Tag Archives: facebook detoks

NF 7

Były takie czasy – zupełnie niedawno, jeszcze dziesięć lat temu – kiedy nie każdy z nas miał Internet w domu, nie mówiąc o smartfonie. Korzystało się z niego w pracy, w nagłej potrzebie można było odwiedzić kawiarnię internetową, żeby odebrać maila albo wysłać zamówiony tekst. Miałam pod tym względem wyjątkowo dobrze, bo kawiarnia mieściła się w tym samym budynku, w którym mieszkałam. Nie przypominam sobie jednak, żebym wieczorami albo w weekendy zaglądała tam szczególnie często czy spędzała przed ekranem długie godziny, zwłaszcza że dostęp był płatny.

Zatęskniłam za tamtymi czasami. I choć jestem bodaj ostatnią osobą, która negowałaby dobre strony powszechnego dostępu do sieci, już długo odczuwałam zmęczenie nieustanną jej dostępnością, pozostawaniem online przez większą część dnia. Nie, w trakcie minionej dekady nie zmieniłam się stopniowo w zombie żyjące w wirtualnym świecie, ale jak wielu z nas, bez Internetu nie wyobrażam sobie życia i korzystam zeń znacznie intensywniej niż kiedyś. Pewne aspekty tego korzystania zaczęły mnie coraz bardziej uwierać, zwłaszcza po lekturze „Płytkiego umysłu”, książki, która uświadomiła mi, że pozornie niewinne przyzwyczajenia nie pozostają bez wpływu na to, co dzieje się w głowie.

Postanowiłam wreszcie przeprowadzić eksperyment, do którego zbierałam się od dawna i o którym czytałam u innych. Nie wyrzuciłam wtyczki ani nie zmieniłam taryfy w telefonie na taką bez dostępu do Internetu. Zaczęłam od małego kroku – rezygnacji przez tydzień z Facebooka. Nie dezaktywowałam konta, tylko zawarłam ze sobą na piśmie umowę, że przez tydzień nie będę się tam logować – zarówno z poziomu komputera, jak i telefonu. Prosty sposób, a działa – jeśli ma się choć odrobinę szacunku do siebie, głupio się z takiej umowy wycofać, choć nikt z zewnątrz nie kontroluje jej przestrzegania.

Czemu Facebook? Bo w jego przypadku przeszkadzające mi najbardziej aspekty „stałego podłączenia” były najbardziej odczuwalne. Odpowiadał za ciągłe rozproszenie uwagi, trudności ze skoncentrowaniem się na dłużej na jednej czynności. Recenzując „Płytki umysł”, wspomniałam, że w czasach, o których piszę, potrafiłam zatopić się na długie godziny w lekturze, teraz  czytam książki jak kolejne linki do stron internetowych umieszczane na FB przez znajomych, zaczynając kilka z nich równolegle i nie zawsze kończąc. Nie ma w tym nic złego, każdy czyta jak lubi, ale przemyślawszy sprawę, wolę jednak pierwszy, dawny sposób.

Drugi aspekt to ilość czasu trawionego na zapoznawanie się z często banalnymi informacjami – kto co zjadł, gdzie pojechał, za co go ostatnio pochwalili albo co go wkurza. Minuta do minuty i tak okazuje się, że straciłeś nagle dwie godziny na wgapianie się w galerię zdjęć jakiejś osoby, z którą nie rozmawiałeś od paru lat i nie bardzo wiesz, o czym mógłbyś rozmawiać, gdyby przypadkiem zdarzyło się wam wpaść na siebie na ulicy. Niby tak narzekam też, że media, zwłaszcza te internetowe, karmią odbiorców coraz gorszym chłamem, nawet szanowane niegdyś portale poddają się tabloidyzacji, a z własnej woli podkręcam jeszcze ten strumień, bo gdyby nie Facebook i podsuwane przezeń linki, spora część tych wiadomości zapewne by do mnie nigdy nie dotarła. Wystarczy, że z zawodowego przyzwyczajenia i tak codziennie odwiedzam kilka adresów, by prędzej czy później uciekać stamtąd z poczuciem niesmaku. W efekcie przez mózg przepływa mi regularnie rosnący strumień śmieci, zabierając jeszcze dodatkowo czas, który mogłabym spędzić choćby na tradycyjnej lekturze.  Przestaję słyszeć  swoje myśli, zubażam zasób słów. A co najgorsze, dzieje się tak z mojej własnej woli.

