Tag Archives: garderoba minimalistki

Minimalizm to nie bajka

Pytanie: „co daje minimalizm?” bardzo często przewija się w Internecie. Sam światopogląd określany tym mianem przeobraził się w ciągu ostatnich kilku lat z niszowej filozofii w modny styl życia, więc każdy aspirujący do miana minimalisty pragnie wiedzieć zawczasu, jakie korzyści zyska z ewentualnej konwersji. Bo przecież muszą to być same plusy – wystarczy wdrożyć kolejne kroki z listy „10 sposobów na to, aby zostać minimalistą….” i już za rogiem czeka świetlana przyszłość, dokona się magiczna Przemiana.

Pozwolę sobie trochę zburzyć ten optymizm. Mój punkt widzenia można oczywiście zakwestionować, bo od początku istnienia bloga nie definiowałam się jako minimalistka, lecz ktoś, kto przygląda się temu zjawisku  – przygląda niemal od samego początku, z sympatią, zaciekawieniem, zgadza się z wieloma spostrzeżeniami, a przy okazji niektóre z nich stara się przełożyć na własne podwórko, własny „minimal plan”. Nie lubię etykietek, obce są mi też ekstrema, uważam je za niezdrowe. Obsesyjne liczenie posiadanych rzeczy, by nie wyjść poza jakąś z góry ograniczoną ich liczbę, narzucanie sobie ograniczeń w rodzaju roku bez zakupów albo monochromatycznej palety kolorów w najbliższym otoczeniu – też nie dla mnie. Szanuję, podziwiam, ale wolę stopniową ewolucję. Bo taka też – pod wpływem wspomnianych lektur, rozmów ze zwolennikami minimalizmu i prostego życia, a także własnych przemyśleń – dokonała się przez te lata i we mnie. Stąd zakładam, że znam już całkiem nieźle temat z autopsji.

A zatem: opowieści o tym, jak to wystarczy przystać do grona minimalistów i błyskawicznie wszystko się układa, można włożyć między bajki. Są warte tyle, co slogany różnych podejrzanych guru oferujących natychmiastową receptę na wszystkie schorzenia ducha i ciała. Jeśli rzeczywiście zaintryguje cię ten sposób myślenia i zaczniesz powoli stosować wynikające zeń wnioski do własnej codzienności, nawet na najbardziej powierzchownym i podstawowym poziomie, jak rezygnacja z nadmiernej konsumpcji i pozbycie się części nagromadzonych przedmiotów – przygotuj się, że raczej na pewno będzie bolało. Będzie momentami trudno. Nie jak w kolorowych reklamach.

Możesz oczywiście zatrzymać się na wyrzuceniu części rzeczy z szafy, uporządkowaniu mieszkania i skompletowaniu niezawodnej garderoby. Ale jeśli działasz tak z wewnętrznej potrzeby, a nie tylko ze względu na modę, szybko zauważysz u siebie niepokojące objawy.

W miarę jak redukujesz stan posiadania, dociera do ciebie, co było zbędne, a co jest najcenniejsze – najpierw w odniesieniu do rzeczy. Zaczynasz zastanawiać się nad swoim stylem – co ci się podoba i zawsze podobało, a co wręcz przeciwnie, dlaczego tak jest. Krok po kroku rezygnujesz z wielu rzeczy, które kupowałaś i nosiłaś, albo tylko kupowałaś, bo widziałaś je u innych. Zaczynasz czerpać inspiracje z wewnątrz, rozpoznawać, w czym dobrze się czujesz.

Jednocześnie zaczynasz też zastanawiać się nad innymi kwestiami, nad swoim całym życiem. Coraz częściej zatrzymujesz się i myślisz. Nie chowasz się za nieustannymi aktywnościami, jak praca do upadłego, przesiadywanie godzinami w Internecie czy kupowanie na poprawę humoru. Czyścisz głowę z nadmiaru bodźców i myśli, żeby dojść do tego, co najważniejsze. W końcu stajesz przed sobą w całkowitej szczerości. Odpadają różne warstwy, które po drodze nazbierałaś. Od ludzi, którzy ci imponowali, których chciałaś naśladować, którzy zafascynowali cię przez chwilę, i inne, które trafiły ci się przypadkiem. Przestajesz być posklejana z różnych kawałków. Zewnętrznie przekłada się to na różne sfery. Niektórzy wracają do naturalnego koloru włosów, przestają chować się za maską z mocnego makijażu i krzykliwych strojów, odkrywają naturalne kosmetyki, zaczynają dbać o to, co jedzą, unikać toksyn.

