Tag Archives: esencjalizm

Wakacyjna przerwa

Chciałabym pisać tutaj częściej – od dłuższego czasu zastanawiam się też, jak uatrakcyjnić blog. Wiem, że wielu z Was zagląda tutaj, wyczekując nowych postów. Nie ma co jednak się oszukiwać – teraz intensywnie skupiam się na pracy nad czymś innym, i tak będzie jeszcze co najmniej przez półtora miesiąca. Nie chcę pisać niczego na szybko i byle jak – staram się poświęcać jednej rzeczy naraz, za to stuprocentowo, i dopiero potem to samo robić z kolejną, a jednocześnie nie zaniedbywać odpoczynku. Dobrze się składa, bo akurat trwa letni sezon w nieco zwolnionym tempie, zamiast czytać blogi, lepiej spędzać czas w otoczeniu przyrody, z dala od ekranów. Obiecuję zatem – i nie jest to rzucanie słów na wiatr – że wrócę w połowie września z nową energią, będzie kontynuacja dotychczasowych tematów, ale też nowe. Tymczasem zachęcam do lektury archiwalnych wpisów – i dobrych wakacji wszystkim 🙂

Otagowane , , , , ,

Szafa od zera

A gdyby tak nagle cała dotychczasowa zawartość mojej szafy zniknęła w tajemniczych okolicznościach i byłabym zmuszona skompletować garderobę od zera? Z konieczności, także finansowej, trzeba byłoby ograniczyć się do najpotrzebniejszych kilku elementów, możliwych do zestawiania ze sobą w różnych kombinacjach i przede wszystkim odpowiadającym wymogom aury w najbliższych miesiącach – czyli najpierw skompletować podstawową garderobę zimową, jako że dziś drugi dzień astronomicznej zimy.

Przyjrzałam się najczęściej wykorzystywanym i najbardziej potrzebnym w tych warunkach elementom i oto, co bym wybrała:

– Płaszcz zimowy. W polskich realiach klimatycznych (jakkolwiek klimat ponoć się ociepla) nie warto oszczędzać na tym elemencie garderoby. W końcu nosimy go przez kilka miesięcy, powinien więc zapewniać nam maksymalny komfort (rzekłabym wręcz, że o tej porze roku jest wręcz niezbędny do przeżycia; chyba że zamierzamy nie ruszać się z domu). Jako odzienie wierzchnie też najbardziej rzuca się w oczy, wpływając na pierwsze wrażenie o właścicielce.  Każdy ma inne preferencje odnośnie fasonu, więc trudno cokolwiek sugerować. W moim przypadku idealny płaszcz zimowy ma szlafrokowy krój, jest długi do połowy łydki, przewiązywany paskiem i zapinany na guziki lub zatrzaski (niby to szczegół, ale dla mnie świadczy o dbałości o jakość, poza tym w zapinanym zawsze jest cieplej). Skład, który wpłynąłby na decyzję o zakupie po przestudiowaniu metki, to minimum 80 procent wełny, pozostałe 20 procent może przypadać na poliamid. Sytuacja idealna to 100 proc. wełny (czasem można znaleźć takie płaszcze w COS i &Other Stories) albo wełna z dodatkiem kaszmiru, ale to dziś rzadkość i wysoka półka cenowa (np. Deni Cler – piszę na podstawie opinii innych, sama nie mam żadnej rzeczy tej marki), dla wielu nieosiągalna. Warto też zwrócić uwagę na materiał, z jakiego wykonana jest podszewka (płaszcze zimowe bez podszewki odpadają w tej konkurencji na starcie, przykro mi, Zaro). Wiskoza lub bawełna są jak najbardziej w porządku, w przeciwieństwie do poliestru, który lubi się elektryzować i nieładnie układać  (gdy zewnętrzna część płaszcza wykonana jest ze 100-proc. wełny, a poszewka z poliestru od razu patrzę na producenta podejrzliwie – chciał oszczędzić na tym, czego nie widać?) Kolor: ze względów praktycznych wybrałabym granat, który jest też bardzo elegancki, ale ze względu na zimową szarzyznę polskich ulic najlepiej byłoby mieć w garderobie dwa płaszcze, ten drugi jasnobeżowy albo w kolorze wielbłądzim (świadomie nie używam rozpowszechnionego określenia: kamelowy), by trochę rozjaśnić sobie życie w tych trudnych miesiącach. Niestety, poza ofertą z drugiej ręki praktycznie nie można już spotkać w sklepach ocieplanych, watowanych płaszczy; ich rolę najprawdopodobniej przejęły puchówki – przynajmniej mnie się nie udało takowego nigdy dojrzeć, może ktoś z Was ma inne doświadczenia? Puchówka jest oczywiście idealnym rozwiązaniem na wysokie mrozy, ale płaszcz wydaje się bardziej uniwersalny i przede wszystkim elegancki. Nawet przy minus 20 od biedy można ubrać się pod spód na cebulkę i jakoś przetrwać.

