Tag Archives: cost per wear

Style według Amandy

Nie przemawiają do mnie popularne ostatnio w Polsce  „poradniki stylu”. Nie i już – nic na to nie poradzę. Trinny i Susannah – nie moja bajka (uważam, że im samym przydałaby się metamorfoza, heh). Uwielbiany przez publiczność Gok Wan, mimo że widzi mi się jako bardziej od tego duetu sympatyczny – też nie. Poza tym nie wierzę w ekspresowe metamorfozy ani uniwersalne rady.  Zgadzam się,  że dobry stylista może odmienić czyjś wizerunek na plus, ale by efekt był długotrwały, musi spędzić z tą osobą trochę czasu, poznać nie tylko kształt jej czaszki czy typ sylwetki, ale również zainteresowania czy  styl życia. Bo inaczej będzie ona wyglądać sztucznie, źle czuć się w narzuconej tożsamości i porzuci ją przy pierwszej lepszej okazji. Wszyscy znamy zresztą osoby, które  ubierają się zaskakująco, często na przekór wspomnianym „uniwersalnym radom”, a wyglądają świetnie – od razu widać, że mają to coś, co nazywa się stylem. On ma zaś to do siebie, że trzeba go wypracować samemu.

Na tym tle książka Amandy Brooks (mimo okładki, na której przykuwa uwagę głównie różowe serduszko, co kojarzy mi się nie najlepiej – ze słodką Ameryką), opatrzona przedmową Diane von Furstenberg, wyróżnia się na plus i mogę ją polecić z czystym sumieniem każdemu, kto też typowych poradników nie lubi, a nad własnym stylem się zastanawia. Pokazuje bowiem różne alternatywy, wykłada podstawy, opisuje poszczególne typy i podtypy w ramach każdej kategorii, obficie sypiąc przykładami, zaś wybrać już trzeba samemu.

IMG_1752

Bardzo często w odniesieniu do stylu używamy słów: minimalistyczny, boho, eklektyczny, klasyka, uliczny – rozumiejąc te pojęcia intuicyjnie, ale gdyby ktoś poprosił nas o przykłady lub definicję, mielibyśmy z tym kłopot. Amanda Brooks robi dla nas przegląd tych wszystkich tendencji, ilustrowany konkretnymi przykładami w postaci zdjęć osób bardziej i mniej znanych. Niektóre są wręcz fantastyczne, jak Jeanne Moreau siedząca sobie skromnie na sofie w małej czarnej Pierre Cardina tuż po ogłoszeniu zaręczyn z tymże Pierre Cardinem, albo Courtney Love w rozchełstanym różowym swetrze z kaszmiru (z komentarzem, że nawet tak grzecznemu i przesłodzonemu wdzianku można nadać buntowniczy sznyt). Autorka najwyraźniej wyszła z założenia, że jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów i ma w tym trochę racji.  Na wybrane przez nią zdjęcia można patrzeć godzinami. Dużo jest  Sophii Coppoli:)

IMG_1754

Istotna jest również osoba samej autorki, doskonale znana w nowojorskim światku mody. Amanda Brooks na stylu zna się bowiem jak mało kto. Latami pisała na ten temat do „The New York Times Magazine” i „Vogue`a”, była modowym ekspertem w telewizji i radio, także dyrektor kreatywną niezależnej marki Tuleh, a – już po wydaniu „I Love Your Style” – specjalistką od stylu w słynnej sieci handlowej (a raczej luksusowym domu towarowym) Barneys.  W książce opisuje szczerze początki swojej przygody z modą, i nie ukrywa, że sama latami poszukiwała stylu dla siebie, począwszy od pierwszych, rodzinnych wzorców,  poprzez rozliczne, czasem dziwaczne fascynacje, jakim ulegała na kolejnych etapach życia. Nie ukrywa, że wychowała się nie w Paryżu, na Palm Beach, i choć pochodzi z zamożnej rodziny, która była również związana z biznesem modowym (babka Amandy, Beatrice Bowly, szefowała Instytutowi Odzieżowemu w Bostonie), styl środowiska, w którym obracała się od małego, czyli tzw. WASP – białych , zamożnych protestantów – nie charakteryzował się szczególnym polotem. Jednym słowem przyznaje, że i jej droga do perfekcji była długa i kręta.  Jako bonus publikuje zresztą  fotograficzną listę własnych największych wpadek:) Więcej na jej blogu: http://amandalovesyourstyle.blogspot.com/

