Tag Archives: francuskie życie

Powrót Mireille

Za pośrednictwem Amazona od miesiąca można kupić wersję na Kindle`a ostatniej publikacji Mireille Guiliano „French Women Don`t Get Facelifts”. Tymczasem u nas Wydawnictwo Albatros dumnie ogłasza, że wydało właśnie „najnowszą książkę” tejże. Chodzi oczywiście o „Kobiety, pracę i sztukę savoir-vivre`u” sprzed lat czterech, raz już przetłumaczoną na polski przez innego wydawcę, wówczas pod tytułem „Kobiety, praca i sztuka kreowania osobowości”. Niezależnie od wszystkiego cieszy mnie powrót Mireille na księgarskie półki, bo serwowane przez nią mądrości wyróżniają się na plus w zalewie frankofilskich lektur: góruje nad konkurencją doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem. Rodowita Francuzka od lat mieszkająca w Stanach, najpierw wieloletnia rzeczniczka, później szefowa firmy produkującej szampana Veuve Clicquot była pierwsza, jeszcze zanim ktoś obdarzony zmysłem rynkowym wpadł na pomysł, by zaprezentować polskiemu czytelnikowi porady Ines de la Fressange i zachwyty różnych Amerykanek nad wspaniałą francuską kulturą. Śmiało można więc nazwać ją prekursorką mody na „francuski styl” nad Wisłą. Jej „Francuzki nie tyją” i „Francuzki na każdy sezon” – książki, w których dzieliła się tajnikami stylu odżywania się określanego jako „francuski paradoks”, czyli umiarkowanie zamiast drakońskich diet i jedzenie zarówno dla zdrowia, jak i przyjemności, z naciskiem na sezonowe, nieprzetworzone produkty. Formą bonusu były dodatkowe porady dotyczące zdrowego trybu życia i stylu ubierania się. Nic dziwnego, że obie części porad Mireille szybko zniknęły z księgarń i dziś trudno upolować je nawet na Allegro. Były tego warte, uważam. Niektórym przekaz Mireille może wydać się staroświecki, wszak jest rówieśniczką naszych matek, a w niektórych przypadkach może i babek, z wyglądu przypomina bardziej Marthę Stewart niż Marion Cotillard, jednak przynajmniej ma do przekazania konkret z pierwszej ręki, przekazane jej samej przez poprzednie pokolenia Francuzek i pewnego rozsądnego lekarza, a poza tym wie, co pisze, bo sama (po młodzieńczym pobycie w Stanach) zmagała się z nadwagą i zalecane w książce rozwiązania przetestowała na sobie. Plusem są też uzupełniające treść przypisy. I to mimo fatalnego tłumaczenia, polegającego na naszpikowaniu tekstu francuskimi słówkami, co dało efekt nadzwyczaj pretensjonalny (wyobraźcie sobie przysłowiową ciotkę z Paryża, wtrącającą między wierszami niby od niechcenia raz za razem jakieś „mon Dieu” albo „c`est la vie”). Na minus należy zapisać za to protekcjonalny ton Mireille – co prawda daleko jej jeszcze do przekonanej o własnej nieomylności Dominique Loreau, uspokajam – lecz może to też wina tłumaczenia? Lub przekaz okraszony marką „francuski” po prostu musi być taki, by się sprzedał, bo styl Francuzek kojarzy się też z lekkim zadzieraniem nosa?

Kobiety-praca-i-sztuka-savoir-vivre-u_Mireille-Guiliano,images_big,3,978-83-7659-548-1

