Trzy typy, za którymi nie tęsknię

Porządkowanie relacji międzyludzkich, o którym piszą minimaliści czy też zwolennicy dobrego życia, to ryzykowny temat. Przyznając się do tego, że po etapie porządków związanych z rzeczami postanowiło się również przyjrzeć się swoim znajomościom i z niektórych zrezygnować, a innym poświęcić więcej czasu i uwagi, można narazić się na zarzuty instrumentalnego traktowania ludzi, bezduszności i egoizmu.

Nie wydaje mi się, aby było to słuszne. Wraz ze wzrostem samoświadomości i odkrywania, co jest najważniejsze w życiu, co się lubi, czego nie, czego chciałoby się dokonać, jakie ma się plany, cele i sposoby ich osiągnięcia, przychodzi też moment na rewizję w obszarze ja – inni. Sama należę do osób, które doskonale czują się we własnym towarzystwie i czas spędzony ze sobą jest mi wręcz niezbędny do życia, ale jednocześnie bardzo lubię innych ludzi. Lubię spędzać czas w dobrej kompanii, lubię słuchać, co ktoś ma do powiedzenia, zwykle jeden na jeden albo w kameralnym gronie, ale lubię też czasem przełamać ten schemat uczestnictwem w większej imprezie. Cenię sobie przede wszystkim znajomości długoterminowe i trwałe, ale cieszą mnie również nieoczekiwane, jednorazowe, ale wzbogacające spotkania i poznawanie nowych osób.

Jakiś czas temu jednak – co zbiegło się z zainteresowaniem filozofią slow life i minimalizmu, oraz co za tym idzie, większym wglądem w siebie, własne odczucia i potrzeby – pozbyłam się z telefonu części kontaktów. Zaniedbałam też świadomie pewne znajomości, które, pozbawione tej jedynej podpory, szybko zamarły. Są też takie, które ograniczam do wymiany paru miłych gestów, ale nie oczekuję niczego więcej i poza posłaniem wiązki dobrych myśli podczas, na przykład, odwzajemniania świątecznych życzeń, nie poświęcam im więcej uwagi.

Oto lista typów ludzkich, których nie ma już w moim życiu i za którymi nie tęsknię:

Biorcy – traktują innych jak potencjalnych żywicieli; to kategoria znajomych, którzy odzywają się do ciebie, gdy czegoś potrzebują, ale nigdy nie przyjdzie im do głowy spytać ot  tak, jak się miewasz; nie mówiąc o tym, by poświęcali uwagę twoim problemom albo na przykład zechcieli odwiedzić się, gdy zachorujesz. Przyzwyczaiwszy się, że zawsze dostają wsparcie, na odmowę reagują zaskoczeniem i obrazą. To ci, którzy chętnie zatrzymują się w twoim mieszkaniu, piją z twojego kubeczka i jedzą z twojej miseczki, ale potem spiesząc się na pociąg zapominają się pożegnać i zostawiają brudne naczynia w zlewie.

Ofiary – kategoria nawiązująca wprost do schematu trójkąta dramatycznego; specyficzna odmiana biorcy, któremu znajomi służą za naczynie do opróżniania się z własnych nieszczęść i przykrych życiowych sytuacji. Bezbłędnie wyczuwa osoby empatyczne, chętne do pomocy i współczujące, które jednak po każdym spotkaniu z ofiarą dopada smutek i poczucie utraty  energii.  Jeśli w którymś momencie powiesz ofierze, że nie wchodzisz w rolę ratownika, bo nie jesteś w stanie zaradzić jej troskom i zasugerujesz, żeby poszukała profesjonalnej pomocy, automatycznie stajesz się prześladowcą, na którego będzie się uskarżać innym, ale przynajmniej znajomość samoistnie się rozwiąże.