Coraz częściej zadajesz sobie pytanie, co jest dla ciebie najważniejsze. Co chciałabyś, aby po tobie zostało, jak chcesz być zapamiętana, co zawsze chciałaś najbardziej robić. Z jakimi ludźmi spędzić resztę czasu, jaki ci jeszcze pozostał. Dociera do ciebie, że nie jest nieograniczony ani twoje zasoby – fizyczne i intelektualne – też kiedyś się wyczerpią, więc warto wykorzystać je najlepiej. Gdy już znajdujesz odpowiedzi na powyższe pytania, odcinasz najmniej istotne również w sferze niematerialnej. Rezygnujesz z części znajomości, niektóre same się rozwiązują. Zaczynasz słuchać reakcji swojego organizmu – na ludzi, miejsca, sytuacje, do których nie przystajesz. Stajesz się bardziej świadomą, pewną siebie osobą – niektórych to odstrasza, inni już cię nie rozumieją. W ich miejsce przybywa innych, którzy też zadali sobie pewne pytania i zyskali wgląd.

I chyba najważniejsze: nadal wiele rzeczy budzi lęk, ale nie kierujesz się już lękiem.

3742bac652387ea811317553194365b3

Źródło: Pinterest

Tym sposobem pierwszy, podjęty dawno temu krok – banalna z pozoru decyzja o oczyszczeniu szafy – może doprowadzić do naprawdę poważnych zmian. Może to być wielomiesięczna podróż przed siebie, bez planu. Może zmiana pracy. Może rezygnacja z dotychczasowej na rzecz czegoś, co zawsze chciało się robić, ale lęk i opinie innych paraliżowały, by temu się  w pełni poświęcić. Może zmiana w związku, nowy związek albo wybór samotności. Oczywiście zainteresowanie filozofią minimalizmu, esencjalizmu, prostego życia, slow – jak zwał, tak zwał – nie jest jedynym prowadzącym na tę drogę czynnikiem. Podobnie działa praktyka jogi, medytacja, odkrycie ulubionego sportu i systematyczne go uprawianie, czy też znalezienie czasu na regularny wysiłek fizyczny. Jeśli angażuje się w nie na minimalistycznej ścieżce, wyjątkowo dobrze z nią współgrają. Dzieją się dziwne rzeczy: ktoś wraca po zajęcie, o którym zapomniał od czasów liceum, ktoś rezygnuje z mediów społecznościowych, ktoś zapisuje się do lokalnego stowarzyszenia, żeby wspierać swoich sąsiadów, jeszcze ktoś – decyduje na macierzyństwo kosztem nowych zawodowych wyzwań, ktoś inny – wręcz przeciwnie, wreszcie decyduje się poprosić o podwyżkę albo awans. Po drodze napotyka się na wiele raf, bo zmiana boli jak uwalnianie się z ciasnego pancerza. Ktoś się obrazi, ktoś inny wyśmieje, z kimś popadnie się w konflikt.

Nie zawsze odbywa się to radykalnie. W moim przypadku proces był stopniowy. Na przykład w sferze zawodowej najpierw świadomie zamknęłam jeden etap, wiedząc, że nie chcę się nim zajmować – ale bez desperackich ruchów w rodzaju rzucania dotychczasowej pracy na etacie; pracowałam nadal, jednocześnie, będąc już po przedefiniowaniu swojego życia – sięgnięcia w głąb i przypomnienia sobie, co zawsze chciałam robić – szłam małymi krokami w tym kierunku.