Ale wróćmy do księgarskich nowości sygnowanych nazwiskiem Guiliano. Tu już nie jest tak dobrze. W obu przypadkach dostajemy co najwyżej popłuczyny po sukcesie obu tomów „Francuzek…”  „Kobiety, praca i sztuka savoir-vivre`u” wygląda mi na niezbyt udaną realizację zamysłu jakiegoś szczwanego redaktora lub wydawcy, który uznał, że skoro istnieje coś takiego jak francuska kuchnia i francuska moda, i w dodatku ludzie się tym zachwycają, to trzeba im sprzedać też ideę „francuskiego stylu w pracy”. Niemal słyszę takie rozmowy, dwóch bossów, pewni siebie, wygadani, nogi na stole: – Francuski styl to mocno ryzykowne – wiesz przecież, że w porównaniu do nas oni są dość leniwi. Obowiązkowa przerwa na lunch, długie urlopy…. – Ale kto się na tym zna lepiej niż Mireille, skoro pracowała i tam, i tu w światowych koncernach? Jakoś dała sobie radę! – Ooo, właśnie, niech pokaże naszym amerykańskim koleżankom, że można rządzić w firmie, w otoczeniu samych mężczyzn, nie zmieniając się w babochłopa. – Ha, ha, tym bardziej niech pisze! – No więc napisała, choć za bardzo nie wiadomo, co, jak sugeruje już tytuł z gatunku od Sasa do lasa. Coś pomiędzy poradnikiem, jak wybrać życiową drogę i osiągnąć sukces w pracy, a przy tym pozostać kobietą w męskim świecie, bo przecież Francuzki wiedzą najlepiej, jak wykorzystać swój wdzięk („he he” – dodałby w tym miejscu czuły na damskie wdzięki boss). Innymi słowy, wyszła lektura ku pokrzepieniu serc tych wszystkich Amerykanek, które chciałyby toczyć korporacyjne boje z kolegami i przebić szklany sufit, ale boją się, że w ten sposób automatycznie pozbawią się seksapilu. Być może w Polsce istnieją podobne obawy i ta książka je rozwieje, nie wiem. A poza tym przepraszam, czy jest na sali choć jedna feministka?

french_women_dont_get_facelift_a_p

Pod tym względem „French Women Don`t Get Facelifts” jest bliższe pierwszym osiągnięciom pisarskim Guiliano, zawiera bowiem jej autorskie recepty na zachowanie szczupłej sylwetki, klasy, zdrowia i dobrego samopoczucia od nastoletniości po wiek średni, z naciskiem na ten ostatni.  Porady utrzymane są w podobnym duchu jak dotąd: akceptacja swojego wieku i nie udawanie młodszej, niż się jest. Umiar we wszystkim, co w odniesieniu do jedzenia oznacza delektowanie się wszystkim, byle w małych porcjach, zaś w modzie stawianie na jakość zamiast ilości i stosowanie się do złotej zasady Coco Chanel, że jedna ozdoba zdobi skuteczniej niż tuzin. Po trzecie: życie pozbawione pośpiechu, celebrowanie chwil, inaczej szanowanie się, czyli nie ubieranie byle czego, unikanie byle jakich, przypadkowych przedmiotów, pochłaniania w pośpiechu byle jakiego fast foodu z komórką przy uchu lub wzrokiem zatopionym w notebooku. Wygospodarowanie paru chwil dziennie na to, żeby usiąść przy stole jak człowiek i skoncentrować choć przez chwilę na tym, co na talerzu.  Dalej: dbanie o siebie, dla własnej i innych przyjemności, unikanie pokazywania się innym w stanie rozmamłania. Umiejętność selekcji, zrozumienia, czego naprawdę się chce, a co tylko podsuwa reklama albo inni, na których akurat zdarzyło się zapatrzeć. To samo w relacjach międzyludzkich. Lepiej mieć niewielu, ale naprawdę sprawdzonych przyjaciół, zamiast licznych, niewiele wartych na dłuższą metę kontaktów. No i wreszcie: ruch jako element codzienności, a nie objadanie się, a potem wyciskanie z siebie od święta siódmych potów na siłowni. Chodzenie do pracy piechotą albo regularne przejażdżki rowerem. Używanie schodów zamiast windy. Trudno im odmówić zdrowego rozsądku.

Niech nie zwiedzie jednak Was tytuł, sporządzony na klasyczną „rybkę” – przez całą książkę przewijają się informacje, że Francuzki korzystają, a jakże, z różnych osiągnięć medycyny estetycznej, z operacjami włącznie, „tylko robią to tak, że nie widać”. Pytanie: czy którakolwiek z nas, niezależnie od narodowości, idąc po raz pierwszy na botoks, chciałaby, by wszyscy odgadywali bezbłędnie, że coś sobie zaaplikowała? – niech lepiej zostanie bez odpowiedzi.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

