Tag Archives: French Style

O kolorach

Analiza kolorystyczna – odnoszę wrażenie, że ta metoda, popularna w latach 90. (a przynajmniej ja pamiętam wzmianki o niej z kolorowych magazynów dla kobiet, które przeglądałam wówczas jako niedorosła) przeżywa ostatnio drugą młodość. I to za sprawą widocznego zainteresowania kwestiami minimalizmu, porządkowania własnej garderoby, stylu Francuzek. Niedoścignioną mistrzynią w pisaniu na ten temat jest Maria, autorka bloga „Ubieraj się klasycznie” , ani mi w głowie stawać z nią w szranki, dorzucę tylko własny kamyczek do tego ogródka.

Czy dzielenie typów urody na ciepłe lata, czyste wiosny, prawdziwe zimy etc. ma sens? Zdecydowanie tak, jeśli oderwiemy się od schematu myślenia o „analizie kolorystycznej” właśnie w kontekście ostatniej dekady ubiegłego wieku,  jako spotkaniu z panią stylistką, która przykłada nam do twarzy ścinki materiału w różnych kolorach. Jeśli chce się stworzyć własny styl i zbudować garderobę złożoną wyłącznie z ubrań, w których wyglądamy znakomicie i które uwielbiamy, odnalezienie „naszych” kolorów powinno być jednym z pierwszych kroków przy eliminacji nietrafionych nabytków. (Patrz: „Lekcje Madame Chic” i słynny dialog narratorki z rzeczoną Madame, która obrzuca pełnym dezaprobaty spojrzeniem jej zielony sweterek i rzuca: „Wyglądasz w niej jak zmyta”. – Czyli nie powinnam nosić zielonego? – pyta speszona Jennifer. – Ależ skąd! – odpowiada Madame i zaczyna wymieniać odcienie tej barwy, w których Amerykance będzie idealnie do twarzy.)

Tyle, że panią stylistkę z kompletem ścinków może zastąpić nam dziś z powodzeniem Internet – oprócz bloga Marii funkcjonuje w nim cała masa nie tylko polskojęzycznych stron poświęconych zagadnieniu kolorystycznej palety – oraz własna intuicja.

Gdy zaczęłam wgryzać się w temat typów i podtypów kolorystycznych, z początku obawiałam się zagubienia w tych niuansach, ale szybko doszłam do wniosku, że jestem czystą  zimą (clear winter). Wystarczyło przypomnieć sobie, w jakich kolorach zawsze czułam się wyraziście, dobrze, które wzmacniały moje naturalne ubarwienie – i za które zbierałam najwięcej komplementów od otoczenia. Nietrudno było też zdiagnozować jasny, porcelanowy kolor skóry, która dość trudno się opala, oczy w intensywnie niebieskim kolorze z odcinającymi się kontrastowo tęczówkami i włosy, które po urodzeniu miałam ciemnobrązowe, prawie czarne, potem mi trochę zjaśniały, a potem – też intuicyjnie – farbowałam je długo na atramentową czerń (teraz wróciłam do ciemnego brązu). Taka diagnoza mocno ułatwia życie. Nie dla mnie niestety jesienne rudości, beże, zgniłe zielenie i kości słoniowe. Ale już neonowa czerwona pomarańcz jak najbardziej – niby z pozoru nie pasuje do zestawu kontrastowych, wyrazistych barw, a jednak – sprawdziłam! –  to jedyny odcień pomarańczowego, w jakim dobrze czystym zimom.

Oto moja paleta kolorów (ta ostra pomarańcz to ostatni kwadracik na górze po prawej). Wszystko się zgadza!

clearwinter

Analiza kolorystyczna uświadamia też, że zachwycając się francuskim stylem i minimalizmem, warto zachować zdrowy rozsądek – szukać tego, co pasuje do mnie, a nie tego, co trzeba nosić, bo napisała tak Ines de Fressange czy jakaś inna autorka. Beże i szarości nie są dla każdego. Nie każdemu typowi urody pasuje granatowy. Natury nie da się oszukać, ale można jej pomóc.

