Tag Archives: francuskie życie

Oh la la – cz. 2

No to skoro jesteśmy już przy „Paris Street Style”, a długi weekend właśnie się zaczął, idźmy za ciosem.

„Styl ma niewiele wspólnego z pieniędzmi” – piszą Isabelle Thomas i Frederique Veysset, dowodząc, słusznie skądinąd, że elegancja i oryginalność to akurat takie dobra, których nie da się nigdzie kupić. „Gdyby tak było – zauważają – wszyscy szukalibyśmy inspiracji patrząc na zdjęcia najbogatszych ludzi świata. A raczej rozglądamy się za nią gdzie indziej. Zwykle to właśnie brak zasobów czyni nas bardziej twórczymi w doborze tego, co wkładamy na grzbiet. Nie ma więc się co martwić, że nie rozbiłyśmy banku i z naszą pensją nie mamy szans na skomponowanie szafy a la mityczna Paryżanka. Przy odrobinie szczęścia i bystrym oku można stać się nią zaopatrując się w większość rzeczy nawet w nieszczęsnych sieciówkach i sklepach z używaną odzieżą. Panie podają jednak kilka wskazówek:

– Jeśli nie chce się wyglądać jak klon, lepiej trzymać się z dala od „okazów” prezentowanych w reklamówkach owych sieci, w oknach wystawowych, czy też eksponowanych w najbardziej widocznych miejscach w sklepie. Dziewięć na dziesięć szans, że zwrócą uwagę wielu innych. Zalecana jest cierpliwość, wizyta w sklepach tuż po dostawie (często najciekawsze i najwartościowsze rzeczy występują w krótkich seriach, bywa, że nie trafiają w ogóle do sklepu, bo obsługa też zna się na sprawie) i cierpliwe przeszukiwanie wieszaków, połączone ze studiowaniem składu surowcowego na metkach. Czego nie warto kupować w sieciówkach? Bardzo taniej bazy, tych wszystkich t-shirtów za 9,99 zł rozpadających się po pierwszym praniu i tracących kolor, sweterków z metkami „cotton jersey”, nazbyt pomiętych i podziurawionych spodni, żakietów z przesadzoną ilością suwaków, sukienek z syntetycznych tkanin, plastikowych pasków etc. W sieciowych sklepach zdarzają się odkrycia, ale na wszelki wypadek lepiej założyć, że zakupione tam ubrania nie przetrwają dłużej niż sezon. Lepiej więc odczekać, odłożyć pieniądze i te podstawowe, często noszone elementy garderoby, które mają nam służyć latami – typu buty, płaszcz, marynarkę, małą czarną – kupić tam, gdzie przynajmniej mamy gwarancję wysokiej jakości.

_MG_0461

Modelka Jeanne Damas – ucieleśnienie młodego „paryskiego szyku”, źródło: blog Jeanne

– Warto zawierzyć akcesoriom. Jeśli już jakiś cudem upolujemy sukienkę naszych marzeń za niewielkie pieniądze i przyozdobimy ją a to oryginalnym szalem, a to paskiem ze skóry, a do tego jeszcze włożymy nasze najlepsze buty – możemy bawić się do woli widząc te błyski niedowierzania w oczach innych, gdy na pytanie: gdzie ją znalazłaś? – usłyszą np. H&M (Choć osobiście w to nie wierzę, może chodzi o ten H&M sprzed ośmiu-dziesięciu lat, kiedy istotnie trafiały się tam lepsze gatunkowo rzeczy…..)

Wykaz ulubionych akcesoriów autorek zaczyna się – i tu niespodzianka, ha! – od rajstop. Co ciekawe, żywią szczególną niechęć do tych cielistych, twierdząc, że w zestawie z mini albo z małą czarną powodują, że wygląda się jak „podstarzała asystentka prowincjonalnego prawnika” (hmmm…?), choć robią wyjątek dla takich bardzo cienkich (15-20 den). Przyznam, że ten fragment mocno mnie zaintrygował, bo dawno już nie widziałam kobiet, które ubierałyby cieliste – w ogóle straszne to słowo! – rajstopy grubości większej niż ta, no może z wyjątkiem zakonnic. Ku mojemu zaskoczeniu obie Francuzki rozpływają się natomiast nad rajstopami w takich kolorach jak fiolet, fuksja, turkus…. które ich zdaniem warto łączyć z ubraniami w jesiennych i militarnych kolorach. Ja bym tu była jednak dość ostrożna, ale żaden ze mnie ekspert. Na swoje usprawiedliwienie zastrzegają jednak, żeby nie popaść w przesadę i nie stworzyć efektu tęczy, oraz wystrzegać się rajstop we wzory, bo to z kolei grozi efektem podstarzałej hipiski.