IMG_1756

Minimalistki (i minimalistów) zainteresuje zapewne najbardziej rozdział pod tytułem „Minimal”. Zaczyna się znamiennym cytatem z Calvina Kleina: „Minimalizm w modzie nie polega na unikaniu wzorów czy nadruków. Dla mnie to filozofia, w której zawiera się ogólne wyczucie proporcji, wiedza, czego można się pozbyć, co usunąć. To pobłażanie dla doskonałego cięcia, subtelnych zabaw odcieniami oraz czystych i mocnych form”. Amanda przyznaje, że sama, kiedy widzi wyznawcę minimalistycznego stylu, chciałaby trochę go udekorować. To może być  sznur pereł, kokarda, kwiat, cokolwiek, co zdejmie z surowego stroju odrobinę powagi, będzie mrugnięciem oka w stronę publiczności. Tę radę warto zapamiętać. Jak i inną – że choć czerń od stóp do głów zwykle najbardziej kojarzy się z prostym stylem, jest to tak naprawdę pójście na łatwiznę. Taką samą zasadę – grę fakturami i krojem – można zastosować przy każdym innym wyrazistym kolorze, zwłaszcza takim, który koresponduje z ubarwieniem naszych włosów, oczu, cery….. Typy minimalizmu? Umundurowany, klasyczny, androginiczny…….

IMG_1758

IMG_1760

Dla mnie książka (a właściwie swoisty podręcznik) Amandy był też swoistym objawieniem, bo był to okres, w którym, jak na minimalistyczną neofitkę przystało, pragnęłam ubierać się wyłącznie w biele, czernie, beże, granaty i szarości, a każdy jaskrawszy kolor wydawał mi się już tandentny. Zapomniałam przy tym, że biel i czerń, owszem, tak, ale szarość od stóp do głów przy mojej kolorystyce (typ „zimy”) to już może niekoniecznie wydobywa wszystkie atuty urody…. Po lekturze dotarło do mnie, że wcale nie muszę wyrzucać kobaltowych, fioletowych czy czerwonych ubrań, co więcej – unikać zestawiania ich ze sobą. I że nadal mogę bawić się modą. Mniejszy zasób szafy nie wyklucza eksperymentów. Poczułam się, jakbym przez ostatnich kilka miesięcy z własnej winy cierpiała na brak witamin – taki sobie narzuciłam niezdrowy reżim. Z którym jakoś wewnętrznie było mi źle, tylko nie umiałam tego sama przed sobą przyznać.

Amanda przekonała mnie też dlatego, że nie przemawia tonem mentorki, jak zdarza się wielu oświeconym stylistom. Opisuje poszczególne tendencje, mówiąc: szukajcie sami, próbujcie, nie zamykajcie się w modowych schematach. Zaawansowanym, którzy wiedzą np. czym „ethnic bohemian” różni się od „bourgeois bohemian”, pozwala tę wiedzę uporządkować. Bardzo takie podejście mi odpowiada. Każdy z rozdziałów kończy się sekcją „Inspiracje”, w której znajdziemy krótkie omówienie książek i filmów odnoszących się do danej tematyki. W przypadku tendencji minimalistycznej jest to m.in. „Wstręt” Romana Polańskiego i styl Catherine Deneuve, grającej główną rolę. Osobny rozdział poświęciła poszczególnym elementom podstawowej garderoby, dając praktyczne wskazówki, gdzie warto ich szukać i w co inwestować – odnosi się to też do odzieży vintage. Jest też słowniczek nazwisk najbardziej znanych projektantów (niby banał, ale przyznajmy sami, ile razy wzdragaliśmy się w towarzystwie przed wymówieniem „Issey Miyake”, żeby się przypadkiem nie wygłupić)? Jest kilka porad dotyczących wyszukiwania perełek vintage w Internecie i wzmianka o regule „cost per wear” – autorka przyznaje, że dowiedziała się o niej z innej, opublikowanej w latach 70. i nie wznawianej dotąd książki, „Cheap Chic” – której poświęcę osobny wpis.
„I Love Your Style” napisana jest według reguł „mniej znaczy więcej”. Nie ma tu paplania, niepotrzebnych ozdobników – ich rolę pełnią zdjęcia. Tekst jest konkretny, zawiera celne, przydatne w praktyce obserwacje. Czuje się, że pisała go ekspertka w swojej dziedzinie, która nie musi dodatkowo kokietować czytelnika. Choć skromna okładka i prosta forma nie zapowiada rewelacji, w odniesieniu do  twórczości Trinny i Susannah czy im podobnych  „I Love Your Style” jest jak „Vogue” wobec „Poradnika Domowego”. Pozycja obowiązkowa, kolejna z tych, które nie doczekały się jeszcze tłumaczenia na język polski. A powinny.