Potem, nie rezygnując z tej wybranej, najważniejszej drogi, podjęłam na parę lat inne, nowe, też interesujące wyzwanie, mniej angażujące czasowo niż poprzednia praca. Najpierw na cały etat, potem na pół etatu, by kilka miesięcy temu przekonać się ostatecznie, że nie nadaję się już do hierarchii, biurokracji, różnego rodzaju struktur. Że najważniejsza jest dla mnie wolność i niezależność. Że chcąc osiągnąć coś w obszarze, który uznałam za priorytetowy, muszę poświęcić mu więcej czasu i uwagi. Trzeba było się puścić; inaczej wciąż przebierałabym nogami, tkwiąc w tym samym miejscu. Tak zaczyna się nowe. Trzymajcie kciuki.

Otagowane , , , , , , , , , ,

Potrzeba samoogarnięcia

-Jestem pod wrażeniem rozmowy założycielek strony Element Żeński (świetny pomysł z tą stroną!) z Haliną Bogdańską, opublikowanej w świątecznych „Wysokich Obcasach„.

Halina Bogdańska ma 95 lat, w co trudno uwierzyć, patrząc na zdjęcia i czytając, co mówi. Wygląda może na 70, a radości życia mogłyby pozazdrościć jej dwudziestolatki. Rozmowa jest ważna, bo rzadko w polskiej prasie spotyka się wywiady z kobietami w wieku 50 i więcej lat – z wyjątkiem znanych postaci, choć szczególnie warto słuchać, co takie osoby mają do powiedzenia z perspektywy swoich życiowych doświadczeń. Wszystkie się starzejemy i dobrze korzystać z mądrości tych, które już przeszły tę drogę. Nie każda ma szczęście, by zdążyć porozmawiać w taki sposób z własną babcią. Rzadko też widujemy – nie tylko w mediach – panie w wieku Haliny Bogdańskiej (również tyczy się to 60- czy 70-latek), które przypominałyby babkę z książki „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin” Jung Chang (tę, która zawsze dbała o włosy, czesząc je w misterny kok, a wychodząc z domu, nigdy nie zapominała o pudrze i pomadce). To smutne, ale mam wrażenie, że wiele kobiet w wieku naszych babć i mam po ukończeniu pewnego wieku (dla każdej zapewne jest to inny) symbolicznie kończy się życie, a wraz z nim dbałość o własną kobiecość. Przestają zwracać uwagę na to, co ubierają, czeszą się byle jak, z przyzwyczajenia, zmieniając w istoty pozbawione płci, przyodziane w szarobure worki z byle jakich materiałów,  w smutnych kolorach, przypadkowo ze sobą pozestawianych. Mniej wychodzą do ludzi, skupiają głównie na chorobach własnych oraz bliskich, a nader wszystko – nieustannym narzekaniu. Od razu nasuwają się tutaj porównania z krajami zachodniej Europy, gdzie znacznie częściej na ulicach spotyka się ich rówieśniczki, po których widać na pierwszy rzut oka, że reprezentują odmienne podejście. Przeciw jego zestawianiu z polską średnią przemawia zwykle kontrargument finansowy: 60-letnie Francuzki czy Hiszpanki mają wyższą emeryturę i związane z tym większe możliwości; łatwiej cieszyć się życiem, gdy stać cię na regularne wizyty u kosmetyczki, a przynajmniej raz do roku wyjazd w dowolne miejsce, by odkrywać świat. Ta różnica na niekorzyść (choć trzeba też zauważyć, że polskie seniorki i tak biją aktywnością na głowę panów w swoim wieku – wystarczy przekonać się, jak kształtują się proporcje między płciami na wykładach Uniwersytetu Trzeciego Wieku), może wynikać też z faktu dorastania i młodości w PRL-u, kiedy – paradoksalnie, wbrew hasłom o równouprawnieniu  – mit matki Polki, pracującej zawodowo i zajmującej się domem, dbającej o wszystkich naokoło, tylko nie o siebie, kwitł w najlepsze. Do tego dochodził mit poświęcającej się rodzinie kobiety, lansowany przez polski katolicyzm.