A co Wy sądzicie o tej metodzie? Sprawdza się?

Otagowane , , , , ,

Oh la la!

Wreszcie! Na taką książkę czekałam.

Książkę, która w praktyczny sposób przybliży czytelnikom tajniki tego, co nazywa się francuskim stylem albo francuskim szykiem, będzie w 100 proc. aktualna oraz ilustrowana konkretnymi, nieogranymi jeszcze przykładami. Książkę, która zrekompensuje mi rozczarowanie książką Ines de Fressange, jeśli chodzi o proporcje zawartej w niej treści  – kupując „Paryski szyk” można było się spodziewać informacji o nim na wszystkich stronach, których jest ponad 200; zaś porady zajmują tylko pierwszych kilkanaście, reszta to reklama konkretnych sklepów i miejsc w Paryżu. Książkę, która będzie bardziej adekwatna w odniesieniu do współczesnej mody niż doskonałe skądinąd „French Chic” Susan Sommers czy „Cheap Chic” Caterne Milinaire i Carol Troy (bo co tu ukrywać, większość zawartych w nich zdjęć trąci myszką, a od lat 70. czy 80. realia trochę się zmieniły). I wreszcie – książkę, której nie napisała Amerykanka czy Angielka zafascynowana stylem Francuzek. Dlatego, że autorka amerykańska zawsze będzie odnosić wszystkie doświadczenia do tendencji tamtejszych konsumentów, co akurat z polskiego punktu widzenia jest średnio przydatne – co by nie mówić, mamy zupełnie inne podejście do życia niż Amerykanie –  i choćby sama nie wiedzieć jak opanowała te zasady, zawsze gdzieś od spodu przebiją się jej własne przyzwyczajenia, tymczasem modowego kodu, jak każdego obcego języka najlepiej uczyć się od przedstawiciela danej nacji, ot co.

61OuUMbAnYL._SL1040_

„Paris Street Style” napisały dwie Francuzki, Isabelle Thomas i Frederique Vesset. Pierwsza z nich, stylistka, prowadzi bloga  poradnikowego – „Mode personelle„, druga, fotografka, takiego, który bardziej przypomina obszerniejszą część książki Ines de Fressange – o wybranych produktach i markach, które przypadły jej do gustu („Fredis Blog„). Oba, niestety, są tylko w języku francuskim. Ich wspólna książka ukazała się w ubiegłym roku właśnie we Francji. Znęcona tytułem, zamówiłam ją na Amazonie w ciemno, kiedy tylko zapowiedziano anglojęzyczną wersję, i muszę przyznać, że  jest to celny strzał.

Książka podzielona jest na czternaście rozdziałów, poświęconych m.in. znalezieniu własnego stylu, konieczności (lub nie) podążania za modą, modowym mitom (jak choćby ten że leopardzie cętki zawsze wyglądają wulgarnie, a baletki pasują do wszystkiego!), przyjaciołom, na których można zawsze liczyć (tak zwane podstawy garderoby), znaczeniu dodatków, temu, jak nosić masowo produkowane ubrania z klasą, sposobom doboru dżinsów, małej czarnej, „torbie życia”, pożyczaniu ubrań z męskiej szafy, modzie vintage, ubieraniu się stosownie do wieku. Całość ilustrują zdjęcia konkretnych Francuzek, mniej lub bardziej znanych (ale nie spodziewajcie się takich pewniaków jak Marion Cotillard czy Audrey Tautou), ubranych w zestawienia odpowiadające omawianym tematom.  Do tego mamy kilka wywiadów na temat tajników francuskiego stylu z projektantami, stylistami, fryzjerami, fotografami, właścicielami butików. Niewątpliwą zaletą książki jest świeżość przekazu także w warstwie tekstowej, co nie znaczy, że niektóre wskazówki nie są identyczne z tymi, jakie można znaleźć w innych poradnikach tego typu, bo w końcu styl francuski opiera się na pewnych niezmiennych regułach. W każdym razie nie jest to zbiór wyszukanych w Internecie mądrości dobranych metodą „wytnij i wklej”.