Niestety, chcąc kupić płaszcz dobrej jakości, trzeba się na to przygotować – to wydatek rzędu 800-1200 zł. Nieźle uszyte płaszcze z dobrych gatunkowo tkanin mają &Other Stories, Filippa K, COS, Marc O`Polo, czyli sprawdzona i opisywana już tutaj brygada. Polecam też polską markę Elementy, szyjącą w kraju, stosującą zasady kapitału społecznego (bardziej dla płaszczy przejściowych, nie na super mroźną zimę). Przy mniejszym budżecie dobrą i ekologiczną opcją jest przeszukanie sklepów z odzieżą używaną, także tych internetowych, lub portali w rodzaju Etsy, gdzie można trafić na naprawdę porządnie uszyte, ciepłe płaszcze, w dodatku za połowę ceny nowych.

– Buty. Drugi element garderoby, na którym zdecydowanie nie warto oszczędzać. Dobre buty dodają garderobie sznytu, nawet jeśli jej reszta to zestaw skompletowany podczas łowów w sieciówkach i sklepach z odzieżą używaną. Skórzane (niestety nie jest to opcja dla wszystkich; zdaję sobie sprawę, że w przypadku wegetarianki może zakrawać to na hipokryzję lub niekonsekwencję, ale nie założyłabym buta ze sztucznych tworzyw – ze względu na komfort i higienę). Jeśli o porządnie wykonane buty się dba, regularnie oddając je do szewca, a po sezonie czyszcząc, pastując i wypychając gazetami, by nie straciły formy, mają szansę służyć nam nawet i dekadę. Szyta, nie klejona i drewniana podeszwa to oczko wyżej na skali jakości.  Zwracam też uwagę, gdzie zostały wykonane – najlepiej w Polsce, ale  Portugalia, Włochy, Francja sugerują wyższą klasę niż Chiny. Mój ulubiony typ butów to botki do kostki albo sztyblety, które można nosić również wiosną i jesienią; ale na okres śnieżny i mroźny dobrze jest też mieć jedną parę kozaków. Odnośnie obuwia polecam te same sklepy co poprzednio, niezłej jakości sztyblety ma też w ofercie polska firma 7Mil. Moje botki z A.P.C., kupione pięć lat temu na wyprzedaży, po jednej na razie wizycie u szewca (wymiana fleków), trzymają się świetnie.

Ceny: botki ok. 500-600 zł, kozaki – 800-1000 zł, sztyblety 300-500 zł

– Akcesoria: rękawiczki, czapka, szal.

Akrylowi, królującemu w sieciówkach, mówimy zdecydowane nie. Elektryzuje, gryzie, nie grzeje. Szalik ze 100 proc. wełny albo wełny z domieszką kaszmiru to wydatek rzędu 200-300 zł, więc w tym przypadku też warto czekać na wyprzedaże. Bywają oczywiście wyjątki – mam czapkę kupioną dwa lata temu w H&M za bodaj 50 zł z jakiejś dziwnej mieszanki: 63 proc. – akryl, 25 proc. – wełna, reszta – poliester (!!!) i nie dość, że nie elektryzuje, to jeszcze całkiem skutecznie grzeje.