fullsizerender-2

Nie chciałabym się wymądrzać, że czasem nie potrzeba wielkiego budżetu, by nadal dbać regularnie o swoje zdrowie fizyczne, wygląd i powiązaną z tym psychiczną kondycję. Nie wiem, jak to jest żyć za 800 zł emerytury, nie wiem też, jak to jest cierpieć na coraz więcej dolegliwości związanych z wiekiem, więc rady dotyczące samodzielnych ćwiczeń w domu, pozwalających utrzymać formę i ładną postawę, częstego spotykania się z ludźmi, także sporo młodszymi, pozostawania na bieżąco z kulturą, zwłaszcza poprzez czytanie książek i odwiedzanie kina, a także stosowania podstawowych zabiegów higieniczno-kosmetycznych, które można wykonać samemu albo z pomocą kogoś bliskiego – mogą wydać się śmieszne osobom, które wiedzą z autopsji, jak to jest, gdy ma się 60 i więcej lat. Wiem natomiast, że chciałabym – jeśli dożyję takiego wieku – cieszyć się podobnym nastawieniem jak rozmówczyni Elementu Żeńskiego i że wypracowywane obecnie przyzwyczajenia będą mieć na to wydatny wpływ.

W tym kontekście wśród wielu mądrych rzeczy, które mówi Halina Bogdańska, uderza szczególnie jeden fragment: „Chodzę po domu w biżuterii i w takim ubraniu, w którym nie wstydzę się pokazać ludziom. Kiedyś spontanicznie przyszła do mnie znajoma i speszona, stojąc jeszcze w drzwiach, pyta, czy dokądś wychodzę. A ja jej na to: „Nie, właśnie piorę. Skąd takie wrażenie?” „Bo tak się odstrzeliłaś – naszyjnik, bransoletka, kolczyki – jakbyś gdzieś się wybierała”. A ja zawsze tak wyglądam bez względu na to, czy ktoś ma przyjść czy nie. Robię to dla siebie, lubię być zadbana”.

Zauważyłam, że – niezależnie od wieku – największy problem zawsze sprawiają nam ubrania „po domu”. O ile do wyjścia poza dom szykujemy się starannie, po powrocie zwykle nakładamy co bądź, kierując się przede wszystkim zasadą, żeby było nam wygodnie. Stąd nadreprezentacja dresów, wyciągniętych podkoszulek, steranych życiem szlafroków – jednym słowem rzeczy, w których za żadne skarby nie pokazalibyśmy się znajomym z pracy czy sąsiadom. Sama też nie byłam wolna od tego przyzwyczajenia. Jakiś czas temu to się zmieniło. Zaczęłam traktować ubranie „po domu” nie jako gorszą wersję tych wyjściowych, ale jako podlegającą tym samym prawom jedną z kategorii garderoby. Nie kompletuję jej z rzeczy niechcianych, bo tych się zwyczajnie pozbywam. Myślę podobnie jak Halina Bogdańska:

„Robię to dla siebie”. A w drugiej kolejności – dla tych, których w domu spotykam.

Jak wygląda to u Was? Bardzo jestem ciekawa.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , ,

Szafa od zera

A gdyby tak nagle cała dotychczasowa zawartość mojej szafy zniknęła w tajemniczych okolicznościach i byłabym zmuszona skompletować garderobę od zera? Z konieczności, także finansowej, trzeba byłoby ograniczyć się do najpotrzebniejszych kilku elementów, możliwych do zestawiania ze sobą w różnych kombinacjach i przede wszystkim odpowiadającym wymogom aury w najbliższych miesiącach – czyli najpierw skompletować podstawową garderobę zimową, jako że dziś drugi dzień astronomicznej zimy.

Przyjrzałam się najczęściej wykorzystywanym i najbardziej potrzebnym w tych warunkach elementom i oto, co bym wybrała:

– Płaszcz zimowy. W polskich realiach klimatycznych (jakkolwiek klimat ponoć się ociepla) nie warto oszczędzać na tym elemencie garderoby. W końcu nosimy go przez kilka miesięcy, powinien więc zapewniać nam maksymalny komfort (rzekłabym wręcz, że o tej porze roku jest wręcz niezbędny do przeżycia; chyba że zamierzamy nie ruszać się z domu). Jako odzienie wierzchnie też najbardziej rzuca się w oczy, wpływając na pierwsze wrażenie o właścicielce.  Każdy ma inne preferencje odnośnie fasonu, więc trudno cokolwiek sugerować. W moim przypadku idealny płaszcz zimowy ma szlafrokowy krój, jest długi do połowy łydki, przewiązywany paskiem i zapinany na guziki lub zatrzaski (niby to szczegół, ale dla mnie świadczy o dbałości o jakość, poza tym w zapinanym zawsze jest cieplej). Skład, który wpłynąłby na decyzję o zakupie po przestudiowaniu metki, to minimum 80 procent wełny, pozostałe 20 procent może przypadać na poliamid. Sytuacja idealna to 100 proc. wełny (czasem można znaleźć takie płaszcze w COS i &Other Stories) albo wełna z dodatkiem kaszmiru, ale to dziś rzadkość i wysoka półka cenowa (np. Deni Cler – piszę na podstawie opinii innych, sama nie mam żadnej rzeczy tej marki), dla wielu nieosiągalna. Warto też zwrócić uwagę na materiał, z jakiego wykonana jest podszewka (płaszcze zimowe bez podszewki odpadają w tej konkurencji na starcie, przykro mi, Zaro). Wiskoza lub bawełna są jak najbardziej w porządku, w przeciwieństwie do poliestru, który lubi się elektryzować i nieładnie układać  (gdy zewnętrzna część płaszcza wykonana jest ze 100-proc. wełny, a poszewka z poliestru od razu patrzę na producenta podejrzliwie – chciał oszczędzić na tym, czego nie widać?) Kolor: ze względów praktycznych wybrałabym granat, który jest też bardzo elegancki, ale ze względu na zimową szarzyznę polskich ulic najlepiej byłoby mieć w garderobie dwa płaszcze, ten drugi jasnobeżowy albo w kolorze wielbłądzim (świadomie nie używam rozpowszechnionego określenia: kamelowy), by trochę rozjaśnić sobie życie w tych trudnych miesiącach. Niestety, poza ofertą z drugiej ręki praktycznie nie można już spotkać w sklepach ocieplanych, watowanych płaszczy; ich rolę najprawdopodobniej przejęły puchówki – przynajmniej mnie się nie udało takowego nigdy dojrzeć, może ktoś z Was ma inne doświadczenia? Puchówka jest oczywiście idealnym rozwiązaniem na wysokie mrozy, ale płaszcz wydaje się bardziej uniwersalny i przede wszystkim elegancki. Nawet przy minus 20 od biedy można ubrać się pod spód na cebulkę i jakoś przetrwać.

Niestety, chcąc kupić płaszcz dobrej jakości, trzeba się na to przygotować – to wydatek rzędu 800-1200 zł. Nieźle uszyte płaszcze z dobrych gatunkowo tkanin mają &Other Stories, Filippa K, COS, Marc O`Polo, czyli sprawdzona i opisywana już tutaj brygada. Polecam też polską markę Elementy, szyjącą w kraju, stosującą zasady kapitału społecznego (bardziej dla płaszczy przejściowych, nie na super mroźną zimę). Przy mniejszym budżecie dobrą i ekologiczną opcją jest przeszukanie sklepów z odzieżą używaną, także tych internetowych, lub portali w rodzaju Etsy, gdzie można trafić na naprawdę porządnie uszyte, ciepłe płaszcze, w dodatku za połowę ceny nowych.

– Buty. Drugi element garderoby, na którym zdecydowanie nie warto oszczędzać. Dobre buty dodają garderobie sznytu, nawet jeśli jej reszta to zestaw skompletowany podczas łowów w sieciówkach i sklepach z odzieżą używaną. Skórzane (niestety nie jest to opcja dla wszystkich; zdaję sobie sprawę, że w przypadku wegetarianki może zakrawać to na hipokryzję lub niekonsekwencję, ale nie założyłabym buta ze sztucznych tworzyw – ze względu na komfort i higienę). Jeśli o porządnie wykonane buty się dba, regularnie oddając je do szewca, a po sezonie czyszcząc, pastując i wypychając gazetami, by nie straciły formy, mają szansę służyć nam nawet i dekadę. Szyta, nie klejona i drewniana podeszwa to oczko wyżej na skali jakości.  Zwracam też uwagę, gdzie zostały wykonane – najlepiej w Polsce, ale  Portugalia, Włochy, Francja sugerują wyższą klasę niż Chiny. Mój ulubiony typ butów to botki do kostki albo sztyblety, które można nosić również wiosną i jesienią; ale na okres śnieżny i mroźny dobrze jest też mieć jedną parę kozaków. Odnośnie obuwia polecam te same sklepy co poprzednio, niezłej jakości sztyblety ma też w ofercie polska firma 7Mil. Moje botki z A.P.C., kupione pięć lat temu na wyprzedaży, po jednej na razie wizycie u szewca (wymiana fleków), trzymają się świetnie.