Dodatkiem numer dwa są oczywiście, chusty, apaszki i szale wszelkiego rodzaju, przy czym autorki stawiają raczej na takie etniczne, które rozświetlają bardziej stonowaną bazę. Jednak jeśli na coś warto nie żałować miejsca w szafie, to właśnie na chusty. Dla mnie im większe i im większą ilość razy dają się pookręcać wokół szyi, tym lepiej.

09990012

I znów Jeanne. Szal ponoć jest z Zary

Kolejne zaskoczenie: to sandały ze szlachetnymi kamieniami – które według autorek mogą dodać elegancji nawet najprostszym dżinsom – i właśnie w tego typu zestawieniach, na luzie, wypadają najlepiej. Kolejny punkt, o którym sama mam niewiele do powiedzenia, to opaski na włosy (nienawidzę od dzieciństwa, kiedy zmuszano mnie do ich noszenia, żeby włosy nie wpadały mi do oczu, a ja właśnie nie chciałam być taka ulizana!) . Czapki i kapelusze – to sprawa dyskusyjna, jedne lubią, inne nie. Ponoć są twarze wręcz stworzone do noszenia kapeluszy i fikuśnych czapek, oraz takie, które wyglądają w nich koszmarnie. Według pań Thomas i Veysset nie ma jednak kobiety, która nie wyglądałaby intrygująco w męskim kaszkiecie. Za to co do pasków – tak, tak, tak. Koniecznie z naturalnej skóry, różnej grubości – to jest taki dodatek, który można kupić za naprawdę niewielką kwotę z drugiej ręki właśnie i który czyni cuda na korzyść sylwetki. Dobrze też zainwestować – doradzają autorki książki – w jakiś jeden kosztowny dodatek, coś z biżuterii, co będzie naszym znakiem rozpoznawczym i rozświetli skromną bazę – na kształt słynnych bransolet- mankietów Coco Chanel z krzyżami maltańskimi.

Ja bym do tego jeszcze dorzuciła męski, prosty – analogowy oczywiście – zegarek.

– Miksować i jeszcze raz miksować. Styl francuski nie polega na jednowymiarowym wyglądzie „jak z żurnala”. Zaczynając od prostej bazy, warto nauczyć się zestawiania ze sobą tego, co markowe z tym co tanie i z drugiej ręki. Chodzi o to, żeby nadać ubraniom oryginalność, żeby odzwierciedlały w jakiś sposób osobowość noszącej je kobiety, zamiast sprowadzać ją do roli wystawowego manekina. Wbrew pozorom, jest to łatwiejsze, gdy ma się mniej rzeczy niż gdy wylewają się one z półek.

– Co za tym idzie: dostosowywać. Nie trzeba mieć jakichś specjalnych umiejętności, żeby wymienić przemysłowe, liche guziki na lepsze, odcięte np od jakiegoś kupionego za grosze swetra vintage, który nadawał się tylko do przerobienia na części. Dołożyć do płaszcza futrzany (a najlepiej ze sztucznego futra) kołnierz, odciąć rękawy koszuli, skrócić rzadko noszoną sukienkę i zrobić z niej tunikę.

– „Tanie buty są niewybaczalne” – piszą panie i co jak co, ale się z nimi zgadzam w stu procentach, choć – powtórzę – żadna ze mnie ekspertka, raczej badacz zagadnienia na gruncie empirycznym. Dużo chodzę – dla przyjemności – i niestety wiem doskonale, jak fatalnie mszczą się w tej materii zakupowe błędy. A nie lubię chodzić tylko i wyłącznie w trampkach czy butach sportowych. Zaniedbane, rozczłapane buty o tanim wyglądzie mogą zepsuć każdy efekt, ale z kolei buty klasy A (dla każdej ta klasa będzie oznaczać nieco inną półkę cenową) mają też zdolność błyskawicznej transformacji na plus nawet najbardziej niepozornej reszty. Warto inwestować w klasyczne fasony, które nie będą wyglądać babciowato w pejoratywnym sensie i pod opieką dobrego szewca pozwolą nam zadawać szyku latami. I nie zmasakrują nam stóp.