Misjonarze – ludzie posiadający ugruntowane i jedyne słuszne poglądy; nie poprzestają jednak na ich samodzielnym pielęgnowaniu, ale koniecznie muszą sprezentować je innym. Do tego grona zalicza się typ krytykantów pouczających, jak należy wyglądać/myśleć/pisać/oddychać, choć nikt ich o to nie prosił, jak również wszelkiego rodzaju wyznawców konkretnych poglądów politycznych/religijnych (tych zazwyczaj, ale mogą też być inne kategorie tematyczne), wygłaszających swoje sądy arbitralnym tonem w sytuacjach towarzyskich, bez autorefleksji, że niekoniecznie musi to być przyjemne dla kogoś przebywającego obok i nie podzielającego ich opinii.

Świadomie nie umieściłam tutaj typów wagi ciężkiej, jak manipulanci, oszuści, intryganci i tym podobni, bo zauważywszy symptomy takich schorzeń, staram się zminimalizować kontakty, zanim będzie można mówić o bliższej znajomości.

Odkąd kieruję się zasadą, by unikać wymienionych przypadków, jest mi lżej i przyjemniej. Zamiast tracić energię na podtrzymywanie relacji powierzchownych lub jednostronnych, zostawiających po sobie uczucie niesmaku, poświęcam ją na sprawy dla mnie ważne. Jeśli zmieniłam się w egoistkę  – nie uważam, by w rozumianym w taki sposób egoizmie było coś niewłaściwego.

Pytanie pierwsze: czemu w takim razie wcześniej nie przeszkadzała mi ich obecność? Kiedy człowiek nie wie, dokąd zmierza, tylko dryfuje na autopilocie, nie przywiązuje większej wagi do jakości relacji, bo zwyczajnie nie zastanawia się nad tym głębiej. Bywa, że wypełniają pustkę, jak – z góry przepraszam za porównanie – te wszystkie byle jakie ubrania i buty zalegające w szafie. Nawet jeśli ma poczucie, że z niektórych znajomości niewiele wynosi, albo wręcz na nich traci (nie w sensie materialnym, tylko psychologicznym, rzecz jasna), macha na to ręką, bo przyzwyczaił się do bycia miłym. A bycie miłym potrafi być przekleństwem.

Pytanie drugie: jak wyglądały porządki w tej sferze? Dość prosto: niektóre kontakty wygasły, gdy przestałam się odzywać (nie trzeba długo kombinować, by domyśleć się, że były to takie, w których zwykle ja wychodziłam z pytaniem co słychać lub propozycją spotkania). W przypadku innych (niektóre ofiary, misjonarze) gdy odezwą się do mnie z propozycją spotkania, dziękuję miło za pamięć. Gdy ponawiają sugestię, odpowiadam również uprzejmie, że niestety w najbliższej perspektywie nie znajdę czasu i serdecznie pozdrawiam.

Coś za coś. Zarazem zintensyfikowałam bowiem relacje, które trwają od lat, sprawdzone, dotyczące ludzi, z którymi można nie widzieć się rok, ale zawsze z obopólną chęcią spieszy się na spotkanie i nigdy nie brakuje podczas niego tematów; takie, w których można liczyć na wzajemność zarówno jeśli chodzi o wsparcie w trudnych chwilach, jak i wzajemne motywowanie się i cieszenie z osiągnięć. Do tego doszły nowe – nie zawsze równie głębokie, ale ubogacające. Przedkładam jakość nad ilość. Znając swoje priorytety, wiem, na co chcę poświęcić czas związany z odpoczynkiem – wolę częściej i dłużej spotykać się z prawdziwymi przyjaciółmi albo ludźmi, którzy inspirują i dodają skrzydeł pozytywnym nastawieniem, niż spędzać go w towarzystwie osób z powyższej listy, gwarantując sobie nieciekawe emocje.

A jak jest u Was?

Otagowane , , , , , , , ,

Noworocznie

To będzie historia ludzi, których dobrze znam; historia, którą przypominam sobie, gdy czasem przestaje się chcieć – zamiast noworocznych podsumowań, list i planów.

On i ona – przedstawiciele inteligencji, związani ze środowiskiem akademickim. Przykład awansu społecznego w drugim pokoleniu – poznali się w dużym mieście, do którego oboje przyjechali na studia.