Wreszcie kwestia relacji międzyludzkich. Też nie odkryję tu prochu, od pojawienia się pierwszych portali społecznościowych napisano na ten temat tony artykułów i prac na uczelniach. Facebook to rodzaj wirtualnej sceny, na której każdy może być gwiazdą. Prężymy więc muskuły, nakładamy makijaże, żeby wzbudzić i utrzymać zainteresowanie, podsycić zazdrość, pokazać, jak świetnie się nam układa, poprawić sobie samopoczucie. Szybko się od tego uzależniamy – trawestując Ginsberga, widziałam najlepsze umysły swego pokolenia klikające co kilkanaście sekund w smartfon, coraz bardziej załamane, bo nikt jeszcze nie zalajkował ostatniej zmiany ich statusu. Działa mechanizm nieustającej gratyfikacji – uzależniamy się od reakcji innych na każdy ruch. Bez przerwy działają na nas nowe bodźce, aż do przesytu, jak podczas sarmackich biesiad, gdy jadło się i piło bez ustanku przez kilka dni, znikając tylko na chwilę, by opróżnić żołądek.

Aspekt towarzyski wymieniam w trzeciej kolejności, bo częsta bytność na FB jak dotąd nie miała wpływu na najważniejsze relacje w moim życiu. Z przyjaciółmi, z którymi spotykałam się poza siecią, spotykam się nadal z taką samą częstotliwością. Lubiłam natomiast zabrać od czasu do czasu głos w różnych dyskusjach i coraz bardziej męczące stawały się skutki uboczne takiej aktywności, mianowicie nieprowadzące donikąd utarczki z często obcymi ludźmi, z którymi poza siecią pewnie nigdy bym nie miała ochoty dyskutować. Skutkiem ubocznym posiadania sporej liczby znajomych, wśród których trafiali się również znajomi spotkani tylko raz w życiu, były również kuriozalne niekiedy komentarze pojawiające się pod moimi własnymi wpisami – zamieszczane chyba tylko po to, by podbudować swoje ego, zabłysnąć erudycją, dać się zauważyć. Wszyscy to znamy, każdemu się zdarza, ludzka rzecz, ale czemu, u licha, muszę mierzyć się z sytuacją, do której w wymiarze rzeczywistym nigdy bym nie dopuściła – wpuszczenia do własnego domu chmary lepiej i gorzej znanych ludzi, którzy w podzięce za gościnę a to pobazgrają coś na ścianie, a to naplują na podłogę, innym razem wyjedzą zapas z lodówki i jeszcze zostawią w niej gospodarzom karteczkę: „pozdrawiamy”? Jeśli w życiu unikam pieniaczy, po co wchodzę z nimi w dialog w sieci?

Do tego jeszcze kwestie związane z prywatnością, bo nawet pilnując, co się pisze i komu pozwala przeczytać, mimo wszystko jakaś wiedza o nas trafia w niewidzialną chmurę i zostaje tam, być może na wieki. Reklamy, które niepostrzeżenie pojawiają się na facebookowej tablicy, podsuwane na podstawie wyników z wyszukiwarek. Poczucie, że Wielki Brat naprawdę patrzy.

Facebook nie jest rzecz jasna prawą ręką Wielkiego Brata, tylko pospolitym, bardzo użytecznym w komunikacji narzędziem, które w zamian za udostępnianie użytkownikom rozmaitych funkcji gromadzi o nich dane, czego zresztą nie ukrywa. Wszyscy dziś je gromadzą, przy odrobinie zdrowego rozsądku możemy zdecydować, czym dzielimy się w sieci ze światem, a co opłaca się zachować dla siebie. Ale jeśli narzędzie zaczyna wysuwać się na pierwszy plan i czujesz, że ci to przeszkadza, dobrze jest od tego narzędzia odpocząć, zweryfikować reakcje na jego brak, przekonać się, czy można funkcjonować poza nim. Na początku intrygowało mnie, bawiło, wielokrotnie okazało się pomocne, ale przywiązałam się do niego na tyle, że miewam poczucie utraty kontroli. Tymczasem to ja, a nie Mark Zuckerberg i jego ekipa, decyduję i chcę nadal decydować, jakich narzędzi używam, jakim treściom daję do siebie dostęp za ich pośrednictwem i ile poświęcam im czasu.