Ponieważ właśnie konkretu w pisaniu o „francuskim stylu” pragniemy najbardziej, i pytania go dotyczące pojawiały się kilkakrotnie w Waszych komentarzach, oto najważniejsze punkty w oparciu o książkę Thomas i Vesset. Dziś „prawdziwi przyjaciele”, czyli ubrania, na które każda z nas może liczyć niezależnie od okoliczności – są bowiem zdolne odmienić na lepsze w mgnieniu oka cały strój.

loose_white_pants

Zródło: Le Catch

Taką listę „niezbędników” ma każda autorka książek poświęconych francuskiemu czy też paryskiemu szykowi, i każda z nas też. Dlatego zamiast nabożnie się do niej stosować, warto zapytać siebie, czy rzeczywiście te rzeczy sprawdzają się w naszym przypadku. Różnie bowiem z tym bywa. Jednak dobór przedstawiony w książce jest wyjątkowo trafny –  z grubsza pokrywa się i z moim subiektywnym spisem. (Dżinsy i dżins jako taki, oraz mała czarna doczekały się osobnego omówienia poza tym zestawem). A więc po kolei:

1. Trencz

Ponoć w klasycznym trenczu każda kobieta wygląda dobrze, nawet jeśli pod spodem ma rozwleczoną piżamę i coś w tym jest. Trzeba tylko dobrać odpowiedni kolor i długość. Sama uzbierałam kolekcję kilku trenczy, na którą składa się też kupiony z drugiej ręki autentyczny Burberry – i jedyne zastrzeżenie, jakie do niego mam, to długość  – sięga do pół łydki, co przy wzroście 165 cm nie jest najkorzystniejszą proporcją, chyba że do butów na obcasach. Perłą w koronie i trenczem idealnym jest natomiast trencz z A.P.C., na który szarpnęłam się dwa lata temu podczas wyprzedaży (kosztował ok. 900 zł). Początkowo byłam niemile zaskoczona kolorem (bardziej oliwkowy niż piaskowy beż), ale okazało się, że ten odcień też wygląda bardzo dobrze. Wiosną i jesienią noszę go na okrągło i nie zamieniłabym go na żaden inny. Spełnia wszystkie cechy, na  jakie zwracają uwagę Thomas i Veysset przy wyborze tego elementu garderoby – wykonany jest z wysokogoatunkowego materiału (prawdziwa gabardyna, choć wełna też jest dobrym wyborem). Syntetyków i taniej bawełny należy unikać jak ognia. Materiał w tym przypadku ważniejszy jest niż marka! Warto też zwrócić nie mniejszą uwagę na podszewkę – materiał, jakość przeszycia – bo to ona nadaje całości kształt. Oraz detale – wykończenie epoletów, czy zapięcia wokół rękawów mają skórzane sprzączki, etc. Ostatnio zauważyłam, że całkiem niezłej jakości trencze w klasycznym piaskowym kolorze ma Gap – kosztowały nieco ponad 400 zł; pewnie niedługo trafią na wyprzedaż.