Ceny: botki ok. 500-600 zł, kozaki – 800-1000 zł, sztyblety 300-500 zł

– Akcesoria: rękawiczki, czapka, szal.

Akrylowi, królującemu w sieciówkach, mówimy zdecydowane nie. Elektryzuje, gryzie, nie grzeje. Szalik ze 100 proc. wełny albo wełny z domieszką kaszmiru to wydatek rzędu 200-300 zł, więc w tym przypadku też warto czekać na wyprzedaże. Bywają oczywiście wyjątki – mam czapkę kupioną dwa lata temu w H&M za bodaj 50 zł z jakiejś dziwnej mieszanki: 63 proc. – akryl, 25 proc. – wełna, reszta – poliester (!!!) i nie dość, że nie elektryzuje, to jeszcze całkiem skutecznie grzeje.

– Spodnie typu cygaretki z wełny. Pod spód zakładamy podkolanówki i już jest cieplej. Takie spodnie można wykorzystywać zarówno na oficjalne okazje (np. w zestawieniu z marynarką), jak i na co dzień, fason mają wyszczuplający, sprawiają eleganckie wrażenie. Kolory – co komu pasuje, ja pewnie zdecydowałabym się na najbardziej uniwersalny granat albo szarość, fajne i ożywiające resztę garderoby kolory to też bordo albo ciemna zieleń.

fullsizerender

Na zdjęciu podawane jako przykłady: płaszcz Filippa K (2 lata), botki A.P.C. (4 lata), skórzana kurtka Massimo Dutti (2 lata), sweter A.P.C. (4 lata), dżinsy COS (3 lata), szal &Other Stories (2 miesiące)

– Dżinsy. Jeśli są wykonane z grubego dżinsu, to grzeją nie gorzej niż wełna, poza tym od razu zyskujemy całoroczny element garderoby. Fason to już kwestia bardzo indywidualna – ja wolę takie z wyższym stanem, albo typu „slim fit”, albo o prostym kroju – te pierwsze mam z COS, te drugie z Marc O`Polo. Dżinsy z tzw. surowego dżinsu też są idealnym wyborem na zimę, bo w sezonie wiosenno-letnim zmieniają się, niestety, w grzejącą zbroję, o czym przekonałam się na przykładzie moich z A.P.C. Kolory – czarny, ciemnogranatowy, klasyczny błękit, szary.

– Długi wełniany sweter. Najlepiej zapinany. Taki, pod który można ubierać koszule i bawełniane podkoszulki z długim rękawem używane też w porze letnio-wiosenno-jesiennej i nie przegrzewać się we wnętrzach (niestety w Polsce istnieje tendencja do nastawiania temperatury na maksimum, nie tylko w wagonach PKP). Tradycyjnie już polecam wyprzedaże w COS i Marc O`Polo – wełniane swetrzyska są tam naprawdę dobrej jakości, ze stuprocentowej wełny.

– Kurtka skórzana albo wełniana marynarka. Na bardziej oficjalne okazje. W przypadku marynarki może to być komplet ze spodniami, którego każdy element można zestawiać z innymi składnikami garderoby. Kurtka dodaje reszcie stroju elementu luzu, a skóra dodatkowo grzeje (będąc całoroczną rowerzystką wiem, że w naprawdę zimne dni nic nie sprawdza się tak dobrze jak zestaw: sweter/skórzana kurtka/płaszcz). Mityczna skórzana kurtka to oczywiście ramoneska, ale nie każdemu pasuje ten fason, poszerzający ramiona i górną część tułowia. Własną kurtkę życia upolowałam parę lat temu na wyprzedaży w Massimo Dutti (zasadniczo nie polecam tego sklepu; mam wrażenie, że jakość często nie ustępuje Zarze z tej samej grupy kapitałowej, natomiast ceny są dwu- albo i trzykrotnie wyższe, bo marka pozuje na luksusową; swoje doświadczenia z nabytym tam rzekomo skórzanym paskiem opisywałam jakiś czas temu tutaj na blogu, jednak zdarzają się wyjątki – kurtki ze skóry i marynarki, niekiedy też buty).