– Spodnie typu cygaretki z wełny. Pod spód zakładamy podkolanówki i już jest cieplej. Takie spodnie można wykorzystywać zarówno na oficjalne okazje (np. w zestawieniu z marynarką), jak i na co dzień, fason mają wyszczuplający, sprawiają eleganckie wrażenie. Kolory – co komu pasuje, ja pewnie zdecydowałabym się na najbardziej uniwersalny granat albo szarość, fajne i ożywiające resztę garderoby kolory to też bordo albo ciemna zieleń.

fullsizerender

Na zdjęciu podawane jako przykłady: płaszcz Filippa K (2 lata), botki A.P.C. (4 lata), skórzana kurtka Massimo Dutti (2 lata), sweter A.P.C. (4 lata), dżinsy COS (3 lata), szal &Other Stories (2 miesiące)

– Dżinsy. Jeśli są wykonane z grubego dżinsu, to grzeją nie gorzej niż wełna, poza tym od razu zyskujemy całoroczny element garderoby. Fason to już kwestia bardzo indywidualna – ja wolę takie z wyższym stanem, albo typu „slim fit”, albo o prostym kroju – te pierwsze mam z COS, te drugie z Marc O`Polo. Dżinsy z tzw. surowego dżinsu też są idealnym wyborem na zimę, bo w sezonie wiosenno-letnim zmieniają się, niestety, w grzejącą zbroję, o czym przekonałam się na przykładzie moich z A.P.C. Kolory – czarny, ciemnogranatowy, klasyczny błękit, szary.

– Długi wełniany sweter. Najlepiej zapinany. Taki, pod który można ubierać koszule i bawełniane podkoszulki z długim rękawem używane też w porze letnio-wiosenno-jesiennej i nie przegrzewać się we wnętrzach (niestety w Polsce istnieje tendencja do nastawiania temperatury na maksimum, nie tylko w wagonach PKP). Tradycyjnie już polecam wyprzedaże w COS i Marc O`Polo – wełniane swetrzyska są tam naprawdę dobrej jakości, ze stuprocentowej wełny.

– Kurtka skórzana albo wełniana marynarka. Na bardziej oficjalne okazje. W przypadku marynarki może to być komplet ze spodniami, którego każdy element można zestawiać z innymi składnikami garderoby. Kurtka dodaje reszcie stroju elementu luzu, a skóra dodatkowo grzeje (będąc całoroczną rowerzystką wiem, że w naprawdę zimne dni nic nie sprawdza się tak dobrze jak zestaw: sweter/skórzana kurtka/płaszcz). Mityczna skórzana kurtka to oczywiście ramoneska, ale nie każdemu pasuje ten fason, poszerzający ramiona i górną część tułowia. Własną kurtkę życia upolowałam parę lat temu na wyprzedaży w Massimo Dutti (zasadniczo nie polecam tego sklepu; mam wrażenie, że jakość często nie ustępuje Zarze z tej samej grupy kapitałowej, natomiast ceny są dwu- albo i trzykrotnie wyższe, bo marka pozuje na luksusową; swoje doświadczenia z nabytym tam rzekomo skórzanym paskiem opisywałam jakiś czas temu tutaj na blogu, jednak zdarzają się wyjątki – kurtki ze skóry i marynarki, niekiedy też buty).

Marynarka: 400-500 zł, kurtka skórzana 800-1000 zł.

fullsizerender-1

Wspominane w tekście: płaszcz Elementy (1 tydzień), sukienka COS (1 rok), koszula Marc O`Polo (3 lata), sweter COS (1 rok), botki Balagan (1 tydzień).

– Sukienka z wełny. Najbardziej kobiecy element tego zestawu, wbrew pozorom też bardzo uniwersalny – wystarczy pokombinować z dodatkami (ozdobny kołnierzyk, naszyjnik, pasek, rajstopy) i można sprawiać wrażenie, że codziennie ma się na sobie inną sukienkę 🙂  300-400 zł.