On był bardzo zdolny i pracowity; wróżono mu akademicką karierę. Ona, młodsza o kilka lat, trafiła jako studentka na uczelnię, gdzie pracował jako asystent. Nie wybierała tego kierunku studiów z pasji. Chciała robić w życiu zupełnie coś innego, ale gdy nie dostała się na wymarzony kierunek, rozczarowani rodzice postawili ultimatum: albo idziesz do pracy, albo próbujesz zdać na studia, które zapewnią ci lepsze perspektywy. Po roku, który przepracowała z konieczności jako ekspedientka w przydomowym sklepie, złamała się i postanowiła spełnić oczekiwania rodziców. Wzorem miała być dla niej starsza siostra, ulubienica mamy, realizująca się w zawodzie zapewniającym społeczny prestiż i wysokie zarobki.

Studia nie interesowały jej kompletnie; byłyby porażką, gdyby nie poznała przyszłego męża. On dbał o to, żeby przeszła przez nie możliwie bezboleśnie. Pomagał w przygotowaniu się do zajęć, poprawiał prace. Zaprotegował ją kolegom, dzięki czemu po dyplomie dostała propozycję pozostania na uniwersytecie.

Trudno powiedzieć, czy chciała spełniać się w tradycyjnej roli: matki i żony. Raczej nie, zważywszy na jej młodzieńcze marzenia: dostać się do szkoły teatralnej, oblatywać świat jako stewardessa. Ale wpojone przez innych przekonania były zbyt silne, by poszła własną drogą – kiedy tylko zaczynała rozmyślać o tym, jak mogłoby potoczyć się jej życie, wewnętrzny kontroler, którego głos do złudzenia przypominał głosy rodziców, odzywał się natychmiast, przywołując ją do porządku: Tak trzeba! Mąż tymczasem dbał o to, by niczego jej nie zabrakło. Brał dodatkowe prace, udało się mu zdobyć przydział na mieszkanie, doceniano go jako młodego, dobrze zapowiadającego się naukowca. Porządny, dobrze wychowany, troskliwy, lekko naiwny i zapatrzony w nią chłopak. Ideał.

Szybko zaczęło ją to nudzić. Nie czuła się szczęśliwa. Próbowała wdawać się w romanse, ale wycofywała się zawsze w ostatniej chwili z obawy, że on dowie się i cały dotychczasowy komfort, oparty na jego staraniach, pryśnie: będzie musiała wrócić do rodzinnego domu i znów usłyszy, jaka jest beznadziejna. Zaszła w ciążę, potem w drugą, choć wiedziała, że nie nadaje się na matkę. Dzieci – dwie dziewczynki – stały się kolejną kulą u nogi. Nie miała do nich cierpliwości. Nie próbowała nawet udawać, że okazuje im uczucie. Ulokowała za to w nich wszystkie ambicje, jakie kiedyś pokładano w niej samej. Miały iść z góry wyznaczoną ścieżką – te same studia, kariera naukowa, jak ojciec. Nic to, że na pierwszy rzut oka było widać, że zupełnie nie mają do tego zdolności, o zainteresowaniu nie mówiąc.

Często nie chciało się jej nawet wstawać. Ciążyła codzienna rutyna. Najprawdopodobniej miała depresję, tylko wychowano ją w czasach, kiedy nie przyznawano się do takich schorzeń, bo wizyta u psychiatry groziła stygmatyzacją. Bała się zasnąć, więc przesiadywała do późnych godzin nocnych, a potem odsypiała do południa – zwłaszcza w dni, kiedy mąż wyjeżdżał służbowo. Czuła się niepotrzebna, zapomniana. Uzależniła się od środków nasennych. W domu panował rozgardiasz, dzieci zajmowały się same sobą.

Czasem odwiedzała ich rodzina męża. Matka i siostry popatrywały na ten stan rzeczy z przerażeniem; gdy któraś odważyła się zwrócić jej uwagę, zerwała z nimi kontakty. Gdy on wyjeżdżał do rodzinnego domu, po powrocie miał gwarancję awantury, a następnie cichych dni. Jeździł więc jak najrzadziej, by nie rozdrażniać żony – naprawdę zależało mu na jej dobru, a przecież tak poświęcała się dla domu, godząc jego prowadzenie z pracą na uniwersytecie. Dzieci rosły w przekonaniu, że rodzina taty jest dziwna, chytra, nieżyczliwa.