tumblr_mksneo3Jlh1qfrtudo1_1280-1

Źródło: coffeestainedcashmere

Autorki „Paris Street Style”, podobnie jak Ines de Fressange, wymieniają też listę niedopuszczalnych wpadek, które w mgnieniu oka niweczą wystudiowany wizerunek paryżanki (w tym sęk właśnie, że on powinien być na tyle nonszalancki, że nikt nie uzna go za wystudiowany, choćby stroiła się przez godzinę). Niektóre są dość oczywiste, jak metka, której zapomniało się odpruć (niby wszyscy to wiemy, ale jednak tu i ówdzie takowe się widuje), naklejka z ceną na podeszwie buta, przezroczyste – niby niewidzialne – ramiączka od stanika, niedopasowana bielizna, spod której wylewa się ściśnięte ciało, ubrania zbyt ciasne lub zbyt luźne w pasie, mechacące się tkaniny (by temu zapobiec, czasem wystarczy przejechać po nich zwykłą golarką), zbyt krótkie lub wlokące się po ziemi spódnice i nogawki spodni.

Otagowane , , , , ,

Amerykańska nostalgia

Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, miniony weekend. Chronimy się przed upałem w klimatyzowanych salach, oglądając skromną, ale frapującą wystawę. Pokazuje kraj, którego już nie ma, choć ciągle tkwi w mentalności jego byłych mieszkańców.  Ten, kto widział film „Good-bye, Lenin”, doskonale wie, o co chodzi.

Po obejrzeniu kilkudziesięciu czarno-białych zdjęć, dokumentujących codzienne życie rezydentów tej nieistniejącej planety wracam, żeby spojrzeć raz jeszcze na jedno. Fotografia przedstawia świeżo poślubioną parę. Twarze szerokie, chłopskie. Krzepkie sylwetki. Rozradowani, przysiedli na wielkim, nakrytym kapą łożu, obok białego pluszaka. Takich ujęć w rodzinnych albumach na całym świecie można znaleźć tysiące, ale to jest inne.  Przez tło. Wokół nowożeńców, na ścianach i suficie, ze wszystkich stron atakują wycięte z gazet reklamy, sprasowane puszki po zachodnioniemieckim piwie, fotosy pokazujące uśmiechniętych ludzi z innego, lepszego świata. Cały konsumpcyjny śmietnik, jaki pamiętamy dobrze z niejednego polskiego domu lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nowożeńcy od zawsze pozują fotografom w sielskim otoczeniu: palmy, morskie zatoczki, zachody słońca, od biedy romantyczny ogród.  Ta para miała  inne wyobrażenie raju.

Myślałam sobie o nich, przeglądając po raz kolejny książkę, a właściwie album, nad którego zakupem zastanawiałam się długo. „Moje francuskie życie” Vicky Archer. Zaczęło się od bloga, na którym autorka – obywatelka świata, urodzona w Australii, po przeprowadzce do Francji  dokumentowała  doświadczenia związane z życiem na prowansalskiej prowincji, przerywanego wypadami do Paryża. To samo opisuje w książce.

Album pięknie wydany, z wysmakowanymi, może nawet nazbyt, zdjęciami Carli Coulson. Obraz i tekst, z przewagą obrazu. Twarda oprawa, duży format, piękny papier, czerwona zakładka, aż chce się kupić na prezent i wyobrażam sobie, jak francuski MSZ obdarowuje swoich gości właśnie albumami Vicky Archer, zamiast wydawnictwami promocyjnymi w bardziej konwencjonalnym stylu. Nie zdziwiłabym się zresztą, gdyby tamtejszy MSZ jakoś dyskretnie wspierał wydanie „Mojego francuskiego życia”. To przecież doskonała reklama kraju, który w przeciwieństwie do NRD wciąż istnieje, ale jego obraz pokazywany przez Vicky Archer tkwi głównie w wyobraźni. Bo umówmy się: Francja jest krajem pięknym, Paryż miastem urokliwym, ale jak każdy kraj i każde miasto nie składają się wyłącznie z pocztówkowych pejzaży. Przedmieścia zamieszkane w dużej mierze przez imigrantów, knajpy z nieuprzejmą obsługą i zaśmiecone ulice też mają swoją poetykę, której tu – z oczywistych przyczyn – zabrakło.