Zimny wychów po francusku

Zdarzyło mi się pisać ostatnio o ogarniającej świat, w tym również Polskę, frankofilii, i już po oddaniu tekstu zauważyłam, że co najmniej trzy książki, o których wspominałam i tutaj, ukazały się właśnie w polskim tłumaczeniu. A ponadto pojawiła się jeszcze jedna, o której istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia, może dlatego, że zgodnie z uskutecznianą coraz częściej przez księgarnie „empikową” logiką wylądowała w dziale poświęconym problemom macierzyństwa,  gdzie jako osoba nie posiadająca dzieci z reguły nie zaglądam. Tymczasem „W Paryżu dzieci nie grymaszą” (Wydawnictwo Literackie),   autorstwa Pameli Druckermann, dziennikarki  The Wall Street Journal” i „New York Timesa”, to lektura wcale nie przeznaczona wyłącznie dla mam, choć im z pewnością najbardziej może dać do myślenia. Bardziej pasowałaby do sekcji „styl życia”.

pamela-druckerman-w-paryzu-dzieci-nie-grymasza-bringing-up-bebe-cover-okladka

Nie chciałabym zbytnio wymądrzać się w kwestii wychowywania najmłodszych, bo wiedzę o niej czerpię głównie z drugiej ręki, jednak mam wrażenie, że odkąd wyszliśmy z czasów PRL-u i początków transformacji, czyli tak mniej więcej od dziesięciu lat, w ramach odcinania się grubą kreską od wszystkiego, co dominowało w poprzedniej epoce,  odcięto się również od dotychczasowego modelu wychowania, propagowanego wtedy przez większość podręczników i określanego jako „zimny wychów”. Świadomi rodzice, traktujący swoje zadanie z właściwą mu powagą, przyjęli podejście przeciwne: by potomek miał jak najradośniejsze i możliwie beztroskie dzieciństwo, należy oddać się dziecku bez reszty. Zadbać o maksymalny komfort, obrzucić górą zabawek, i być na każde zawołanie, bo nic tak nie szczepi człowieka jak bezwarunkowa akceptacja. Spełniać zachcianki, rozpieszczać, zapewnić maksymalne bezpieczeństwo, żadnego tam biegania z kluczem na szyi, broń Boże żłobek, żywność tylko wyselekcjonowana i ekologiczna. Spanie w łóżku z rodzicami. Bo przecież macierzyństwo to święty czas w życiu młodego człowieka i trzeba być matką bez serca, żeby myśleć wtedy o sobie. Moda na zapewnienie kolejnej generacji iście królewskiego dzieciństwa opanowała młodych, wykształconych, z miast, którzy akurat po raz pierwszy doczekali się potomstwa,  na podobnej zasadzie, jak moda na francuskie piekarnio-kawiarnie czy targi śniadaniowe opanowuje właśnie wielkomiejskie ulice.

Książka pokazuje, że każde ekstremum, także i to, może być niezdrowe, oraz przeciwstawia mu sposób, w jaki traktują dzieci Francuzki. Dla nich dzieci to mali dorośli. Muszą umieć się zachować, znać swoje prawa i obowiązki i respektować również potrzeby rodziców. Jeśli jest się konsekwentnym w egzekwowaniu tych zasad, uczą się ich zaskakująco szybko i wiele rozumieją. Dotyczy to choćby koszmaru wszystkich matek, jakim są próby nauczenia niemowląt, by nie zarywały rodzicom nocy wrzaskiem. Autorka książki początkowo zrywała się na każde zawołanie kilkumiesięcznej córki i nasłuchiwała, czy przypadkiem nie popłakuje. W efekcie chodziła niewyspana i zła, nie mówiąc o braku czasu dla siebie. Gdy zwierzyła się francuskim koleżankom, okazało się, że one radzą sobie z tym problemem inaczej. Po prostu pozwalają dziecku trochę się wykrzyczeć. Gdy zauważy, że rodzic od razu nie przybiega, po  kilku próbach uspokaja się i przyzwyczaja do przesypiania lwiej części nocy. Sposób zadziałał. Innym przykładem jest żywienie dzieci –  gdy już wyrastają z etapu butelki i smoczka, daje się im próbować po trochu wszystkiego, by od małego rozwijały zmysł smaku i gdy dorosną, mogły rozprawiać godzinami o różnicach między wodą perrier a vittel;)  To rozwiązuje problem grymaszenia i wpaja na całe życie wzorce kultury kulinarnej. Podobno. Być może ktoś z Was, mający dzieci, przetestował na nich podobne rozwiązania i może napisać, czy działają naprawdę?

