykluczenia, wkurzenia, ale też poczuciem wyższości wobec innych, do którego też niełatwo się przyznać) nie chcieliśmy się posuwać zbyt daleko, gdy chodziło o naszych bliskich. Opieka medyczna – wiem, banał, ale ten rok wyraźnie mi i nam pokazał, że system który nam się proponuje, mocno szwankuje. Pół biedy gdy ma się wybór (też finansowy) i można na cito skorzystać z komercyjnej służby zdrowia (i tak robili uczestnicy doświadczenia, gdy sytuacja ich do tego zmuszała), ale przecież grupa osób w Polsce która ma do niej realny dostęp – bo np. ich samych albo ich pracodawców na nią stać – nie jest wcale tak imponująca. Różne kwestie związane z dziećmi – tu wymiękali nie tylko rodzice, ale i ci bohaterowie, którzy byli wujkami albo ciociami. Sobie od ust odejmiemy, ale dzieciom damy – to też banał, ale znalazł potwierdzenie w rzeczywistości. Wiesz co jeszcze? Drobne przyjemności. Piwo od czasu do czasu, czekolada, ulubione pikantne smarowidło, petszop (seryjna zabawka), który ukoił ból córki po wyrwaniu resztek złamanego na oblodzonej drodze mleczaka, ale też urlopowy wypoczynek – nie w kontekście wykupienia wczasów pod palmą, ale np. spontanicznego wyjazdu do przyjaciół w innym województwie. Wiążę się z wydatkami, ale jak tu sobie odmówić takiego spotkania, skoro następna taka okazja może się przytrafić za rok albo i później? Są pewne rzeczy których nie da się odsunąć w czasie. W ogóle bardzo ciekawe było obserwowanie tego, ze choć bardzo się różnimy, jest między nami też wiele podobieństw. Także jeżeli chodziło o to co jest dla nas trudne.

– Czy sądzisz, że zachowania konsumpcyjne Polaków będą stopniowo ewoluować w kierunku redukcji, dobrowolnej prostoty? Czy już się najedliśmy, nakupowaliśmy, czy wciąż jeszcze jesteśmy nienasyceni?