Żeby się dobrze zrozumieć – bardzo lubię Francję i francuski styl, inaczej nie zachwalałabym go tutaj. Jednak czytając zachwyty Vicky (której bloga notabene też cenię i regularnie czytam – polecam zwłaszcza takie wpisy jak ten) nad urokami powolnego picia kawy z filiżanki w lokalu z widokiem na ulicę, zamiast w biegu z papierowego kubka, albo możliwościami codziennych zakupów świeżych, sezonowych warzyw i owoców na miejskim targu i przypomniawszy sobie podobne peany płynące z książek innych autorów ogarniętych nagłą frankofilią, zaczynam rozumieć, że tak naprawdę chodzi o coś innego. O tęsknotę Australijek i Amerykanek za odmiennym światem – mityczną „starą, dobrą Europą”. Gdzie wciąż w miastach chodzi się piechotą i jeździ rowerem (rany!), kupuje dziesięć, za to dobrej jakości rzeczy, które mieszczą się w małej szafie, uprawia własny ogród  i podróżuje z jednym plecakiem. A Francja – z racji otaczającej ją legendy – jest tylko tych tęsknot  ucieleśnieniem.

I pomyślałam sobie też, że gdyby polski MSZ czy jakaś agenda promocyjna trochę się postarała, mogłaby z powodzeniem wydać podobny album, sławiący uroki naszego własnego kraju w podobnym kontekście. Rodzima fascynacja Ameryką jako jednym wielkim supermarketem czynnym 24 godziny na dobę, pełnym tych wszystkich dóbr, których artefaktami otaczała się na dobry początek wspólnej drogi para z NRD-owskiego zdjęcia, na szczęście powoli przemija. Dzięki ci, Sławomirze Shuty i inni nowi prorocy.

Otagowane , , , , , , , , ,

Francuska miłość, cz. 2

Jedno z najczęściej używanych słów w języku francuskim to „seduction” (pokusa, kuszenie, uwodzenie) i związany z nim czasownik „seduire” – pisze amerykańska dziennikarka Elaine Sciolino w książce „La Seduction. How the French Play the Game of Life”. Słowa te mają szersze znaczenie niż w innych językach. „Grand seducteur” (wielki uwodziciel) to niekoniecznie Casanova. Może być politykiem, który hipnotyzuje swoją osobowością wyborców*, wyjątkowo skutecznym sprzedawcą albo taksówkarzem, cenionym przez klientów za bezbłędną jazdę i umiejętność konwersacji. A to dlatego – pisze Sciolino – że słowo „seduction” jest nierozłącznie związane z tym, co Francuzi nazywają „plaisir” – sztuką tworzenia i czerpania przyjemności rozmaitego rodzaju. Francuzi są w niej mistrzami (a przynajmniej za takowych uchodzą), co daje im osobistą satysfakcję i narzędzie do uwodzenia innych. Stworzyli lub udoskonalili wiele codziennych przyjemności: perfumy, ogrody, wina, dzieła sztuki. Przede wszystkim zaś pozwalają sobie zaspokajać potrzebę przyjemności i odpoczynku na codzień, podczas gdy kultura amerykańska, sławiąca kult ciężkiej pracy, superkapitalistyczna, praktyczna do bólu i abstynencka zazwyczaj jej sobie odmawia.

Źródło: Vanilla Scented

Coś w tym jest, trzeba przyznać: stąd wysyp blogów i książek o tematyce frankofilskiej, a ściślej: sławiących dobre życie w wersji francuskiej, o których pisałam w poprzednim poście. Zanim jednak poddamy się jakże przyjemnej iluzji dobrego życia w pięknej Francji, warto pamiętać – co przypomina również autorka „La Seduction” – że mamy czasy globalizacji, a więc francuska prowincja to nie tylko rodzinne farmy z kilkusetletnią historią, ale i sporo szpetnych zakładów przemysłowych, że designerskie torebki, do niedawna wytwarzane w małych warsztatach, teraz szyte są w Chinach, a perfumy, zamiast pod okiem firmowych „nosów” na farmach kwiatowych w Grasse, powstają w nowojorskich laboratoriach (polecam przy okazji książkę Dany Thomas „Luksus. Dlaczego stracił blask”, rozwijającą ten temat), że restauracje w centrum Paryża serwują tradycyjną zupę cebulową na bazie mrożonek, i tak dalej, i tak dalej. Podstawowe zasady, na jakich opiera się owo dobre życie, są jednak wystarczająco uniwersalne, żeby praktykować je gdziekolwiek, nie musząc przenosić się nad Sekwanę ani do Prowansji. Oto one, w kolejności przypadkowej:

– Stawiaj na jakość, korzystaj tylko z najlepszych rzeczy, jakie możesz znaleźć. To tyczy się zarówno posiłków (świeże warzywa i owoce z targu zamiast kupowanych w hipermarketach mutantów o przemysłowym smaku, prawdziwy chleb, a nie biała pulpa o konsystencji waty), tego, co nakładamy na skórę i w co się ubieramy (lepiej mieć zestaw 10 ubrań w najlepszym gatunku, które można łączyć ze sobą na wiele sposobów, zamiast setek szmatek, które po dwóch praniach nadają się tylko do kosza); jak i tego, czym się otaczamy – każdy ma swoją definicję luksusu, nie musi on oznaczać przeładowania wnętrza przedmiotami, biały stół z prostą zastawą też jest wyrafinowany i elegancki.

– Szanuj się. Nie ubieraj byle czego, nie otaczaj się byle jakimi, przypadkowymi przedmiotami. Nie jedz w pośpiechu byle jakiego fast foodu, jednocześnie rozmawiając przez komórkę i przeglądając coś na ekranie, ale znajdź chwilę na to, żeby usiąść przy stole jak człowiek i skoncentrować choć przez chwilę na tym, co masz na talerzu. I nie chodzi tu o jakieś burżuazyjne wydziwianie. Bardziej o podejście, o jakim mówią w „Tygodniku Powszechnym” sprzed dwóch tygodni Adam i Maria Wodniccy. On: „Czasem pomaga przeniesienie najzwyklejszych czynności do innej warstwy, o której wspominałem – zaklinania rzeczywistości, która zaczyna być ciężka. W czasie stanu wojennego mieliśmy okres wyjątkowo trudny materialnie. Bywało, że chodziliśmy głodni. Czasem żonie udało się kupić na placu jedno jajko. Wtedy urządzaliśmy święto. Wiązałem krawat, ubierałem białą koszulę. Zapalaliśmy świecę i puszczaliśmy sobie Bacha.” Ona: „Ja wkładałam biżuterię i kręciłam loki. Uważnie gotowaliśmy jajko na miękko i uroczyście dzieliliśmy je na dwoje. Czuliśmy się najedzeni.”

Źródło: Adieu Tristesse

– Umiej wybierać, zastanawiaj się, czego naprawdę chcesz, a co tylko podsuwa ci jako „twoje” reklama albo inni, na których akurat zdarzyło ci się zapatrzeć. To dotyczy również przyjaciół. Lepiej mieć niewielu, ale naprawdę sprawdzonych, zamiast licznych, niewiele wartych na dłuższą metę kontaktów.

– Ciesz się chwilą, korzystaj z drobnych przyjemności (od razu przypomina się Amelia rozbijająca łyżką skorupkę creme brulee), znajduj je nawet w czynnościach zwykłych i powtarzalnych, wtedy nie będą tak ciążyć. Zwolnij, nie biegnij od jednego zadania do drugiego, naucz się koncentrować na tym, które aktualnie masz do wykonania. Nie obwiniaj się za chwile rozprężenia czy lenistwa, masz do nich prawo.

– Umiej świętować – zapraszaj przyjaciół z różnej okazji, świętuj razem z nimi, świętuj samotnie – choćby czytając dobrą książkę.

– Dbaj o siebie. Nie wychodź na ulicę „rozmamłana”, nawet po bułki, nigdy nie wiadomo, na kogo wpadniesz przypadkiem za rogiem. Rozmamłaniem wyrażasz nie tylko brak szacunku dla innych, ale przede wszystkim do własnej osoby.

– Zostaw miejsce na niedopowiedzenia, jakiś rodzaj tajemnicy. Nie opowiadaj wszystkim ze szczegółami swojego prywatnego życia, z wyjątkiem zaufanych przyjaciół, nie plotkuj o innych, nie dopytuj natarczywie o ich sprawy, naucz się milczeć i rozmawiać „o czymś”,  przyjmuj komplementy ze strony otoczenia naturalnie, z godnością, bez odruchu warunkowego, jakim często jest obniżanie rangi własnych osiągnięć, żeby nie wydać się bufonem.

– Zamiast wydawać krocie na karnety do siłowni i inne wymyślne ćwiczenia, z których i tak korzystasz sporadycznie albo wcale, włącz ruch do codziennych czynności. Idź do pracy piechotą albo wsiądź na rower. Zamiast korzystać z windy, użyj schodów. To wypróbowane sposoby Francuzek, które nie znoszą wyciskać z siebie siódmych potów, jeśli nie muszą – a jednak większości z nich udaje się zachować dobrą sylwetkę.

– Nie przywiązuj wagi do aktualnych wyznaczników statusu. Doceniaj to, co masz. Nie żyj ponad stan, nie zadłużaj się, żeby udowadniać innym, że należysz do lepszej kasty – najnowszym gadżetem, marką samochodu, bijącymi po oczach logo czy apartamentowcem za miastem kupionym na kredyt, do którego jedziesz godzinę, przeklinając w korkach. Prawdziwa klasa to przede wszystkim dobre maniery, odpowiednia prezencja i to, co masz w głowie, nie w portfelu.

– Korzystaj z dóbr kultury – zamiast wgapiać się non stop w telewizor czy komputer, poczytaj książkę, idź do kina, teatru, muzeum. To nie są propozycje tylko dla snobów.

– Umiej odpoczywać. W weekend wyłącz telefon, schowaj komputer i przestań patrzeć na zegarek. Rób tylko to, co sprawia ci przyjemność. Dla Francuzów les vacances to czas święty. Niekoniecznie trzeba go spędzić na wczasach all inclusive albo na intensywnym kursie kitesurfingu na egzotycznej wyspie (choć, żeby było jasne, nie mam nic przeciw takim formom spędzania czasu, jeśli ktoś lubi, a nie kieruje się przymusem towarzyskim). Równie dobrze może to być dom w lesie albo nawet – jeśli i na to nas nie stać – własne miasto, odkrywane w trybie wakacyjnym, z perspektywy turysty.

Źródło: MUUS

Dlaczego o tym piszę? Bo wydaje mi się, że w Polsce przyszedł wreszcie czas, żeby na nowo taki styl życia docenić. Przez czterdzieści lat biedowaliśmy, przyjemności dostępne na codzień Francuzom były dla nas nieosiągalne, ale mimo to umieliśmy się bawić, rozmawiać ze sobą, znajdować urok w rzeczach zwyczajnych. Potem, gdy przyszła długo oczekiwana wolność, ulegliśmy mitowi „Hameryki”. Niedościgłym ideałem i symbolem zaradności stał się dla wielu człowiek pnący się po szczeblach kariery w korporacji, nie rozstający się z telefonem i puchnącym od zadań kalendarzem, nie mający na nic czasu, biegający z obłędem w oczach i kawą w papierowym kubku. Harujący, żeby wziąć jak największy kredyt, kupić jak największy samochód i dom.

Kryzys trochę przewartościował to podejście. Okazuje się, że nie ma dożywotniej gwarancji etatu, że korporacyjny pracodawca wcale nie musi docenić wieloletniego poświęcenia. Kredyt trzeba spłacać, relacje międzyludzkie, które zaniedbaliśmy, rozpadają się, a te powierzchowne były dobre na czas, kiedy byliśmy na fali. Teraz telefon już nie dzwoni, wielki dom na przedmieściach pustoszeje. Zaczynamy się zastanawiać, co robić dalej, co jest dla nas naprawdę ważne, czego chcemy od życia. To dobry moment na zmianę.

*Notabene, Elaine Sciolino dowodzi, że Sarkozy dlatego nie podbił serc Francuzów, że nie posiadł tej sztuki – był zbyt prostolinijny, zbyt nuworyszowski i z ducha amerykański. 

Otagowane , , , , , , , , ,