Przejdźmy więc do wniosków z trwającego tydzień eksperymentu. Nie były zaskakujące. Zwłaszcza reakcja w momencie, gdy w niedzielne popołudnie zalogowałam się po przerwie na swoje konto. Owszem, w skrzynce czekało kilkanaście wiadomości, ale ci, którzy mieli pilne sprawy, zdołali w międzyczasie  skontaktować się inna drogą. Nikt spośród ponad 600 znajomych, w tym część osób, która komunikowała się poprzez Facebooka i nie dostała odpowiedzi, nie zaniepokoił się, czy coś aby się nie stało. Najbardziej zaskoczyła mnie osoba z najbliższej rodziny, która informowała, że akurat będzie przejazdem w moim mieście i poprzestała na wysłaniu facebookowej wiadomości, zamiast zatelefonować. Najwyraźniej chciała mnie powiadomić o tym fakcie tylko pro forma, nie liczyła na spotkanie. Odczytałam to wszystko, omiotłam wzrokiem tablicę, przeczytałam to, co widniało na niej na poziomie moich oczu i kliknęłam „wyloguj się”. Nie chciało mi się zupełnie zapoznawać z archiwalnymi wpisami znajomych. Co za nuda – pomyślałam. Innymi słowy, doświadczyłam tego, o czym czytałam u osób, które wcześniej ode mnie postanowiły odciąć się na jakiś czas od Facebooka czy Internetu; podobnie było kiedyś, gdy wyjeżdżając za granicę na parę dni zapomniałam telefonu i z siecią miałam styczność tylko raz, logując się na pół godziny w miejscowej bibliotece.

A wcześniej? Pierwszego dnia po pracy, zamiast logować się na Facebooka, poszłam pobiegać. Potem zaczęłam czytać książkę, która od kilku dni leżała na biurku. Skończyłam następnego dnia. W ciągu tygodnia przeczytałam cztery książki, średnia, jakiej dawno już nie osiągnęłam, a przecież dawniej, przed erą e-booków, za wagę mojego bagażu na wyjazdach odpowiadały przede wszystkim papierowe lektury, bo przy ekspresowym tempie czytania trzeba było brać spory zapas. Najłatwiejszy był więc początek.

Gdzieś w połowie tygodnia pojawiły się ciekawe symptomy świadczące o tym, że Facebook jednak uzależnia, podobnie jak hazard czy jedzenie słodyczy: z braku dostępu do portalu zaczęłam z większą niż zwykle częstotliwością przeglądać portale informacyjne, ulubione blogi i profile na Instagramie czy Pintereście. Jakbym szukała rekompensaty, czegoś w rodzaju wirtualnego metadonu, pomagającego przetrwać bolesny odwyk. A potem zdarzyła się rzecz najciekawsza: bodaj czwartego wieczoru zajrzałam do perfumerii, żeby uzupełnić zapas ulubionego pachnidła, po czym, dokonawszy zakupu, przez kolejne dni odwiedzałam po drodze do domu inne perfumerie, testując coraz to inne zapachy, a wręcz realnie rozważając ich zakup, chociaż doskonale wiem, z czym mi dobrze i jak kończyły się w przeszłości próby zdrady kilku sprawdzonych perfum: pełne butelki zbierały kurz w szafce. Mózg, odcięty od stałego dopływu łatwej przyjemności, nie mógł się najwyraźniej uporać z jej brakiem. Zaczął wariować.

Najtrudniejszy do przetrwania był koniec eksperymentu, dzień przed jego zakończeniem, bo wyobrażałam sobie, że w skrzynce czekają na mnie nie wiedzieć jakie rarytasy. Co, jak już wiemy, okazało się bujdą. Teraz chciało mi się śmiać – tyle deliberowania czy TO zrobić i na jak długo, rozpowiadania dookoła o jakże odważnej decyzji, niemalże porównywalnej z dobrowolnym wyrzuceniem klucza do sezamu wypełnionego złotem, a to nie sezam, tylko stara skrzynka z byle czym.

Teraz kolejny krok: czasowa dezaktywacja konta, do końca roku. A potem się zobaczy. Możliwe, że wrócę dopiero po uporaniu się z czymś, nad czym aktualnie pracuję. Może będę zaglądać tylko raz w tygodniu albo raz na dzień. Możliwe, że w ogóle zapomnę o istnieniu Facebooka. Poinformuję o reakcjach i decyzji.

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z portalami społecznościowymi i w ogóle Internetem – czy macie za sobą podobne eksperymenty? Co Wam dały, czego dowiedzieliście się przy ich okazji o sobie? A może uważacie, nie ma sensu się im poddawać?

(Tytuł jest nawiązaniem do pewnej praktyki malarskiej stosowanej przez Witkacego – myślę, że łatwym do rozszyfrowania:)

Reklamy
Otagowane , , , , ,