Wtedy nastąpił rodzinny dramat: starsza córka niespodziewanie zbuntowała się przeciw zaplanowanej dlań ścieżce. Wyprowadziła się z domu, zamieszkała z nieakceptowanym przez rodziców chłopakiem. Zdała na studia, które mogły gwarantować jej wyłącznie bezrobocie. Ona walczyła o duszę niewdzięcznej jak lwica, a wszystko przecież w dobrej wierze, wyłącznie ze strachu, że poniesie porażkę, nie poradzi sobie w najeżonym niebezpieczeństwami świecie. Nie udało się. Mąż pomagał w walce, jak umiał, bo szczęście żony było wciąż dla niego najważniejsze i też obawiał się o przyszłość córki. Jego krewni, jak zwykle, nie zawiedli: stanęli po stronie młodej, ba, nawet odważyli się dzwonić z kazaniami, by dano jej spokój, pozwolono nacieszyć się młodością, puszczono własną drogą. Musiał wybierać: albo lojalność wobec dawnej rodziny, albo wobec żony. Wybrał żonę. Przecież ją kochał. Z miłości dla niej zrezygnował z wyjazdu na zagraniczne stypendium, bo ona bała się, że nie poradzi sobie w obcym kraju, a sama zostać nie chciała. Pogodziwszy się z utratą jednej córki, całą energię ulokowała w drugiej dziewczynce – i w mężu. Teraz nie opuszczał jej lęk, że oboje też odejdą – ona pójdzie w ślady siostry, on znajdzie sobie kogoś młodszego, energiczniejszego, bardziej otwartego na świat. Myliła się – mąż był do niej już tak przywiązany, że nie wyobrażał sobie innego życia.Dla niej rozluźnił nawet więzi z własną rodziną. Zrywali też kontakty z innymi znajomymi – zawsze ktoś powiedział coś, co jej nie odpowiadało, spojrzał krzywym okiem, wydał się dziwny. Jego akcje na uniwersyteckiej giełdzie systematycznie traciły wartość. Nie rozwijał się, prześcigali go młodsi, mniej zdolni, ale bardziej wytrwali koledzy. Kiedyś marzył o naukowym odkryciu, którym zapisze się w pamięci przyszłych pokoleń.  Lubił też wycieczki w góry, uprawiał sporty, chętnie wyjeżdżał poznawać nowe miejsca, ciągle go nosiło. Teraz odbębniał zawodowe obowiązki, czasem brał zlecone prace, które niezmiennie wykonywał na ostatnią chwilę, bo nie chciało się mu do nich zabrać. Plany o naukowych odkryciach porzucił. Wracał do domu, wypełnionego narzekaniami, jakby zanurzał się w jakiejś lepkiej, ale znajomej i przez to bezpiecznej substancji. Teraz miał nadzieję, że młodsza córka, która posłusznie poszła tą samą studencką ścieżką co rodzice, zrealizuje kiedyś pokładane w niej ambicje.