Otagowane , , , , , , , , , ,

O kosztach

Kiedy zimą tego roku zawoziłam na raty sterty nienoszonych/niepasujących/niesprzedanych na Allegro albo podczas garage sale ubrań do Caritasu (uwaga –  po długich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć adres, pod którym codziennie można oddać odzież, oczywiście wypraną i wciąż w dobrym stanie – jeśli ktoś mieszka w Warszawie, polecam: ulica Żytnia 1A), z każdą kolejną partią „towaru” żałowałam tym bardziej, że odpowiednio wcześnie nie usłyszałam o zasadzie „cost per wear” i nie wzięłam jej sobie do serca. Zasadę tę można zdefiniować najkrócej: im częściej nosisz daną rzecz, tym niższy jest jej realny koszt zakupu, niezależnie od zapłaconej na początku ceny. I tym szybciej ta cena się zwraca. Nawiązując do poprzednich dwóch wpisów, to podejście idealnie wpisuje się też w filozofię francuskiego stylu, a konkretnie w zasadę zachęcającą do korzystania z rzeczy w możliwie najlepszym gatunku, pod warunkiem, że leżą na nas jak ulał.

Gdybym poznała tę zasadę wcześniej, zamiast kupować  pod wpływem impulsu dziesiątki kiepskiej jakości ubrań, zwykle w sieciówkach, albo ubrań niemierzonych wcześniej, a tak pięknie wyglądających na zdjęciach w serwisach Etsy czy Ebay,  roztrwonione w ten sposób pieniądze mogłabym spokojnie zainwestować w droższe, za to znacznie trwalsze i pasujące do mnie, podstawowe elementy garderoby. Nie stawałabym może tak często przed pękającą w  zawiasach szafą w panice, w co by też się dzisiaj ubrać. Nie musiałabym też teraz kursować na drugi koniec śródmieścia z torbą wypełnioną fatałaszkami, których jedynym atutem były atrakcyjne wzory, kolory albo modny akurat w danym sezonie fason.  Dodam od razu: nie jest też tak, że sieciówki to najgorsze zło, i w nich zdarzają się nabytki służące latami (choć coraz trudniej na nie trafić, bo mam wrażenie, że jakość oferowanych przez nie ubrań w ciągu ostatnich kilku lat drastycznie spadła; poświęcę temu odrębny wpis). A to, w czym nam do twarzy i co uznamy za owe podstawowe elementy – to już kwestia indywidualna. Inna sprawa, że nadmierne zamiłowanie do sieciówek skutkuje atakiem klonów: wystarczy przejrzeć większość polskich blogów z modą uliczną albo tzw. szafiarskich, gdzie królują zestawy: Zara, H&M, C&A i tym podobne. A styl ma to do siebie, że jest nasz i tylko nasz, nie można go kopiować. Ten temat pojawił się nawet ostatnio w radiu.

Kierując się wspomnianą zasadą „cost per wear” i jeszcze kilkoma innymi, rodem z poprzednich wpisów, w ciągu ostatnich kilku miesięcy zrobiłam rewolucję we własnej szafie i wcale nie żałuję. Pozbyłam się wszystkiego, co było za małe, za duże, deformowało mnie, postarzało albo sprawiało, że wyglądałam „jak zmyta” (patrz poprzedni wpis), po pierwszym praniu przypominało szmatę, pruło się albo wyglądało tandetnie.  Precz poszły wszystkie ubrania z tworzyw sztucznych – nigdy więcej!!! A potem zainwestowałam w rzeczy ponadczasowe, które pasują do mojego typu urody i sylwetki, z dobrych gatunkowo materiałów i dobrze uszytych. Przekonałam się też do kilku marek, które do tej pory wydawały mi się poza moim cenowym zasięgiem. Bynajmniej nie mam na myśli tych najbardziej luksusowych, raczej średnią, ale sprawdzoną półkę.