– Teraz faktycznie sporo się pisze i mówi o minimalizmie, o wszystkim pod co można podpiąć pod hasło „slow”, redukcji na różnych płaszczyznach, etycznej modzie, ekologicznym jedzeniu, zrównoważonym transporcie, odkopuje się też zapomniane hasła, jak kooperatywa, kolektywizm, próbując je dopasować do obecnych warunków. I bardzo dobrze, ale mam jednak wrażenie że ta dyskusja toczy się, wciąż, głównie w gronie tych, których jest stać – także finansowo – na refleksję, na pracę nad własną świadomością. To jest coraz szersze grono, coraz bardziej zróżnicowane i zauważalne, ale wciąż nie reprezentatywne. Co ciekawe, w trakcie tego roku wielokrotnie dochodziło do mnie, że konsumpcjonizm żeruje nawet na tej zmianie myślenia. Gdy wczytywałam się w zestaw trendów na 2013 rok, opracowanych przez tęgie umysły od sprzedaży, było to wyraźnie widać. Reklama i sprzedaż zagospodarowują wszystko: ekonomię dzielenia się, potrzebę bycia samowystarczalnym albo etycznym, zagładę pszczół, nawet podatkowy 1% 🙂 Nie przepuszczą żadnej z idei z której można coś wycisnąć. Zresztą nawet relacja polskiego społeczeństwa z konsumpcjonizmem jest bardzo świeża, opiera się przecież na zupełnie innych fundamentach niż na przykład na Zachodzie, gdzie ruchów kontestujących kulturę konsumpcyjną jest więcej niż sieci supermarketów w Polsce. W słowniku języka polskiego nawet hasło „konsumeryzm” ma wciąż jeszcze dość niewinną definicję. Nasz zakupowy apetyt, albo i głód jest związany nie tylko z realnym poziomem nasycenia konkretnymi dobrami, ale też i z tym, że my wciąż jesteśmy dość naiwni, bezbronni wobec technik, które stosuje handel i marketing, że siła nabywcza pieniędzy które zarabiamy, jest zupełnie inna niż na Zachodzie (prosty przykład: statystyczny Polak ma niewiele finansowej przestrzeni na doświadczenie efektów konsumpcyjnego przeżarcia, bo większość forsy wydaje na podstawowe potrzeby: jedzenie, leczenie, mieszkanie, transport), że nie znamy swoich praw, nie ma u nas silnych ruchów konsumenckich ani tradycji bojkotów, nie widzimy albo ignorujemy związek które nasze zakupowe przyzwyczajenia mogą mieć choćby z wyglądem naszego sąsiedztwa. A do tego ogromna grupa Polaków, wg statystyk jakieś 2 mln, jest zmuszona oglądać z każdej strony dosłownie każdą wydawaną złotówkę. Żyje w skrajnej biedzie.Ale jest też w Polsce spora grupa ludzi która na co dzień kontestuje konsumpcjonizm, choć o tym – zapewne – nie wie. Nie tylko dlatego, że nie mają czym go karmić, ale też z tego powodu, że nie wyobrażają sobie że można marnować jedzenie, wymieniać zawartość szafy co sezon, w głowie nie mieści im się, że można chcieć zapłacić 2 stówy za kawowy stolik zrobiony z europalety. Tak zostali wychowani, albo sami do tego doszli, żyją zdroworozsądkowo, z umiarem, gospodarnie. Tak jak  niektórzy bohaterowie mojej książki. Choć taka zwykła, codzienna gospodarność nie wydaje się efektowna, „nie sprzedaje się”, to myślę, że warto ją pokazywać, bo jest w niej dużo praktycznej, życiowej mądrości. A niemal zero ideologii.

559626_735648266526539_6222330159993833096_n

Marta Sapała podczas spotkania autorskiego we „Wrzeniu Świata”, Warszawa (materiały wydawcy)

– Najciekawsze w całym przedsięwzięciu wydaje mi się to, że nie było jednego uniwersalnego modelu zachowania, jak w projekcie „Great American Apparel Diet”. Każdy z uczestników miał swoją drogę, swoje motywy i swoje metody. Czy wyłania się z tego dla Ciebie jakiś szerszy obraz polskiego konsumenta czy wręcz przeciętnego Polaka? Czy udało Ci się zweryfikować wyobrażenia o polskim portfelu i nawykach zakupowych, których trzymamy się z perspektywy warszawskiej?

– Perspektywa warszawska w ogóle nie jest reprezentatywna, prawda? Choć to właśnie tutaj najciężej pracuje się nad tym, żeby rozkręcić nasze apetyty:-) Mi zależało na tym, żeby przyjrzeć się zakupowej codzienności pod różnymi kątami, pokazać możliwie szerokie spektrum potrzeb. One mogą być przecież zupełnie różne. Inne gdy prowadzi się życie wolne od ekonomicznych trosk, inne – gdy wspina się na wyżyny aprowizacyjnej kreatywności i próbuje związać koniec z końcem. Inne dla samotnej matki, dla rodziny z trójką dzieci, inne dla pary. Inne na wsi pod białoruską granicą, inne w stolicy Islandii. Odkryciem dla mnie było to, że niezależnie od tego ile mamy w portfelu i co z jego pomocą pragniemy lub możemy nabywamy,  pewne mechanizmy sterujące konsumpcją są dla nas wspólne. Możemy być na nie mniej lub bardziej odporni, mniej ich lub bardziej świadomi, ale one istnieją i działają. Warto je rozpoznać, bo ta wiedza pozwala się im zarówno świadomie opierać, ale też – z pełną świadomością konsekwencji – poddawać.

– Twój eksperyment różnił się od „roku bez kupowania” choćby dlatego, że dopuszczał potknięcia, były one szczerze opisywane. Czy od początku zakładałaś, że nie chcesz tworzyć sztywnych, sztucznych ram jak w ruchu Anonimowych Alkoholików walczących z nałogiem? 

–  Tak. Zależało mi na tym, żebyśmy nie tworzyli grupy antyzakupowego wsparcia. Gdybyśmy całą parę ładowali w to, żeby nie zaliczyć ani jednej wywrotki, tłamsili wszystkie impulsy, ucinali wszystkie potencjalnie trudne sytuacje, pewnie nie dowiedziałabym się niczego – poza tym że człowiek, owszem, jak się uprze i zaprze, a do tego oprze (na innych) to jest w stanie nie wchodzić do sklepów przez cały rok. A nie o to mi chodziło. Byłam bardzo ciekawa dlaczego sfera związana z kupowaniem i posiadaniem jest tak ważna, co nam utrudnia, a co pomaga zachować umiar, co dostajemy gdy kupujemy, a co tracimy, co może być naszą faktyczną potrzebą, a co wykreowaną przez kulturę – też też konsumpcyjną. No i dlaczego tę wiedzę tak trudno jest wykorzystywać w praktyce?

– W przypadku podobnego eksperymentu, którego zapis również znalazł się w książce – rodziny Szabłowskich, która przez pewien czas próbowała udawać, że żyje w PRL-u, najcenniejszym zyskiem okazały się więzi społeczne. Czy u Ciebie i Twoich bohaterów było podobnie?

– Pewnie. Rodziny, ale też bliżsi i dalsi znajomi nas – na ogół – bardzo wspierali. Wielu z moich wspólników mówiło, że ten rok dał im dużo spokoju, bo przekonali się, że mają wokół siebie własną mocną sieć, która da im oparcie, gdy przytrafi się trudniejszy, także pod ekonomicznym względem, czas w życiu. Ona pewnie istniała już wcześniej, ale gdy jest się zajętym pielęgnowaniem własnej konsumpcyjnej niezależności, można jej nie zauważyć. Chodzi mi o niezależność typu: mam pieniądze, więc nikogo nie muszę o nic prosić, nikomu zawracać głowy, idę i sobie kupuję. Okazało się też, że te różne nowe okołokonsumpcyjne sytuacje, które testowaliśmy – takie jak wymiana dóbr albo usług (np. przez Wymiennik) kupowanie w kooperatywie, a nie w supermarkecie, działkowanie albo zbieractwo, pomoc sąsiedzka, pożyczanie, ale też wychodzenie z takim dość banalnym, ale przecież też trudnym pytaniem „może podzielisz się ze mną?” – mają społeczny potencjał. Jedna z moich wspólniczek nawiązała bardzo silną, ciepłą relację z dwa razy starszą sąsiadką. Rozpoczęło się od przekazywania sobie niepotrzebnych rzeczy, z czasem ich znajomość wzbogaciła się o kolejne warstwy: zaufanie, poczucie bezpieczeństwa, swobodę. Duży kapitał. To się zdarzało wielu z nas, na różnych poziomach. Ale obserwacja tego co dzieje się na styku konsumpcji i życia społecznego prowadziła też do refleksji na innym tle: trudno jest korzystać w nieskończoność ze społecznego wsparcia, gdy nie można się odwzajemnić. Ten rok bardzo mocno nam to uświadomił. W Polsce żyje wiele rodzin, które sytuacja materialna zmusza do permanentnego korzystania z życzliwości otoczenia (nawet model minimum ezystencji, stworzony w IPiSS, zakłada że ludzie którzy żyją na krawędzi przetrwania, część dóbr pozyskują od swojej wspólnoty), ale jednocześnie nie mają jak się za tę pomoc odwdzięczyć. Ktoś z kim ostatnio o tym rozmawiałam, powiedział, że przecież można się rewanżować umiejętnościami albo czasem. Ale to nie jest takie proste. Gdy wybiera się takie rozwiązanie z premedytacją – tak jak my to robiliśmy – to owszem. Gdy się jest do niego zmuszonym – niekoniecznie. Zwłaszcza gdy zewsząd naciski: kup, no kup, jak kupisz to się na pewno lepiej poczujesz.

– Dużo się ostatnio mówi o tym, że konsumpcjonizm jest dziś rodzajem nowej, zastępczej religii wobec kryzysu wartości. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem anty-konsumpcjonizm też nie zaczyna nią być dla jakiejś części osób zafascynowanych minimalizmem (zresztą nazwy typu „zen habits” mówią same za siebie). Co o tym sądzisz?

– Bardzo trafne pytanie, z ukrytą wewnątrz odpowiedzią:-) Każda idea może stać się zastępczą religią. Każda może być zasłoną dla czegoś innego – wiadomo, że można kompulsywnie kupować, ale można się też nałogowo wymieniać albo… pozbywać rzeczy. Pytanie: co jest za tą zasłoną? Akurat ja nie mam zadatków na ideolożkę. Za dużo mam wątpliwości, nie odnajduję się w jednoznacznych równaniach typu „mniej znaczy więcej”.

Otagowane , , , , , , , , , ,

Inspiracje – Konrad Mielcarek

Myśląc o podejściu do życia określanym jako „minimalistyczne”, zwykle kojarzymy z nim młodych, wielkomiejskich singli albo bezdzietne pary, którym łatwo jest rzucić z dnia na dzień pracę, spakować cały dobytek w plecak i zacząć wszystko inaczej, na nowo. Taki jest stereotyp, bazujący na przekonaniu, że kiedy nie ma się zbyt wiele zobowiązań, łatwiej eksperymentować z tak „dziwacznymi” sprawami jak minimalizm. Konrad Mielcarek, autor bloga „Droga do prostego życia”, jeden z bohaterów mojego niedawnego tekstu o polskich minimalistach, swoją postawą przeczy tym teoriom.  On i jego żona są minimalistami na tyle nietypowymi (zresztą sami się tak nie określają, woląc mówić o przynależności do ruchu dobrowolnej prostoty),  że postanowiłam zamieścić tutaj cały zapis rozmowy z Konradem – to, co mówi, jest niezmiernie ciekawe i mocno oryginalne na tle postaw innych zwolenników dobrego życia. Choćby dlatego, że wychowują kilkoro dzieci, są zwolennikami edukacji domowej, a światopoglądowo bliżej im do chrześcijaństwa niż filozofii i religii Wschodu, z którymi sympatyzuje większość bardziej rozpoznawalnych minimalistów. Widać, że jest to osobna w naszej blogosferze ścieżka. Podziwiam i szanuję wybór Konrada oraz jego żony, choć są kwestie, w których miałabym ochotę z nimi polemizować. Oddaję mu głos:

Ajka Minimalistka napisała niedawno, że nie potrzebuje już czytać ani Leo B., ani Dominique L. Czy Pan ma podobnie? A może nie? Dlaczego? Jak odbierał Pan tych autorów na początku swojej „minimalistycznej” drogi, a jak teraz?

 O Loreau i Babaucie pisałem już na blogu. Przeczytałem „Sztukę prostoty” D. Loreau z zaciekawieniem, jak każdy krytyczny wobec nadmiernego konsumpcjonizmu głos (to była długo właściwie jedyna książka poświęcona prostocie dostępna w Polsce), ale -co trzeba podkreślić- inspirację autorka czerpie z wschodniego kręgu kulturowego (fragmenty nawiązujące do zen czy feng shui mogą być dla niektórych mało strawne). W przypadku Loreau jej poglądy określiłbym jako minimalizm „luksusowy”, mi całkowicie obcy. Głosi mianowicie pozbycie się dużej liczby przedmiotów, z drugiej strony te, którymi się otacza, pochodzą z górnej półki, są najwyższej jakości, a tym samym drogie. W minimalizmie Loreau boję się pedantyzmu, przestrzeni wyidealizowanej, mało praktycznej w przypadku licznej rodziny. Dlatego nie sięgałem już po kolejne książki Loreau. Osobiście kieruję się innym stosunkiem do przedmiotów domowego użytku. Dbam o to, aby w mieszkaniu nie było rzeczy zbędnych, staram się właściwie je wykorzystywać, ale nie stawiam ich na piedestale tego, co nazywam prostym życiem. Ważniejsza od tej materialnej otoczki jest treść życia: wybory, jakich dokonujemy, wartości, jakie nas motywują i są dla nas najważniejsze. W prostocie akcentuję relacje z innymi i właściwe rozpoznanie wartości, jakim chcemy wraz z żoną służyć w codziennym życiu.

Co do Babauty to interesował mnie jako przykład minimalisty z liczną rodziną (ma sześcioro dzieci!). Niektóre z jego wpisów podobały mi się, jednakże czytałem je z pozycji osoby, która od kilku, obecnie już dziesięciu, lat zajmuje się tematem dobrowolnej prostoty. Czytając książki i wpisy Leo Babauty odniosłem wrażenie, że zbyt wiele uwagi poświęca w nich osobistej produktywności, do osiągnięcia której minimalizowanie i prostota stały się jedynie narzędziami. Dla mnie w prostocie nie chodzi o skuteczniejsze zarządzanie sobą, ale o więcej przestrzeni dla tego, co ważne: małżeństwa i rodziny, a także prostych codziennych radości. Z zadowoleniem obserwuję, jak wpisy Babauty ewoluują w kierunku takiego samego spojrzenia: w miejsce precyzyjnego określania zadań i celów pisze choćby o płynięciu, przyjmowaniu tego, co nieprzewidywalne, adoptowaniu się do tego, co przynosi dzień. Warto jednak zauważyć, że coraz bardziej jego wpisy nawiązują do filozofii buddyjskiej.

Podsumowując, rzeczywiście nie odczuwam potrzeby zbyt częstego sięgania po książki czy wpisy na innych minimalistycznych blogach, które w znacznej mierze zakładane są przez osoby młode i początkujące, a których doświadczenia niekoniecznie pokrywają się z moją sytuacją życiową jako ojca rodziny wielodzietnej. O wiele więcej uwagi staram się obecnie poświęcić swoim bliskim i życiu w prostocie niż czytaniu lub pisaniu o niej, co –zwłaszcza w tym ostatnim wypadku- również mocno komplikuje życie. Dlatego jakiś czas temu zawiesiłem regularne pisanie na moim blogu, aby więcej żyć, a mniej pisać.

W jaki sposób zainteresowanie minimalizmem związanym głównie z rzeczami wpłynęło na inne aspekty Pana życia? Jak ewoluowało?

Rzeczywiście, był okres kiedy kwestia pozbywania się rzeczy i minimalizowanie stanu posiadania była dla nas bardzo ważna. Ten etap mamy za sobą, chociaż od czasu do czasu robimy w domu tzw. decluttering, czyli odgracamy mieszkanie ze zbędnych przedmiotów. Staramy się posiadać tylko rzeczy naprawdę niezbędne, nie gromadzimy pamiątek, rzeczy nieużywanych lub używanych bardzo rzadko. Zamiast kupować – wymieniamy się tym, czego potrzebujemy ze znajomymi.

Obecnie staram się koncentrować na tym, co wewnątrz: jakie wartości i styl życia niesie wybór prostego życia.  Dobrowolna prostota uwalnia od  niepokoju, pośpiechu. To życie spokojne, zrównoważone, bez spraw rozbabranych i rozciągniętych, w zgodzie z rytmem przyrody, w ciszy. Dużo miejsca poświęcam także edukacji finansowej dzieci, a także racjonalnemu podejściu do pieniędzy, które są niczym innym jak energią, którą włożyliśmy w ich uzyskanie, a którą jakże często lekkomyślnie wydajemy.

Coraz bardziej dociera do mnie, że prostota to przede wszystkim możliwość rzeczywistego otwierania się na drugiego człowieka. Odwracamy się od materializmu, czując w głębi serca, że prawdziwe szczęście leży poza przedmiotami, majątkiem i dobrobytem. Prostota pozwala przebić się przez mur obojętności i rywalizacji. Gdy przestajemy gonić za pieniędzmi, karierą, nowymi gadżetami, wówczas odkrywamy prawdziwy sens życia. Życie w prostocie to także, a może zwłaszcza, odbudowanie naturalnych, serdecznych relacji z innymi ludźmi. To także gościnność i pomoc potrzebującym.

 Czy teraz określiłby Pan siebie jako minimalistę – a jeśli nie, to jak?

Nie uważam siebie za minimalistę, na swoim blogu i w życiu propaguję życie w „dobrowolnej prostocie”. „Dobrowolnej”, bo świadomie wybranej i niewynikającej np. z biedy. Właściwie w dotychczasowych publikacjach dominuje zainteresowanie minimalizmem, dobrowolna prostota jest raczej niedostrzegana, być może dlatego, że oba nurty są ze sobą jakoś splecione. Dobrowolna prostota jest moim zdaniem pojęciem znacznie szerszym znaczeniowo, porusza więcej tematów niż minimalizm, jest także adresowana do większej liczby odbiorców, choćby rodzin z dziećmi, którym trudno przyjąć idee skrajnych minimalistów. Dla mnie dobrowolna prostota to właśnie minimalizm pogłębiony, dobrze przemyślany i umiarkowany, nawiązujący do tradycyjnych (także chrześcijańskich) wartości, takich jak oszczędność, skromność, umiarkowanie, naturalne warunki życia, równowaga spokój, skoncentrowanie na rodzinie i dobrym wychowaniu dzieci. Dlatego od razu dodam, że nie jestem zwolennikiem minimalizmu skrajnego – życia z plecakiem i 7 sztukami odzieży, z deską do prasowania jako stolikiem komputerowym, spaniem w śpiworze bez łóżka, ze stołem i rozkładanymi krzesłami jako jedynym wyposażeniem. To raczej etap przejściowy dla osób młodych i bez rodziny. Ważniejsze jest to, co zrobimy, gdy pojawiają się dzieci, zobowiązania, praca zawodowa. Czy wybierzemy karierę, poświęcimy się gromadzeniu majątku, zaczniemy płynąć w dominującym prądzie materializmu, czy też świadomie wybierzemy własną drogę, która wiąże się z odwrotem od powszechnie obowiązujących kryteriów sukcesu.

Czy od tamtego czasu można powiedzieć, że minimalizm stał się modny? Czy zauważył Pan większe zainteresowanie nim w otoczeniu?

Od pewnego czasu rzeczywiście dostrzegam większe zainteresowanie ideą minimalizmu i tego, co ja nazywam dobrowolną prostotą. Jest to z pewnością wynik naświetlenia tego zjawiska przez media, ale także trudnej sytuacji ekonomicznej. Jako Polacy mieliśmy za sobą doświadczenie szarej rzeczywistości PRL-u i w pewien sposób ulegliśmy mirażowi konsumpcyjnego stylu życia. Obecnie zdajemy sobie sprawę, że droga do dobrobytu poprzez kredytowe skróty prowadzi na manowce. Paradoksalnie recesja to dobra okazja do przemyślenia własnych nawyków finansowych, ograniczenia konsumpcji, odwrotu od obowiązujących ideałów wymagających pieniędzy, statusu i dóbr materialnych. Coraz częściej rozmawiamy ze znajomymi na tematy związane z ograniczaniem wydatków czy  zdrowym podejściem do finansów. U ludzi młodych na pewno wpływ ma także coraz większa świadomość negatywnego wpływu konsumpcji na stan środowiska. Internet pomaga zarazić innych ideami bardziej wartościowego życia, które można osiągnąć bez konieczności otaczania się zbędnymi przedmiotami. Jest to z pewnością atrakcyjny styl życia, wymagający większej samoświadomości, zdyscyplinowania i refleksji nad swoimi priorytetami, ale także przynoszący dużo satysfakcji i sporo codziennych radości.

Co radziłby Pan tym, którzy dopiero – np. pod wpływem medialnych relacji, chcą „zostać minimalistami”, by nie popełniali już błędów neofitów? A może są one niezbędne?

Z pewnością atrakcyjną i widowiskową, a także piękna, fazą wejścia w minimalizm czy też prostotę jest ograniczanie stanu posiadania. Początkujący minimalista uświadamia sobie jak wiele rzeczy jest zbędnych i przypadkowych. Pozbywanie się (czasem z nadmiernym entuzjazmem) niepotrzebnego materialnego balastu daje poczucie kontroli nad zewnętrznym otoczeniem. Uświadomienie sobie swoich własnych związków z konsumpcją i materializmem otwiera oczy na zakres manipulacji, jakiemu podlegamy. Jest to bardzo uwalniające przeżycie, które odkrywa przed nami całkiem nowe horyzonty.

Na pewno błędem byłoby zatrzymanie się na samych tylko przedmiotach. Skupienie nadmiernej uwagi (także medialnej) na rzeczach, w tym przesadne ich liczenie lub próba osiągnięcia jakiegoś założonego pułapu posiadania, to tylko jedna z kolejnych odmian materializmu. Widziałbym tu także zagrożenie nadmiernego skupienia na sobie i swoich przeżyciach. Moim zdaniem próba ograniczania stanu posiadania do określonej liczby, np. stu, przedmiotów jest pewnym wyzwaniem, ale ważniejsze są zmiany, jakie dokonują się wewnątrz nas, w naszym postrzeganiu materialnego świata i tego, co liczy się w życiu. Zmiany w zakresie naszej motywacji, wyznawanych wartości pociągną określone decyzje, także jeśli chodzi o wielkość naszego majątku.

Dlatego zdecydowanie bardziej polecam dobrowolną prostotę, która jest pojęciem znacznie szerszym i -moim zdaniem- adresowanym do każdego, w tym także do rodzin z dziećmi. Dobrowolna prostota koncentruje się najpierw na tym, co wewnątrz, na motywacji, rozpoznaniu rzeczywistych potrzeb i wartości. Ograniczenie liczby przedmiotów i praktyczne sposoby na oszczędne życie są konsekwencją, nie zaś motywem przewodnim dobrowolnej prostoty. Pozbywanie się rzeczy jest tylko etapem na drodze do prostego życia. Ważniejsze jest wsłuchanie się w swoje wnętrze, odkrycie swojego prawdziwego celu w życiu i konsekwentne dążenie do niego. Podkreśliłbym także konieczność zaangażowania się w coś, co pozwoli wyrwać się z życiowego egoizmu, który zazwyczaj stoi za współczesną ideologią nieumiarkowanej konsumpcji, ale może także kryć się za fasadą walki z przedmiotami. Wtedy mamy szansę, że wybór prostego stylu życia okaże się czymś trwałym, rozwijającym i wartościowym dla innych.

Warto przytoczyć słowa amerykańskiego filozofa Richarda Gregga, który już w 1936 r. w eseju „O wartości dobrowolnej prostoty” wskazywał, w jaki sposób kultywować prostotę: „Prostota wymaga rzetelności, uczciwości i szczerości, unikania zewnętrznego bałaganu, mnogości rzeczy nieistotnych dla zasadniczego celu naszej egzystencji. Oznacza powściąganie energii i pragnień w pewnych dziedzinach, aby osiągnąć większą obfitość życia w innych. Oczywiście musimy próbować zrozumieć wszystkie konsekwencje idei dobrowolnej prostoty. Daleko ważniejsze jest jednak wyobrażanie sobie prostego życia w wolnych chwilach. Czytaj książki i artykuły, dzieląc się nimi. Poszukaj ludzi o podobnych zainteresowaniach. Praktykuj prostotę zarówno w małych, jak i wielkich rzeczach. Ponieważ rywalizacja i przesadny indywidualizm prowadzą do złożoności życia, pomożemy sobie w drodze ku prostocie poprzez pielęgnowanie ludzkiej solidarności. Staraj się rozwijać zdolność do pracy bez przywiązania. Rozwijaj w sobie takie cechy, jak odporność na wpływ rożnego rodzaju grup, wytrzymałość w obliczu nieprzychylnych komentarzy czy prób ośmieszania, przedkładanie wartości niematerialnych i relacji z innymi nad wrażenia zmysłowe, cierpliwość i siła woli. Zdobycie prostoty wymaga niekiedy wysokiej ceny.” Uważam, że to nadal mądre i aktualne rady.

 Jak wygląda minimalistyczne podejście w takiej rodzinie jak Pańska? Jakie są trudności, a jakie plusy takiego podejścia?

Dobrowolna prostota otworzyła przed nami nowe perspektywy i spowodowała zmianę akcentów w codziennym życiu. Od kilku lat nie posiadamy telewizora, unikamy korzystania z centrów handlowych, jeśli możemy, kupujemy rzeczy używane. Szukamy oszczędności, ale przede wszystkim pytamy siebie, jakie są nasze prawdziwe potrzeby. Skromne warunki traktujemy jako coś naturalnego. Jesteśmy mniej zabiegani, mamy więcej czasu dla siebie. Nie przytłacza nas materialna strona życia.

W naszym przypadku świadoma rezygnacja z posiadania dużego majątku, rozważne wydawanie pieniędzy, szukanie sposobów na oszczędności, pozwoliły nam na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych w granicach posiadanych, i dość niewielkich, środków. Dzięki takiemu a nie innemu stylowi życia mogłem zrezygnować z dodatkowego etatu, zupełnie świadomie nie ubiegam się o możliwość awansu. Dzięki temu mam więcej czasu dla rodziny. Z kolei żona zrezygnowała z pracy zawodowej i naukowej, i zdecydowała się na pozostanie w domu z dziećmi. Mogliśmy razem zaangażować się w edukację domową naszych dzieci. Dobrowolna prostota ułatwia nam codzienne funkcjonowanie, pomaga budować piękną kulturę rodzinną. To odkrywamy jako nasze zasadnicze życiowe powołanie.

Doprawdy trudno mi znaleźć jakieś ujemne strony prostego życia. Pewne trudności w postaci niezrozumienia mogą pojawiać się ze strony najbliższego otoczenia – rodziny, przyjaciół i znajomych. Ale jest to okazją do rozmów i dzielenia się swoim doświadczeniem. Z drugiej strony rodzina znajduje się pod obstrzałem współczesnej kultury i mediów, a także państwa (np. podwyżka VAT na artykuły dziecięce, brak polityki prorodzinnej). W konsumpcyjnym, „nowoczesnym” społeczeństwie prowadzenie domu zyskało reputację niepełnowartościowego zajęcia. Z podobnym niezrozumieniem spotyka się posiadanie dużej liczby dzieci. Z pewnością nie jest to sytuacja komfortowa. Ważne, aby nie dać się zastraszyć przez obowiązujące ideały wymagające pieniędzy, statusu i dóbr materialnych. Jednocześnie nie okopujemy się w swoim domu jak w twierdzy. Staramy się być otwarci na innych i w miarę możliwości wpływać na zmianę niekorzystnego klimatu. Wierzę, że lepsze – proste życie jest propozycją dla każdego.

Otagowane , , , , , ,