Nie muszę chyba dodawać, że podejście Francuzek, dość zdroworozsądkowe, jest szokiem dla amerykańskiej autorki, która z ciekawości zaczyna testować francuski styl wychowania na własnych dzieciach – większość książek zaliczających się do sekcji „frankofilia” pisana jest właśnie z perspektywy Amerykanek. Mam wrażenie, że popularność książek zaglądających Francuzkom do garnków i szaf,  która miała swój początek właśnie w Stanach, to w jakimś sensie efekt fascynacji cierpiącej na przesyt konsumpcyjny Ameryki starą Europą – którą najlepiej zdaje się uosabiać właśnie Francja.  Ich zachwyty i odkrycia kwestiami dla Europejczyków dość oczywistymi (jak to, że po mieście można poruszać się nie tylko samochodem, a pieczywo kupować w piekarni, nie zaś w supermarkecie) bywają zabawne  i momentami irytujące,  gdy osobiste dygresje autorek ciągną się w nieskończoność. Druckermann zachowała jednak odpowiednie proporcje.

Francuzki – podkreśla – gdy zostają mamami, nie przestają być kobietami. Nie poświęcają się bez reszty dzieciom, nie wychowują ich bezstresowo. Nie znaczy to, oczywiście, że są matkami bez serca i zaniedbują swoje potomstwo, lecz  to ich potrzeby są na pierwszym planie, a dzieci od małego muszą dostosowywać się do reguł panujących w społeczeństwie. Zasady wpajane im wówczas procentują, gdy stają się dorosłe. Wszyscy znamy choćby regułę odroczonej przyjemności – badania pokazują, że ci, którzy nauczyli się cierpliwie czekać na gratyfikację, a nie zaspakajają każdej zachcianki od razu, potrafią lepiej koncentrować się na wyznaczonych celach i częściej osiągają sukcesy.

Oczywiście francuskim matkom łatwo cieszyć się życiem i myśleć o sobie,  skoro mają po swojej stronie tamtejszy znakomity system opieki socjalnej, włącznie z darmowymi zabiegami, które mają zapewnić im udane życie seksualne po porodzie (obcokrajowców może to nieźle szokować). To wszystko prawda. Ale podobnie – być może z konieczności – postępowała większość naszych mam w znacznie trudniejszych czasach, kiedy o bezstresowym wychowaniu, podobnie jak o jednorazowych pieluchach, nikt nad Wisłą nie słyszał. Na pozór egoistyczne podejście, ale jeśli założymy, że zadowolona matka równa się zadowolone dziecko, rezultat per saldo jest korzystny dla obu stron.   Może więc warto odczarować pejoratywne z gruntu określenie „zimny wychów” i zastąpić je jakże lepiej brzmiącym „francuskim wychowem”?

A tutaj – gdyby ktoś potrzebował więcej informacji – znalazłam rozmowę z autorką. Książce wróżę w Polsce sporą popularność.

Otagowane , , , , , ,

Oh la la – cz. 2

No to skoro jesteśmy już przy „Paris Street Style”, a długi weekend właśnie się zaczął, idźmy za ciosem.

„Styl ma niewiele wspólnego z pieniędzmi” – piszą Isabelle Thomas i Frederique Veysset, dowodząc, słusznie skądinąd, że elegancja i oryginalność to akurat takie dobra, których nie da się nigdzie kupić. „Gdyby tak było – zauważają – wszyscy szukalibyśmy inspiracji patrząc na zdjęcia najbogatszych ludzi świata. A raczej rozglądamy się za nią gdzie indziej. Zwykle to właśnie brak zasobów czyni nas bardziej twórczymi w doborze tego, co wkładamy na grzbiet. Nie ma więc się co martwić, że nie rozbiłyśmy banku i z naszą pensją nie mamy szans na skomponowanie szafy a la mityczna Paryżanka. Przy odrobinie szczęścia i bystrym oku można stać się nią zaopatrując się w większość rzeczy nawet w nieszczęsnych sieciówkach i sklepach z używaną odzieżą. Panie podają jednak kilka wskazówek:

– Jeśli nie chce się wyglądać jak klon, lepiej trzymać się z dala od „okazów” prezentowanych w reklamówkach owych sieci, w oknach wystawowych, czy też eksponowanych w najbardziej widocznych miejscach w sklepie. Dziewięć na dziesięć szans, że zwrócą uwagę wielu innych. Zalecana jest cierpliwość, wizyta w sklepach tuż po dostawie (często najciekawsze i najwartościowsze rzeczy występują w krótkich seriach, bywa, że nie trafiają w ogóle do sklepu, bo obsługa też zna się na sprawie) i cierpliwe przeszukiwanie wieszaków, połączone ze studiowaniem składu surowcowego na metkach. Czego nie warto kupować w sieciówkach? Bardzo taniej bazy, tych wszystkich t-shirtów za 9,99 zł rozpadających się po pierwszym praniu i tracących kolor, sweterków z metkami „cotton jersey”, nazbyt pomiętych i podziurawionych spodni, żakietów z przesadzoną ilością suwaków, sukienek z syntetycznych tkanin, plastikowych pasków etc. W sieciowych sklepach zdarzają się odkrycia, ale na wszelki wypadek lepiej założyć, że zakupione tam ubrania nie przetrwają dłużej niż sezon. Lepiej więc odczekać, odłożyć pieniądze i te podstawowe, często noszone elementy garderoby, które mają nam służyć latami – typu buty, płaszcz, marynarkę, małą czarną – kupić tam, gdzie przynajmniej mamy gwarancję wysokiej jakości.

_MG_0461

Modelka Jeanne Damas – ucieleśnienie młodego „paryskiego szyku”, źródło: blog Jeanne

– Warto zawierzyć akcesoriom. Jeśli już jakiś cudem upolujemy sukienkę naszych marzeń za niewielkie pieniądze i przyozdobimy ją a to oryginalnym szalem, a to paskiem ze skóry, a do tego jeszcze włożymy nasze najlepsze buty – możemy bawić się do woli widząc te błyski niedowierzania w oczach innych, gdy na pytanie: gdzie ją znalazłaś? – usłyszą np. H&M (Choć osobiście w to nie wierzę, może chodzi o ten H&M sprzed ośmiu-dziesięciu lat, kiedy istotnie trafiały się tam lepsze gatunkowo rzeczy…..)

Wykaz ulubionych akcesoriów autorek zaczyna się – i tu niespodzianka, ha! – od rajstop. Co ciekawe, żywią szczególną niechęć do tych cielistych, twierdząc, że w zestawie z mini albo z małą czarną powodują, że wygląda się jak „podstarzała asystentka prowincjonalnego prawnika” (hmmm…?), choć robią wyjątek dla takich bardzo cienkich (15-20 den). Przyznam, że ten fragment mocno mnie zaintrygował, bo dawno już nie widziałam kobiet, które ubierałyby cieliste – w ogóle straszne to słowo! – rajstopy grubości większej niż ta, no może z wyjątkiem zakonnic. Ku mojemu zaskoczeniu obie Francuzki rozpływają się natomiast nad rajstopami w takich kolorach jak fiolet, fuksja, turkus…. które ich zdaniem warto łączyć z ubraniami w jesiennych i militarnych kolorach. Ja bym tu była jednak dość ostrożna, ale żaden ze mnie ekspert. Na swoje usprawiedliwienie zastrzegają jednak, żeby nie popaść w przesadę i nie stworzyć efektu tęczy, oraz wystrzegać się rajstop we wzory, bo to z kolei grozi efektem podstarzałej hipiski.

Dodatkiem numer dwa są oczywiście, chusty, apaszki i szale wszelkiego rodzaju, przy czym autorki stawiają raczej na takie etniczne, które rozświetlają bardziej stonowaną bazę. Jednak jeśli na coś warto nie żałować miejsca w szafie, to właśnie na chusty. Dla mnie im większe i im większą ilość razy dają się pookręcać wokół szyi, tym lepiej.