– Kaszmirowy sweter z dekoltem typu V albo okrągłym. Opowieści o tym elemencie tzw. bazowej francuskiej garderoby nie są mitem. Klasyczne swetry we wszystkich kolorach świata szyje francuska firma Eric Bompard,którą już kiedyś tu polecałam, ceniona nie tylko na swoim rodzimym rynku; wysyłają do Polski i mają całkiem ciekawe przeceny, warto zapisać się na newsletter, odkładać pieniądze i czekać na sygnał, bo to kaszmir naprawdę wysokogatunkowy (przyznaję, że mam niejakie wątpliwości odnośnie atrakcyjnych cenowo kaszmirowych swetrów w sieciówkach typu Uniqlo).

– Koszula. Niekoniecznie biała. Jako elegancki podkład pod sweter. I też mamy od razu zalążek garderoby wiosenno-letniej. 200-300 zł.

P.S. 1. Żadna z marek wymienionych w tym wpisie nie dołożyła grosza do jego powstania, wręcz przeciwnie, to autorka zapłaciła za zakup niektórych z wytwarzanych przez nie rzeczy 😉

I jeszcze P.S. 2. odnośnie poprzedniego wpisu. Pisząc o braku spójności, świadomie nie wskazywałam konkretnych przykładów, tylko ogólne kierunki, które mnie zaskakują i jakoś zgrzytają – nie biorę więc odpowiedzialności za rozmaite czytelnicze skojarzenia, nie było też moją intencją piętnowanie konkretnych blogerów. Nie wymieniałam żadnych nazw, bo nikomu nie zamierzam narzucać swojej wizji świata ani dzielić autorów blogów orbitujących wokół tematyki minimalizmu na minimalistów prawdziwych bądź udawanych. Cenię nade wszystko uczciwość przekazu, ale choć wielu z nich czasem nie spełnia tego wymogu, nadal ich czytuję, bo mają coś ciekawego do przekazania. Nie muszę przecież zgadzać się z każdym cudzym słowem – a wręcz przeciwnie, uważam, że zasada krytycznego myślenia to podstawa przy czytaniu i korzystaniu ze wszelakich mediów. Sama mam ten komfort, że – przynajmniej na razie, bo jak wiadomo „nigdy nie mów nigdy” – prowadzę tego bloga dla przyjemności, więc mogę pisać, co chcę, a nie czego się ode mnie oczekuje; zarabiam gdzie indziej. Dlatego też świadomie piszę go jako minimalplan, a nie pod nazwiskiem. Nigdy też nie definiowałam się jako minimalistka – przyglądam się minimalizmowi z sympatią, ale trochę z boku. Taką już mam konstrukcję, że wolę pozostawać człowiekiem niezrzeszonym, również w odniesieniu do kilku innych sfer. Bliska mi jest również filozofia esencjalizmu czy też prostego życia, w miarę możliwości staram się stosować ją na co dzień, ale  rozumiem ją pod kątem bardziej filozoficznym niż sprowadzającym się do deklaracji, ileż to sztuk odzieży wypełnia czyjąś szafę.

Wszystkiego dobrego przedświątecznie!

Otagowane , , , , , , , , , ,

Sztuka spójności

Ostatnio dużo się mówi i pisze (także w kontekście stylu, sama uczyniłam to w jednym z ostatnich wpisów) o potrzebie autentyczności i spójności przekazu. Również o potrzebie autorytetów.

Garść przykładów (celowo nie podaję nazw i nazwisk, bo nie w tym tu rzecz, by kogoś piętnować):

Ekspert od savoir-vivre`u, który rozpisuje się na temat elegancji, dobrych manier i tęsknoty za światem klasy średniej oraz ziemiaństwa – zdjęcia i filmy w sieci ukazują lekko zaniedbanego mężczyznę z widocznym piwnym brzuchem, który chyba dawno też nie odwiedzał fryzjera. Głębsze zaznajomienie się z jego blogiem ujawnia zaś, że pod pretekstem zgodności z kanonem propaguje dyskryminację ludzi ze względu na ich orientację seksualną lub pochodzenie (w XXI wieku!)