 apc_trench_coat_l2_ladyandbird

Trench A.P.C., źródło: Les Antimodernes

2. Kozaki i inne „buciory”.

Element męskiej garderoby – za takie przynajmniej uchodziły, dopóki Courreges nie wydobył ich stamtąd i nie zaadaptował także do kobiecej szafy. Nastolatki kupują buty motocyklowe chcąc zademonstrować swój bunt, kobiety w średnim wieku traktują je jak pikantną przyprawę do reszty stroju, który bez nich mógłby wydać się zbyt konserwatywny. Dla każdego (każdej) coś miłego. Osobiście polecam skórzane kozaki z Benettona – jedne czarne służą mi od trzech lat, drugie, z klasycznej brązowej skóry, od czterech. Ideałem są też masywne kozaki Frye – udało mi się kiedyś upolować takie na Etsy i też nie pozbyłabym się ich za żadną cenę. Natomiast buty motocyklowe, zwłaszcza krótsze niż do połowy łydki, jakoś mi nie pasują i źle się w nich czuję, co po raz kolejny udowadnia, że wszelkie listy obowiązkowe należy mierzyć własną miarą. Jeśli chcemy, żeby kozaki czy botki ze skóry, w jakie zainwestowałyśmy, przetrwały dłużej niż jeden sezon,  trzeba o nie dbać, zabezpieczając je specjalną pastą do skóry na bazie miodu (można ją kupić np w sklepach ze skórzanymi wyrobami z Cepelii), a w miesiącach, gdy jest zbyt ciepło, by je nosić, trzymać w pudełkach, najlepiej wypchane papierami, żeby nie straciły kształtu.

3. Sandały typu tropezienne.

Choćbym nie wiedzieć ile miała w szafie sandałów (teraz już znacznie mniej!) i innych butów na lato,  i tak zazwyczaj kończy się na nich: cienka, płaska podeszwa i kilka skórzanych pasków okręconych wokół kostki i dużego palca. Tak proste, że bardziej prosto już nie można, wygodne i pasujące praktycznie do wszystkiego. Autorki książki polecają zakup oryginalnych tropeziennes w sklepie Rondini (sprzedają przez Internet, ale trzeba podać dokładne wymiary i obrys stopy). Wychwala je również Garance Dore. Nie wiem, nie próbowałam jeszcze, na razie wystarczają mi te, które już mam: o dziwo, niezniszczalna para z H&M (tak, tak, wygrzebana kiedyś w Krakowie z dna półki, ma już 8 lat!) oraz z Zary (sprzed 2 lat). Takie niespodzianki też się zdarzają. Inne nabytki w podobnym stylu, m.in. ze sklepu Gortz17, choć obiecywały wiele przy pierwszej przymiarce, okazały się pomyłką i już trafiły do nowych właścicieli.

4. Białe lub czarne koszule.

Tu podstawowa zasada: koszula powinna być męska, albo na męską wyglądająca, czyli leżąca nonszalancko, trochę za duża. Cięte na kobiecą figurę, przylegające mocno do ciała, nie dają już takiego efektu. Najlepiej, żeby były ze 100-procentowej bawełny. Sama zaliczam się do klanu białych koszul, czarnej nie mam ani jednej. Jeśli chodzi o koszule z grubej, mięsistej bawełny polecam Muji, lżejsze, o różnych krojach – COS (ale uwaga, nie wszystkie modele trzymają jakość).

5. Kaszmirowe swetry w serek.

Podobno pasują każdej z nas, jak trencz. Też mi się kiedyś wydawało, że z tym kaszmirem to jakaś miejska legenda, dopóki sama nie spróbowałam – rzeczywiście trudno o przyjemniejszy dla ciała i lżejszy, a porządnie grzejący materiał w zimie. Kaszmir wygląda dobrze, jeśli obchodząc się z nim przestrzegamy kilku zasad: pierzemy go tylko ręcznie w zimnej wodzie i suszymy w rozłożonej pozycji na ręcznikach, a gdy zacznie „obierać” usuwamy nadmiar materiału specjalną golarką. Najlepsze są swetry Eric Bompard – niestety nie należą do tanich, ale to naprawdę kaszmir najlepszej jakości (od niedawna oferują wysyłkę do Polski; warto zaglądać na ich stronę w okresie wyprzedaży, wtedy podstawowe modele kosztują ok. 100 euro plus wysyłka), ale przyzwoite swetry z kaszmiru można znaleźć też w sklepach typu Van Graaf (np. duńskiej marki Marie Lund – za ok. 300-400 zł).

6. Chinosy.

Tak jak dżinsy, mogą być noszone na wiele sposobów – szerokie, wąskie, długie, z podwiniętymi nogawkami, z zakładkami na biodrach lub bez. Absolutnie niezbędne wiosną, latem i jesienią, o ile nie będziemy ich nosić z bluzami od dresu ani tenisówkami, bo wtedy wyglądają zbyt luzacko w złym tego słowa znaczeniu. Najlepiej zestawiać je z męskimi koszulami (dodając biżuterię), koszulami w kratkę, jedwabnymi bluzkami, sandałami na obcasie albo botkami (wydłużają nogi!) Moim skromnym zdaniem nie ma co szarpać się na jakieś markowe chinosy, całkiem niezłe i w dużym wyborze za ok. 200 zł co sezon oferuje Zara. Jeśli są wykonane ze 100 proc. bawełny, mogą spokojnie przetrwać parę sezonów, o czym zaręczam przetestowawszy.

7. Krótka skórzana kurtka

Może być czarna, to podstawa, ale dobrze wyglądają też beżowe, czerwone czy niebieskie, co się komu podoba. Ważne, żeby była z prawdziwej skóry, wszelkie imitacje wyglądają tanio i źle. Powinna wyglądać na trochę znoszoną. Kupujemy ją w najmniejszym możliwym rozmiarze, jaki nam pasuje, żeby przylegała do ciała, inaczej będziemy wyglądać jak żywcem przeniesione z lat 80. Ma być naszą prawdziwą „drugą skórą”. Klasyka to zestawianie jej z czymś bardzo kobiecym, na przykład letnią sukienką w kwiaty. Skórzane kurtki marek takich jak Acne czy Isabel Marant kosztują fortunę (choć jeśli kogoś stać, bardzo polecam!), całkiem przyzwoite modele w granicach 800-900 zł – wiem, też sporo, ale nie ma się co łudzić, że kurtka z prawdziwej skóry będzie dostępna za 300 zł można wyszperać we wspomnianej już (i zasadniczo nie kojarzonej z dobrą jakością, choć są od tego wyjątki) Zarze czy innej marce Inditexu – Massimo Dutti. Inna, znacznie tańsza i zapewniająca pożądaną patynę stroju już na wejściu opcja to vintage, jeśli ktoś ma dobrą rękę do poszukiwań i uda się mu trafić na idealnie pasujący  model.

Capture-d’ecran-2012-10-23-a-11.17.03

Zródło: Mode Personelle

8. Płaszcz typu „bosmanka” – dla mnie akurat żaden niezbędnik, ale może dla kogoś tak. Autorki zaznaczają, że wygląda elegancko tylko wtedy, jeśli jest z cienkiej, wysokogatunkowej wełny, tak jak jej męski oryginał.

I na koniec najważniejsza zasada, o której przypominają autorki „Paris Street Style” : jakiekolwiek elementy stroju uznałybyśmy za naszych „najlepszych przyjaciół”, pamiętajmy, że na nie właśnie – zgodnie z zasadami francuskiego szyku – nie należy żałować pieniędzy. One muszą być najlepszej jakości i perfekcyjnie dobrane, bo tworzą bazę, wokół której budujemy resztę stroju. Jeśli będą tandetne, cały wysiłek na nic. Poza tym to właśnie te elementy nosimy na okrągło, w różnych okolicznościach, muszą więc być na tyle wytrzymałe, żeby służyły nam jak najdłużej. Jeśli zaś mamy na czymś oszczędzać, to na elementach garderoby związanych z najnowszymi trendami, rozmaitymi sezonowymi dziwactwami, o ile oczywiście chcemy być z modą na bieżąco  – zakładając, że najprawdopodobniej będą nam potrzebne tylko przez jeden sezon właśnie. Ciąg dalszy nastąpi.

Otagowane , , , ,

Co zostaje z ortodoksji

Pytanie, które od momentu przyglądania się zjawisku „minimalizmu“ najbardziej chciałam zadać wszystkim osobom utożsamiającym się z nim w wersji ortodoksyjnej, no i niektórym zadałam, to: dokąd zmierzają? Co dalej, jeśli już osiągnie się granicę posiadania, dajmy na to, 100 rzeczy, uporządkuje szafę, mieszkanie, kalendarz, ograniczy ilość kontaktów w telefonie do tych sprawdzonych i najpotrzebniejszych?

Każdy oczywiście miał inną odpowiedź, bo i każdy oczekuje czegoś innego. Ta wątpliwość, odczuwana od początku, powstrzymuje mnie  jednak – mimo całej sympatii do wspomnianego ruchu – od deklaracji jednoznacznego w nim uczestnictwa. Nigdy więc nie doświadczę na własnej skórze, jak to jest, gdy już się osiągnie ów stan doskonałości, do którego dąży część wyznawców filozofii „prostego życia“. Wolę „dobre” albo „zrównoważone” życie. Niemniej, w ramach zainteresowania, może nawet fascynacji ideami samoograniczania się w czasach rozbuchanej konsumpcji, zwłaszcza odzieżowej, zaczęłam sama wprowadzać wiele zmian w dotychczasowych przyzwyczajeniach. Doprowadziło mnie to m.in. do odkrycia filozofii „francuskiego stylu“ ubierania się. Jednak zanim zaobserwowałam i u siebie kilka pozytywnych, mam nadzieję też trwałych, skutków ewolucji w myśleniu, wcześniej musiałam przejść  inny, dość koszmarny etap – neofitki. A więc: najpierw porządki, wywalenie połowy zawartości szafy, stopniowa wymiana i uzupełnianie reszty. Potem gorliwe przestawienie się na nowy tryb i skrupulatne pilnowanie, żeby przestrzegać wszystkich przykazań. Oraz nawracanie innych na nową religię.

W moim przypadku, o czym piszę z niejakim rozczuleniem, doprowadziło to do odrzucenia przez pewien czas większości kolorów poza czernią, granatem i bielą, i stworzenie sobie rodzaju osobistego mundurka, od którego nie mogłam wówczas znaleźć odstępstwa, bo wszystko, co bardziej jaskrawe albo wzorzyste wydawało mi się wulgarne i w złym guście (chyba już o tym gdzieś wcześniej wspominałam). A zakupy ograniczyłam do niezbędnego minimum, odkładając na rzeczy wedle moich kryteriów idealne, dość kosztowne, zaś sieciówki i inne takie, w których całkiem niedawno bywałam częstym gościem, omijałam z obrzydzeniem, szerokim łukiem. Z perspektywy czasu myślę, że musiałam być w tym okresie mocno spięta i zdeterminowana, jak robot realizujący wgrany mu plan. Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym coś puściło i nastąpiło znormalnienie, może to była zwykła tęsknota za kolorem? Ale wiem, że zadziałała ta sama zasada, której nauczyłam się w jodze: bywa tak, że spinasz się i wysilasz, a dana asana nijak nie chce ci wyjść, choćbyś nie wiem jak się natężał. Wtedy mądry nauczyciel, jeśli trafiłeś na takiego, podchodzi i mówi: puść. Puszczasz to wszystko, odprężasz się i bywa, że nawet za chwilę, kiedy wykonujesz tę samą asanę w stanie rozluźnienia, udaje się. Proste?

 Teraz, patrząc z rozluźnionej perspektywy, mogę wymienić co najmniej pięć pozytywnych skutków zauroczenia minimalizmem, prostym życiem, francuskim stylem. Wcześniejszych zmagań z ideałem nie żałuję, nic nie uczy człowieka tak dobrze, jak metoda prób i błędów:)

tumblr_mg0bmpxKbO1qa9ddao1_500

 Pierwszy z nich to poznanie siebie, co może zabrzmieć dziwacznie, ale niestety, to, że ma się lat 20, 30 czy 40, czyli metrykalnie jest się człowiekiem dojrzałym, nie oznacza bynajmniej, że ma się świadomość własnych wad i zalet nawet w odniesieniu do czegoś, o czym, wydawałoby się wiemy wszystko, każdego dnia oglądając je w lustrze, czyli własnego ciała. Wystarczy rozejrzeć się po polskich (i nie tylko) ulicach. Samopoznanie – czyli określenie zalet i wad własnej sylwetki i nauczenie się, jak wyeksponować te pierwsze, a jak umiejętnie zamaskować drugie. Ile z nas odpowie bez zmrużenia okiem, jaki jest jej typ figury, w jakich kolorach, a tym bardziej odcieniach, jest jej do twarzy, a których powinna unikać? Z ręką na sercu? Być może najczęściej przywoływane w tym kontekście Francuzki w wieku 30 lat mają tyle szczęścia, że ich matki i babki przekazały im te zasady, podejrzewam, że u nas pod tym względem jest znacznie gorzej. Kobiety wychowane w szarościach PRL- u mogły mieć, owszem, fantazję i wrodzone poczucie smaku, ale nie mogły nic poradzić na niedobory w sklepach i brak odzieżowej tradycji w rodzinie. Wystarczy przejrzeć zawartość sklepów vintage w Stanach czy Zachodniej Europie, żeby  uświadomić sobie, o ile jesteśmy pod tym względem ubożsi – u nas większość rodzinnej spuścizny poszła niestety z dymem…. Znajomość siebie pozwala odróżnić rzeczy, które będą wyglądać dobrze na nas, od takich, które świetnie wyglądają na wieszaku, w internetowym sklepie albo na kimś, czyj styl się nam podoba, ale ta osoba ma zupełnie inny typ sylwetki niż my. Czasem z bólem serca trzeba, niestety, z czegoś zrezygnować. Choćby nie wiem jak podobały mi się legginsy, nigdy ich nie założę, bo wyglądam w nich koszmarnie. Sukienki retro muszę przełamywać czymś bardziej agresywnym, jak ramoneska, bo inaczej będę przypominać sierotkę Marysię z balu kostiumowego. Ktoś inny nie będzie miał podobnych ograniczeń. Mierząc rzecz za rzeczą w ramach selekcji i odchudzania szafy, a potem zastanawiając się nad każdym zakupem, łatwiej osiągnąć stan samopoznania. Wcześniej wydawało mi się, że we wszystkim, co mi się podoba, wyglądam dobrze (ha, ha).

e2f89d902071075d51b7ef414a24b1fb

Garance Dore, której przedstawiać nie trzeba – wie, jak wykorzystać swoje atuty, ale też bawi się modą

Druga mądrość nabyta jest taka, że od tej podstawy, czyli od ciała, wszystko się zaczyna, i na nic najdroższe nawet i najlepiej dopasowane odzienie, na nic tony odzienia, jeśli nie zadba się o prawidłową postawę, codzienną dawkę ruchu, i zapomni o takich wydawałoby się oczywistościach, jak dentysta, fryzjer, manikiurzystka, kosmetyki etc. Kolejność nieprzypadkowa:)

 Trzy – docenienie jakości i zwracanie na nią uwagi. Jeśli już raz zasmakuje się w rzeczach porządnie wykonanych, i zacznie odróżniać takie w masie chłamu, jaki zalewa teraz sklepy, nie ma obawy, że zacznie się znów wynosić z H&M czy C&A naręcza jednorazowych ciuchów. Nie omijam już tych sklepów z odrazą, zdarzyło mi się tam kilka razy zajrzeć, ale pododtykawszy i obejrzawszy z bliska kilka ubrań, za każdym razem dochodziłam do wniosku, że nie ma sensu w nie inwestować, a unoszący się w tych sklepach zapach plastiku i sztucznych tworzyw (swoją drogą – czy pojawił się ostatnio, odkąd jakość tam spadła, czy istniał już wcześniej, tylko ja go nie wyczuwałam?) dodatkowo mnie odstręcza. Takie podejście pozwala też na racjonalne zakupy, bo dobre rzemiosło jest po prostu trwałe i będzie nam służyć latami. To nie znaczy też, że trzeba od razu wydawać fortunę na marki dostępne na Net-A-Porter – są przeceny, okazje, warto zorientować się najpierw, jakie marki mają ofertę, która nam odpowiada, a potem śledzić ją w realu i internecie.  Nie wszystko, co z wyższej półki cenowej, jest od razu dobrej jakości. Nie ma też nic fajniejszego, niż świadomość, że jakieś rzeczy są ci wyjątkowo bliskie, są twoim znakiem rozpoznawczym, który będzie można nosić przez wiele lat, na dodatek nie spotykając w nich dziesięciu innych osób na ulicy.

tumblr_mjxa0iPdOK1ravnm7o1_500

Clemence Poesy – przykład twórczych interpretacji „stylu francuskiego”

Cztery – zrozumienie, ile warta jest tak zwana dobra baza, czyli rzeczy, na które nie można żałować pieniędzy, które można zestawiać ze sobą bez zgrzytu, z którymi każde, nawet najtańsze dodatki będą wyglądać dobrze, i dlatego są na wagę złota w dniach,  kiedy nie ma się lepszego pomysłu, co na siebie włożyć. Takie, jak wiemy, znaleźć jest najtrudniej (przykład białego podkoszulka), dlatego tym bardziej warto w nie inwestować. Dla każdego ta baza będzie składać się pewnie z innych elementów, w moim przypadku są to m.in. klasyczne trencze długości pod kolano, marynarskie bluzki z ołówkowym dekoltem, proste dżinsy, białe koszule, dżinsy albo ciemne spodnie typu rurki.

tumblr_mgn1lpXUkn1qa3sufo1_500

 Piąty – ostatni wniosek, i umiejętność, którą nabywa się zwykle najpóźniej – nauczenie się, że moda jest zabawą, i traktowanie jej w taki właśnie sposób, a nie serioznie i z namaszczeniem. Zdolność łączenia rzeczy drogich i dobrej jakości z tanimi, nowych z vintage, tworzenie niekonwencjonalnych zestawień, czasem wykorzystanie jakiegoś elementu garderoby w inny sposób niż się przyzwyczailiśmy, puszczanie oka do otoczenia. Czyli jakby powrót do punktu wyjścia, bo przed fascynacją minimalizmem przecież wydawało się mi, że właśnie tak robię, nieprawdaż? Tyle, że zupełnie instynktownie i po omacku, co skutkowało bolesnymi zderzeniami. Do wprawy chyba łatwiej dojść do tego po okresowej abstynencji, czy minimalistycznej ortodoksji. Czasem trzeba się trochę pospinać i ponadymać, żeby wreszcie puścić –  i znaleźć złoty środek. Moda ma sprawiać przyjemność! Dopiero wtedy można mówić o znalezieniu własnego stylu, czy będzie on należeć do nurtu francuskiego, czy jakkolwiek go zechcemy nazwać – a nie kopiowanie „żelaznych zestawów“ wymyślonych przez różnych guru w rodzaju Ines de Fressange, choć często mają sporo racji. Amen!

A niebawem o „stylistycznych” wzorcach. Zdjęcia Garance Dore i Clemence Poesy pojawiły się nieprzypadkowo:)

Otagowane , , , , , , , ,