09990012

I znów Jeanne. Szal ponoć jest z Zary

Kolejne zaskoczenie: to sandały ze szlachetnymi kamieniami – które według autorek mogą dodać elegancji nawet najprostszym dżinsom – i właśnie w tego typu zestawieniach, na luzie, wypadają najlepiej. Kolejny punkt, o którym sama mam niewiele do powiedzenia, to opaski na włosy (nienawidzę od dzieciństwa, kiedy zmuszano mnie do ich noszenia, żeby włosy nie wpadały mi do oczu, a ja właśnie nie chciałam być taka ulizana!) . Czapki i kapelusze – to sprawa dyskusyjna, jedne lubią, inne nie. Ponoć są twarze wręcz stworzone do noszenia kapeluszy i fikuśnych czapek, oraz takie, które wyglądają w nich koszmarnie. Według pań Thomas i Veysset nie ma jednak kobiety, która nie wyglądałaby intrygująco w męskim kaszkiecie. Za to co do pasków – tak, tak, tak. Koniecznie z naturalnej skóry, różnej grubości – to jest taki dodatek, który można kupić za naprawdę niewielką kwotę z drugiej ręki właśnie i który czyni cuda na korzyść sylwetki. Dobrze też zainwestować – doradzają autorki książki – w jakiś jeden kosztowny dodatek, coś z biżuterii, co będzie naszym znakiem rozpoznawczym i rozświetli skromną bazę – na kształt słynnych bransolet- mankietów Coco Chanel z krzyżami maltańskimi.

Ja bym do tego jeszcze dorzuciła męski, prosty – analogowy oczywiście – zegarek.

– Miksować i jeszcze raz miksować. Styl francuski nie polega na jednowymiarowym wyglądzie „jak z żurnala”. Zaczynając od prostej bazy, warto nauczyć się zestawiania ze sobą tego, co markowe z tym co tanie i z drugiej ręki. Chodzi o to, żeby nadać ubraniom oryginalność, żeby odzwierciedlały w jakiś sposób osobowość noszącej je kobiety, zamiast sprowadzać ją do roli wystawowego manekina. Wbrew pozorom, jest to łatwiejsze, gdy ma się mniej rzeczy niż gdy wylewają się one z półek.

– Co za tym idzie: dostosowywać. Nie trzeba mieć jakichś specjalnych umiejętności, żeby wymienić przemysłowe, liche guziki na lepsze, odcięte np od jakiegoś kupionego za grosze swetra vintage, który nadawał się tylko do przerobienia na części. Dołożyć do płaszcza futrzany (a najlepiej ze sztucznego futra) kołnierz, odciąć rękawy koszuli, skrócić rzadko noszoną sukienkę i zrobić z niej tunikę.

– „Tanie buty są niewybaczalne” – piszą panie i co jak co, ale się z nimi zgadzam w stu procentach, choć – powtórzę – żadna ze mnie ekspertka, raczej badacz zagadnienia na gruncie empirycznym. Dużo chodzę – dla przyjemności – i niestety wiem doskonale, jak fatalnie mszczą się w tej materii zakupowe błędy. A nie lubię chodzić tylko i wyłącznie w trampkach czy butach sportowych. Zaniedbane, rozczłapane buty o tanim wyglądzie mogą zepsuć każdy efekt, ale z kolei buty klasy A (dla każdej ta klasa będzie oznaczać nieco inną półkę cenową) mają też zdolność błyskawicznej transformacji na plus nawet najbardziej niepozornej reszty. Warto inwestować w klasyczne fasony, które nie będą wyglądać babciowato w pejoratywnym sensie i pod opieką dobrego szewca pozwolą nam zadawać szyku latami. I nie zmasakrują nam stóp.

tumblr_mksneo3Jlh1qfrtudo1_1280-1

Źródło: coffeestainedcashmere

Autorki „Paris Street Style”, podobnie jak Ines de Fressange, wymieniają też listę niedopuszczalnych wpadek, które w mgnieniu oka niweczą wystudiowany wizerunek paryżanki (w tym sęk właśnie, że on powinien być na tyle nonszalancki, że nikt nie uzna go za wystudiowany, choćby stroiła się przez godzinę). Niektóre są dość oczywiste, jak metka, której zapomniało się odpruć (niby wszyscy to wiemy, ale jednak tu i ówdzie takowe się widuje), naklejka z ceną na podeszwie buta, przezroczyste – niby niewidzialne – ramiączka od stanika, niedopasowana bielizna, spod której wylewa się ściśnięte ciało, ubrania zbyt ciasne lub zbyt luźne w pasie, mechacące się tkaniny (by temu zapobiec, czasem wystarczy przejechać po nich zwykłą golarką), zbyt krótkie lub wlokące się po ziemi spódnice i nogawki spodni.

Otagowane , , , , ,