Minęło sporo lat, a oni żyją nadal tak, jak żyli, tylko jeszcze bardziej odcięli się od świata. Od dawna nie podróżują, nigdy nie wyjechali za granicę. Ona już nie pracuje, skorzystała z szansy wcześniejszego przejścia na emeryturę. On pracował, ale unieruchomiła go na długo ciężka choroba, która pochłonęła część gromadzonych przez lata oszczędności z myślą o zabezpieczeniu się na przyszłość. Nie mają już prawie żadnych bliskich znajomych, tylko sąsiedzi, z którymi utrzymują kurtuazyjne relacje. Tak też czasem trafiam do nich i ja – po każdej wizycie długo muszę otrząsać się ze smutku, jaki wypełnia ich dom, po którym snują się oboje w rozwleczonych, starych dresach. Niezależnie od pory roku i dnia jest tam ciemno, zamkniętych szczelnie okien chronią kraty, w umeblowanych, ale nie wykorzystywanych pokojach piętrzą się składowiska rzeczy, które przecież mogą się kiedyś przydać. Ona nie ma już siły sprzątać – tłumaczy się za każdym razem, wyjaśniając, czemu znów zaprasza gościa do wypełnionej po brzegi przedmiotami ciasnej kuchni, nie przejmując się stołem zastawionym brudnymi naczyniami, zapasami jedzenia i opakowaniami leków. Całą energię poświęca na zajmuje się nim troskliwie, pilnując, by brał regularnie medykamenty i uważał na siebie. Trudno się dziwić, że on jest jej za to wdzięczny i pyta o zgodę nawet wówczas, gdy chce wyjść po zakupy do pobliskiego sklepu. Zapomniał już, jak to jest cieszyć się życiem. Dobra córka wytrwale pracuje, mieszka z rodzicami. Jest posłuszną i mądrą, tylko może trochę zbyt zamkniętą w sobie dziewczyną. Nie założyła rodziny, nie ma przyjaciół. Żaden z kandydatów nie prześlizgnął się przez wyśrubowane sito matczynej selekcji.

Niedawno spotkał rówieśnika, kolegę ze studenckich lat, z którym razem planowali podbój świata. O koledze pisano niedawno w gazetach z okazji jubileuszu prywatnej uczelni, którą zbudował od zera. – Co u ciebie? – usłyszał. „Może jeszcze jutro zabiorę się do pracy” – przemknęło mu znienacka przez myśl, ale kolejna refleksja brzmiała: „Nie ma mu czego zazdrościć. Najważniejsze, że jakoś żyję i jestem bezpieczny”.

Otagowane ,

Potrzeba samoogarnięcia

-Jestem pod wrażeniem rozmowy założycielek strony Element Żeński (świetny pomysł z tą stroną!) z Haliną Bogdańską, opublikowanej w świątecznych „Wysokich Obcasach„.

Halina Bogdańska ma 95 lat, w co trudno uwierzyć, patrząc na zdjęcia i czytając, co mówi. Wygląda może na 70, a radości życia mogłyby pozazdrościć jej dwudziestolatki. Rozmowa jest ważna, bo rzadko w polskiej prasie spotyka się wywiady z kobietami w wieku 50 i więcej lat – z wyjątkiem znanych postaci, choć szczególnie warto słuchać, co takie osoby mają do powiedzenia z perspektywy swoich życiowych doświadczeń. Wszystkie się starzejemy i dobrze korzystać z mądrości tych, które już przeszły tę drogę. Nie każda ma szczęście, by zdążyć porozmawiać w taki sposób z własną babcią. Rzadko też widujemy – nie tylko w mediach – panie w wieku Haliny Bogdańskiej (również tyczy się to 60- czy 70-latek), które przypominałyby babkę z książki „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin” Jung Chang (tę, która zawsze dbała o włosy, czesząc je w misterny kok, a wychodząc z domu, nigdy nie zapominała o pudrze i pomadce). To smutne, ale mam wrażenie, że wiele kobiet w wieku naszych babć i mam po ukończeniu pewnego wieku (dla każdej zapewne jest to inny) symbolicznie kończy się życie, a wraz z nim dbałość o własną kobiecość. Przestają zwracać uwagę na to, co ubierają, czeszą się byle jak, z przyzwyczajenia, zmieniając w istoty pozbawione płci, przyodziane w szarobure worki z byle jakich materiałów,  w smutnych kolorach, przypadkowo ze sobą pozestawianych. Mniej wychodzą do ludzi, skupiają głównie na chorobach własnych oraz bliskich, a nader wszystko – nieustannym narzekaniu. Od razu nasuwają się tutaj porównania z krajami zachodniej Europy, gdzie znacznie częściej na ulicach spotyka się ich rówieśniczki, po których widać na pierwszy rzut oka, że reprezentują odmienne podejście. Przeciw jego zestawianiu z polską średnią przemawia zwykle kontrargument finansowy: 60-letnie Francuzki czy Hiszpanki mają wyższą emeryturę i związane z tym większe możliwości; łatwiej cieszyć się życiem, gdy stać cię na regularne wizyty u kosmetyczki, a przynajmniej raz do roku wyjazd w dowolne miejsce, by odkrywać świat. Ta różnica na niekorzyść (choć trzeba też zauważyć, że polskie seniorki i tak biją aktywnością na głowę panów w swoim wieku – wystarczy przekonać się, jak kształtują się proporcje między płciami na wykładach Uniwersytetu Trzeciego Wieku), może wynikać też z faktu dorastania i młodości w PRL-u, kiedy – paradoksalnie, wbrew hasłom o równouprawnieniu  – mit matki Polki, pracującej zawodowo i zajmującej się domem, dbającej o wszystkich naokoło, tylko nie o siebie, kwitł w najlepsze. Do tego dochodził mit poświęcającej się rodzinie kobiety, lansowany przez polski katolicyzm.