Ekspertka od savoir-vivre`u, której blog, napisany bardzo ładną polszczyzną, tworzy wizerunek osoby kompetentnej, stosującej to, o czym pisze, w praktyce. Dopóki w jednym z wpisów nie pada żargonowe, dość wulgarne określenie. Kilka tygodni wcześniej autorka przekonywała czytelników, że dama nie przeklina. Dotychczasowe wrażenie pryska.

Blogerzy poruszający tematykę dobrego życia, przekonujący polskich czytelników, że koniecznie powinni przeczytać podesłane im przez działy promocji wydawnictw obficie ilustrowane, lecz zawierające niewiele treści książki o „hygge”, ideologii równie odkrywczej jak metoda Kon-Mari, sprowadzającej się do pochwały przytulności, wieczorów spędzonych w domu pod kocem, przy świecach i w towarzystwie bliskich – i koniecznie zacząć ją wprowadzać w życie. Choć hasło „hygge” niemal niczym nie różni się ono od holenderskiego „gezellig”, zostało tylko odpowiednio wypromowane i jest próbą poradzenia sobie z faktem, że w Skandynawii zima trwa z reguły długo, jest ciemna, śnieżna i wietrzna, więc najlepszym na nią remedium jest przyjazne sztuczne oświetlenie, gorąca czekolada i rozrywki w domowym zaciszu.  Kto nie podejmował podobnych wysiłków podczas polskiej zimy, ręka do góry! Tyle, że najprawdopodobniej nie używaliśmy na to żadnych szczególnych określeń, niepotrzebne też były nam wnętrza urządzone w stylu skandynawskim, wełniane skarpety po 300 zł sztuka ani świeczki określonych marek.

Blogerzy propagujący minimalizm, którzy przed świętami zamieszczają obowiązkowe poradniki dotyczące prezentów zawierające linki afiliacyjne do dużych sklepów internetowych, zachęcając tym samym do nabywania kolejnych przedmiotów.

Przedstawiająca się jako profesjonalna (i ciesząca takową opinią w środowisku) firma PR-owa, która zaprasza ekspertów  do udziału w dyskusji w ramach konkretnego cyklu spotkań, za konkretnym wynagrodzeniem, w konkretnym terminie, po czym – gdy na tydzień przed wydarzeniem na wszelki wypadek dopytują, czy wszystko aktualne (są ludźmi nie narzekającymi na brak zajęć i zarezerwowali sobie wspomnianą datę w kalendarzu) – dostają odpowiedź, że wydarzenie jest odwołane i krótkie przeprosiny. Gdy dopytują o powód, dowiadują się, że to wina klienta, któremu w międzyczasie zmienił się koncept. Kilka dni później dostają przez przypadek zaproszenie mailowe od klienta owej firmy na kolejne spotkanie z cyklu z udziałem innych prelegentów. Zapewne będą odradzać korzystanie z kontaktów z rzeczonymi PR-owcami wszystkim swoim znajomym.

Nie kupuję tego.

I nie chodzi o to, że linki afiliacyjne do propozycji prezentów są czymś złym, że koncept „hygge” jako taki jest zupełnie pozbawiony sensu, że człowiek nie może się zapuścić, jeśli ma na to ochotę, czy też kobiecie nie przystoi przeklinanie, bo jest kobietą (celnie pisała o tym kiedyś Pani Swojego Czasu, która sama często używa przekleństw w postach, ale nie kłóci się to z jej wizerunkiem, bo nie propaguje bycia damą. Propaguje rozsądne gospodarowanie swoim czasem, które zakłada takie planowanie, by mieć jak najwięcej czasu dla siebie i nie zaniedbywać się. Przeklinanie nie ma tu nic wspólnego z autentycznością wizerunku. Ma natomiast np. odpowiadanie na wiadomości od klientek w weekendy. Pani Swojego Czasu tego nie robi, czym tylko potwierdza, że sama stosuje się do zasad, które głosi. A komuś takiemu chce się ufać.

 Niby wszystko wydaje się oczywiste, czemu więc sobie to robimy?

Otagowane , , , ,