Marynarka: 400-500 zł, kurtka skórzana 800-1000 zł.

fullsizerender-1

Wspominane w tekście: płaszcz Elementy (1 tydzień), sukienka COS (1 rok), koszula Marc O`Polo (3 lata), sweter COS (1 rok), botki Balagan (1 tydzień).

– Sukienka z wełny. Najbardziej kobiecy element tego zestawu, wbrew pozorom też bardzo uniwersalny – wystarczy pokombinować z dodatkami (ozdobny kołnierzyk, naszyjnik, pasek, rajstopy) i można sprawiać wrażenie, że codziennie ma się na sobie inną sukienkę 🙂  300-400 zł.

– Kaszmirowy sweter z dekoltem typu V albo okrągłym. Opowieści o tym elemencie tzw. bazowej francuskiej garderoby nie są mitem. Klasyczne swetry we wszystkich kolorach świata szyje francuska firma Eric Bompard,którą już kiedyś tu polecałam, ceniona nie tylko na swoim rodzimym rynku; wysyłają do Polski i mają całkiem ciekawe przeceny, warto zapisać się na newsletter, odkładać pieniądze i czekać na sygnał, bo to kaszmir naprawdę wysokogatunkowy (przyznaję, że mam niejakie wątpliwości odnośnie atrakcyjnych cenowo kaszmirowych swetrów w sieciówkach typu Uniqlo).

– Koszula. Niekoniecznie biała. Jako elegancki podkład pod sweter. I też mamy od razu zalążek garderoby wiosenno-letniej. 200-300 zł.

P.S. 1. Żadna z marek wymienionych w tym wpisie nie dołożyła grosza do jego powstania, wręcz przeciwnie, to autorka zapłaciła za zakup niektórych z wytwarzanych przez nie rzeczy 😉

I jeszcze P.S. 2. odnośnie poprzedniego wpisu. Pisząc o braku spójności, świadomie nie wskazywałam konkretnych przykładów, tylko ogólne kierunki, które mnie zaskakują i jakoś zgrzytają – nie biorę więc odpowiedzialności za rozmaite czytelnicze skojarzenia, nie było też moją intencją piętnowanie konkretnych blogerów. Nie wymieniałam żadnych nazw, bo nikomu nie zamierzam narzucać swojej wizji świata ani dzielić autorów blogów orbitujących wokół tematyki minimalizmu na minimalistów prawdziwych bądź udawanych. Cenię nade wszystko uczciwość przekazu, ale choć wielu z nich czasem nie spełnia tego wymogu, nadal ich czytuję, bo mają coś ciekawego do przekazania. Nie muszę przecież zgadzać się z każdym cudzym słowem – a wręcz przeciwnie, uważam, że zasada krytycznego myślenia to podstawa przy czytaniu i korzystaniu ze wszelakich mediów. Sama mam ten komfort, że – przynajmniej na razie, bo jak wiadomo „nigdy nie mów nigdy” – prowadzę tego bloga dla przyjemności, więc mogę pisać, co chcę, a nie czego się ode mnie oczekuje; zarabiam gdzie indziej. Dlatego też świadomie piszę go jako minimalplan, a nie pod nazwiskiem. Nigdy też nie definiowałam się jako minimalistka – przyglądam się minimalizmowi z sympatią, ale trochę z boku. Taką już mam konstrukcję, że wolę pozostawać człowiekiem niezrzeszonym, również w odniesieniu do kilku innych sfer. Bliska mi jest również filozofia esencjalizmu czy też prostego życia, w miarę możliwości staram się stosować ją na co dzień, ale  rozumiem ją pod kątem bardziej filozoficznym niż sprowadzającym się do deklaracji, ileż to sztuk odzieży wypełnia czyjąś szafę.

Wszystkiego dobrego przedświątecznie!

Otagowane , , , , , , , , , ,