Źródło: Danse De Lune

Bolało, ale są efekty. Wiem, w czym wyglądam dobrze i w czym dobrze się czuję. Skompletowanie stroju na dany dzień przychodzi mi bez trudu. Poza tym istotnie noszę nowe nabytki na okrągło, co znacząco zmniejsza koszty ich zakupu. Nauczyłam się, że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość i że 75 proc. rzeczy zakupionych impulsowo, „bo były takie tanie” albo upolowanych podczas wyprzedaży, powinna pozostać tam, skąd je wzięłam – czyli na sklepowych wieszakach. Nie pasowały do mnie, a gdy już sobie to uświadamiałam – zwykle po jednym lub kilku próbach występu w tych nabytkach – było niestety za późno by je oddać, leżały więc latami bezużyteczne, zajmując miejsce na półkach. Co ciekawe, pozbyłam się też większości internetowych zdobyczy vintage, przysięgając sobie przy okazji solennie, że nigdy więcej nie kupię w sieci czegoś, czego wcześniej nie przymierzę w realu (chyba, że będą to dodatki albo że znam doskonale rozmiarówkę danej firmy).

Źródło: Danse De Lune

Dalsze konsekwencje: odkąd skompletowałam wszystkie niezbędne elementy mojej garderoby, nie snuję się tak często jak dotąd po galeriach handlowych, bo po co? Brakuje mi tylko kilku rzeczy na liście, wiem już, gdzie mogę je znaleźć, a że są to rzeczy oferowane przez producentów z sezonu na sezon, kupię je, gdy będzie mnie stać. Szerokim łukiem omijam sieciówki, bo – patrz poprzednie akapity, a poza tym wiem, że nie znajdę tam zadowalającej mnie jakości. Wiem już, że niektóre rzeczy, choć z pozoru zwyczajne, warte są swojej ceny. A niektóre marki – renomy.  Dodam, że moja siła nabywcza nie zmieniła się w tym czasie, więc nikt nie przekona mnie, że studenta czy osobę zarabiającą tzw. średnią krajową stać tylko na tanie ciuchy z sieciówek czy działów odzieżowych hipermarketów. Kwestia przestawienia sobie priorytetów i nabycia umiejętności dłuższego odkładania na zaplanowane z góry cele, zamiast oczekiwania szybkiej gratyfikacji.

Źródło: Topknot

Poza tym dostrzegłam (i poprawcie mnie, jeśli tkwię w błędzie!), że my, Polacy, wciąż jesteśmy skażeni myśleniem, które nazwałabym postpeerelowskim: z jednej strony uważamy, że nie godzi się zbyt wiele wydawać na siebie, zwłaszcza na tak ulotne dobra jak ubrania. A niby czemu nie? Szacunek do siebie obejmuje i ten aspekt. Z drugiej: gdy już nas na to stać, często przesadzamy w drugą stronę, epatując przedmiotami, które – owszem – rzucają się w oczy, ale ze stylem czy elegancją, a często także wygodą i twarzowością nie mają wiele wspólnego. Te wszystkie torby ze złotym logo, te buty powyginane w najdziwniejsze kształty i w dzikich kolorach, lansowane przez niektóre celebrytki…. Celebrytkom ujdzie, ale komuś, kto nie jest stałym bywalcą kronik towarzyskich, taki zakup na dłuższą metę będzie średnio przydatny. Toż to dwa ekstrema, przypomina się profesor Antoni Kępiński i jego teoria o polskim charakterze narodowym: że trochę w nas prostego kmiecia, a trochę szlachciury z podejściem „zastaw się, a postaw się”! Chyba trochę w niej prawdy…..

I tu dochodzimy do paradoksu: wiele osób nie zawahałoby się przed wydatkiem kilku tysięcy złotych na torbę ze złotym logo, podpatrzoną u gwiazd z telewizji, ale krzywią się, widząc metkę z wyższą ceną przy rzeczach prostych i ponadczasowych. A to one właśnie służą nam na codzień. Wcale nie potrzebujemy ich wiele, bo można je nosić na okrągło, tylko w różnych zestawach i zmieniając dodatki. Powiedzenie, że „biednych nie stać na taniochę” jest, niestety, boleśnie prawdziwe.

Otagowane , , , ,