fullsizerender-2

Nie chciałabym się wymądrzać, że czasem nie potrzeba wielkiego budżetu, by nadal dbać regularnie o swoje zdrowie fizyczne, wygląd i powiązaną z tym psychiczną kondycję. Nie wiem, jak to jest żyć za 800 zł emerytury, nie wiem też, jak to jest cierpieć na coraz więcej dolegliwości związanych z wiekiem, więc rady dotyczące samodzielnych ćwiczeń w domu, pozwalających utrzymać formę i ładną postawę, częstego spotykania się z ludźmi, także sporo młodszymi, pozostawania na bieżąco z kulturą, zwłaszcza poprzez czytanie książek i odwiedzanie kina, a także stosowania podstawowych zabiegów higieniczno-kosmetycznych, które można wykonać samemu albo z pomocą kogoś bliskiego – mogą wydać się śmieszne osobom, które wiedzą z autopsji, jak to jest, gdy ma się 60 i więcej lat. Wiem natomiast, że chciałabym – jeśli dożyję takiego wieku – cieszyć się podobnym nastawieniem jak rozmówczyni Elementu Żeńskiego i że wypracowywane obecnie przyzwyczajenia będą mieć na to wydatny wpływ.

W tym kontekście wśród wielu mądrych rzeczy, które mówi Halina Bogdańska, uderza szczególnie jeden fragment: „Chodzę po domu w biżuterii i w takim ubraniu, w którym nie wstydzę się pokazać ludziom. Kiedyś spontanicznie przyszła do mnie znajoma i speszona, stojąc jeszcze w drzwiach, pyta, czy dokądś wychodzę. A ja jej na to: „Nie, właśnie piorę. Skąd takie wrażenie?” „Bo tak się odstrzeliłaś – naszyjnik, bransoletka, kolczyki – jakbyś gdzieś się wybierała”. A ja zawsze tak wyglądam bez względu na to, czy ktoś ma przyjść czy nie. Robię to dla siebie, lubię być zadbana”.

Zauważyłam, że – niezależnie od wieku – największy problem zawsze sprawiają nam ubrania „po domu”. O ile do wyjścia poza dom szykujemy się starannie, po powrocie zwykle nakładamy co bądź, kierując się przede wszystkim zasadą, żeby było nam wygodnie. Stąd nadreprezentacja dresów, wyciągniętych podkoszulek, steranych życiem szlafroków – jednym słowem rzeczy, w których za żadne skarby nie pokazalibyśmy się znajomym z pracy czy sąsiadom. Sama też nie byłam wolna od tego przyzwyczajenia. Jakiś czas temu to się zmieniło. Zaczęłam traktować ubranie „po domu” nie jako gorszą wersję tych wyjściowych, ale jako podlegającą tym samym prawom jedną z kategorii garderoby. Nie kompletuję jej z rzeczy niechcianych, bo tych się zwyczajnie pozbywam. Myślę podobnie jak Halina Bogdańska:

„Robię to dla siebie”. A w drugiej kolejności – dla tych, których w domu spotykam.

Jak wygląda to u Was? Bardzo jestem ciekawa.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , ,