Tag Archives: fast fashion

Żegnaj, bracie Marks

Na łamach prasy zaroiło się ostatnio od prób diagnozy, dlaczego brytyjska sieć Marks&Spencer wycofuje się z polskiego rynku. Autor jednego z tekstów odkrywa zjawisko kanibalizacji marek ze średniej półki przez szybką modę (kiedyś pisałam o tym tutaj na przykładzie Benettona), niestety zarazem zaprzeczając swojej klasyfikacji poprzez wrzucenie do jednego worka wszystkich marek grupy Inditex oraz H&M. Tymczasem strategia obu koncernów polega na różnicowaniu cenowej oferty i w ich portfolio można znaleźć zarówno tanie H&M czy Bershkę, jak COS, &Other Stories czy Uterque, których – przynajmniej na polskie warunki – nie można nazwać inaczej jak „średnią półką” właśnie. A wszystko po to, by zgarnąć klienta konkurencji – lepiej, by ten, kto omija szerokim łukiem Zarę, kupił coś w Massimo Dutti, napełniając tę samą kieszeń. A polski klient ciągle patrzy głównie na cenę, nie na jakość, co przyczyniło się do pożegnania z polskim rynkiem choćby marki GAP, która – choć podobnie jak Benetton systematycznie obniża loty – oferowała te same bazowe ubrania co H&M czy Bershka, cenowo była jednak nieco mniej dostępna.

Znacznie dogłębniej potraktował sprawę Rafał Woś w „Polityce”, analizując fenomen w perspektywie nie dostrzeganej dotąd przez media osobliwości polskiego rynku handlowego, który w przeciwieństwie do innych rynków europejskich zupełnie porzucił model domów towarowych przy głównych ulicach miast, zamiast tego skupiając się na rozwoju centrów handlowych. Wbrew pozorom między tymi dwoma gatunkami, choć w obu przypadkach chodzi o sprzedaż różnych towarów pod jednym dachem, istnieje zasadnicza różnica. Dlatego na przykład pierwszy sklep &Other Stories w Polsce pojawił się w warszawskiej Galerii Mokotów, choć w takich miastach jak Berlin, Sztokholm placówki marki ulokowane są centralnie, zwykle w pokazowo odrestaurowanych zabytkowych budynkach. W Warszawie uznano najwyraźniej, że potencjalna klientka to pracowniczka jednej z licznych korporacji ulokowanych w rejonie ulicy Domaniewskiej, czyli tak zwanego Mordoru, która nadmiar czasu spędzonego za biurkiem i stresu rozładowuje zakupami w przerwie pracy. Co też, skądinąd, wiele mówi o tym, jak postrzegani jesteśmy przez zagranicę – zabiegane społeczeństwo na dorobku.

W przypadku Marks&Spencer zadziałało jednak chyba coś więcej niż tylko niższa siła nabywcza Polaków  i większa skłonność do robienia zakupów w galeriach. Oferta marki w Polsce różniła się od brytyjskiej – na nasz rynek trafiała tylko część asortymentu dostępnego w Wielkiej Brytanii – z reguły ta gorszej jakości, np. jeśli płaszcz z 80 proc. wełny, to z podszewką z poliestru, a nie np. wiskozy; akrylowe swetry, buty ze sztucznej skóry, etc. Przy cenach porównywalnych z COS czy Marc O`Polo trudno się dziwić, że bardziej znający się na rzeczy klienci woleli wydać o połowę mniej w którymś z sąsiednich sklepów Inditexu czy H&M za podobną jakość. Do tego wzornictwo M&S było chyba zbyt zachowawcze jak na polski gust, mało wyraziste. Zgodnie z filozofią domów handlowych firma miała w ofercie zarówno klasyczne kolekcje dla kobiet w średnim wieku, jak i propozycje dla nastolatek – nie do końca było więc wiadomo, kto miałby być docelowym klientem, a do sklepów, w których pod jedną marką można dostać wszystko – odzież dla różnych grup wiekowych, artykuły spożywcze czy wyposażenia wnętrz Polacy nie są przyzwyczajeni (ewentualnie kojarzą je negatywnie z epoką PRL-u). Nic więc dziwnego, że wśród znajomych ubolewających nad zniknięciem Marks&Spencer z Polski nie spotkałam jeszcze ani jedynej osoby żałującej ich ubrań, za to wszyscy ronią łzy nad swoimi ulubionymi produktami z działu spożywczego.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Oda do jakości, postscriptum

To miał być wpis zupełnie o czymś innym. I byłby, gdybym nie kupiła dziś najnowszego numeru „Zwierciadła”.
Z tekstem pani Zuzanny O`Brien o fast fashion, który – nie mam co do tego wątpliwości – został w stu procentach zainspirowany jednym ze wcześniejszych wpisów z tego bloga – https://minimalplan.com/2012/06/06/oda-do-jakosci-czesc-1/

Zawiera wręcz konkretne cytaty z mojego tekstu.

Szkoda tylko, że Autorka nie ujawniła źródła inspiracji, choćby najmniejszymi literami pod tekstem informując, że korzystała z minimalplan.com podczas przygotowywania materiału.

Niestety, nie mogę podać linka do tekstu „Globalna tendencja”, bo nie zamieszczono go w całości na portalu Zwierciadła – jest tylko fragment: http://zwierciadlo.pl/2012/bez-kategorii/globalna-tendencja, zresztą ze wspomnianymi cytatami, reszta dostępna tylko w papierowej wersji magazynu (najnowszy numer, wrzesień 2012) na str. 184-187. Nie chcę  też go fotografować i zamieszczać zdjęć, bo to byłoby naruszeniem praw autorskich wydawnictwa – nawet jeśli ono samo o cudze prawa nie dba.

Szkoda, że życie znów pokazuje, jak bardzo obniżyły się standardy w naszym zawodzie. Bo przecież blogi to taki wielki darmowy worek bez dna, z którego można dowolnie czerpać inspiracje i przepisywać cytaty, nie kontaktując się z autorami w sprawie wykorzystania zamieszczanych na nich treści. Jak mylne to przekonanie, dowiedziało się już kilka odzieżowych korporacji, które zamieszczały prace lub podobizny modowych blogerek bez ich zgody.

Napisałam dziś do redakcji  „Zwierciadła” w tej sprawie, tym razem nie jako anonimowa blogerka, ale podpisując się imieniem i nazwiskiem, z własnego redakcyjnego maila  – mam nadzieję, że odpowiedzą. Bardzo na to liczę, wciąż mimo wszystko wierząc w jakość.

Tak zwany update, czyli co nowego w temacie  (1 września): Dziś dostałam wyjaśnienie z przeprosinami od pani Zuzanny O`Brien. I nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Okazuje się bowiem, że sprawa ma drugie dno i…. tak naprawdę obie padłyśmy ofiarą manipulacji innego tytułu – tutaj napiszę tylko tyle, że to wysokonakładowy tygodnik, kilka akapitów poniżej wyjaśniając dlaczego, a najpierw do meritum. Otóż w lutym tego roku napisałam dla nich tekst o zjawisku fast fashion właśnie. Przez kilka tygodni czekałam na zapowiedzianą publikację, tłumacząc sobie poślizg zawirowaniami kadrowymi, w jakie wpadł akurat tytuł. Potem zaczęłam dopytywać. I usłyszałam, że oczywiście, materiał się ukaże, tylko redakcja poprosiła jeszcze inną autorkę o przeprowadzenie rozmowy z Lucy Siegle i gdy będzie gotowa, dołączy ją do mojego materiału.

Tą autorką, jak się okazuje, była pani Zuzanna, której – jak wynika z jej relacji – nie poproszono jednak wyłącznie o wywiad, ale….. uwaga: o napisanie własnego tekstu na temat zjawiska fast fashion z wypowiedziami Lucy Siegle. Pomijam fakt, czemu nie zwrócono się do mnie o kontakt z autorką książki – to nasuwałoby się w pierwszej kolejności. Zwykle dopiero wówczas, gdy autor nie ma czasu/możliwości, zleca się takie zadanie komuś innemu. Jak się okazuje, tutaj jednak praktyka  była nieco odmienna. Pani O`Brien tekst napisała, nie wiedząc (bo i skąd?) o istnieniu już jednej jego wersji, przesłała. I też czekała na publikację. Nie doczekała się, więc poprosiła o zwrot tekstu. Otrzymała go w wersji zmienionej, czyli jak teraz się okazuje, fragmentami mojego autorstwa – i tu, jak przyznaje sama, był jej błąd – uznała bowiem, że te zmiany to efekt działań redaktorskich. I w takiej wersji zaproponowała „Zwierciadłu”. Dalszy ciąg znamy. Ja, w przeciwieństwie do niej, przestałam dopytywać o dalsze losy własnego tekstu, a założywszy tego bloga wykorzystałam jego fragment jako jeden z wpisów.

Wyjaśnienie mnie przekonuje, wszystkie szczegóły się zgadzają. Wprowadziło mnie jednak w stan lekkiego szoku. Pierwsze słyszę, żeby szanujący się tytuł traktował zamówione materiały jak „wsad”, z którego można zrobić kompilację i przekazać ją dalej nie zapytawszy najpierw autora o zdanie ani nie zająknąwszy się słowem, że przesyła się materiał posiadający już współautora. Kim stał się zatem dziennikarz/autor? Dostarczycielem – z przeproszeniem – „contentu”, który można dowolnie przycinać, obrabiać, nie troszcząc się o takie drobiazgi jak prawa autorskie czy zgodność faktów z rzeczywistością? To znaczy, nie, wróć: nie pierwsze słyszę, oczywiście, wielu znajomych opowiadało mi o podobnych i gorszych praktykach, ale – jak wiadomo – dopóki nie doświadczysz samemu, nie uwierzysz.

Nazwy tego nierzetelnego tygodnika nie ujawniam z jednego powodu: tekst dla nich pisałam pod pseudonimem, bo choć nie dotyczył on zagadnień, którymi zajmuję się w macierzystej redakcji, i choć w niej i tak nie byłoby dla takiej tematyki miejsca, nie chciałam mieć nieprzyjemności z powodu publikacji gdzie indziej. I tu jest z kolei mój słaby punkt. Gdyby nie on, należałoby zrobić z tego większą aferę.

Reasumując: redakcja „Zwierciadła” przywróciła mi wiarę w standardy, jestem pozytywnie zaskoczona zarówno szybką reakcją, jak i staraniami o dogłębne wyjaśnienie całej sprawy. Zaś wspomniany tygodnik – niestety – na nowo pogrążył mnie w pesymistycznych myślach co do kondycji branży, w której mimo wszystko jeszcze pracuję. Ale człowiek uczy się na błędach, wiem teraz jedno: omijać pod każdym względem szerokim łukiem. Jeśli ktoś z Czytelników byłby zainteresowany, proszę o maila – podam nazwę tytułu na priv.

Uffffff… to – mam nadzieję – tyle. Następne posty będą już dotyczyły spraw znacznie przyjemniejszych.

Otagowane , , , , , ,