Tag Archives: Ines de la Fressange

O kolorach

Analiza kolorystyczna – odnoszę wrażenie, że ta metoda, popularna w latach 90. (a przynajmniej ja pamiętam wzmianki o niej z kolorowych magazynów dla kobiet, które przeglądałam wówczas jako niedorosła) przeżywa ostatnio drugą młodość. I to za sprawą widocznego zainteresowania kwestiami minimalizmu, porządkowania własnej garderoby, stylu Francuzek. Niedoścignioną mistrzynią w pisaniu na ten temat jest Maria, autorka bloga „Ubieraj się klasycznie” , ani mi w głowie stawać z nią w szranki, dorzucę tylko własny kamyczek do tego ogródka.

Czy dzielenie typów urody na ciepłe lata, czyste wiosny, prawdziwe zimy etc. ma sens? Zdecydowanie tak, jeśli oderwiemy się od schematu myślenia o „analizie kolorystycznej” właśnie w kontekście ostatniej dekady ubiegłego wieku,  jako spotkaniu z panią stylistką, która przykłada nam do twarzy ścinki materiału w różnych kolorach. Jeśli chce się stworzyć własny styl i zbudować garderobę złożoną wyłącznie z ubrań, w których wyglądamy znakomicie i które uwielbiamy, odnalezienie „naszych” kolorów powinno być jednym z pierwszych kroków przy eliminacji nietrafionych nabytków. (Patrz: „Lekcje Madame Chic” i słynny dialog narratorki z rzeczoną Madame, która obrzuca pełnym dezaprobaty spojrzeniem jej zielony sweterek i rzuca: „Wyglądasz w niej jak zmyta”. – Czyli nie powinnam nosić zielonego? – pyta speszona Jennifer. – Ależ skąd! – odpowiada Madame i zaczyna wymieniać odcienie tej barwy, w których Amerykance będzie idealnie do twarzy.)

Tyle, że panią stylistkę z kompletem ścinków może zastąpić nam dziś z powodzeniem Internet – oprócz bloga Marii funkcjonuje w nim cała masa nie tylko polskojęzycznych stron poświęconych zagadnieniu kolorystycznej palety – oraz własna intuicja.

Gdy zaczęłam wgryzać się w temat typów i podtypów kolorystycznych, z początku obawiałam się zagubienia w tych niuansach, ale szybko doszłam do wniosku, że jestem czystą  zimą (clear winter). Wystarczyło przypomnieć sobie, w jakich kolorach zawsze czułam się wyraziście, dobrze, które wzmacniały moje naturalne ubarwienie – i za które zbierałam najwięcej komplementów od otoczenia. Nietrudno było też zdiagnozować jasny, porcelanowy kolor skóry, która dość trudno się opala, oczy w intensywnie niebieskim kolorze z odcinającymi się kontrastowo tęczówkami i włosy, które po urodzeniu miałam ciemnobrązowe, prawie czarne, potem mi trochę zjaśniały, a potem – też intuicyjnie – farbowałam je długo na atramentową czerń (teraz wróciłam do ciemnego brązu). Taka diagnoza mocno ułatwia życie. Nie dla mnie niestety jesienne rudości, beże, zgniłe zielenie i kości słoniowe. Ale już neonowa czerwona pomarańcz jak najbardziej – niby z pozoru nie pasuje do zestawu kontrastowych, wyrazistych barw, a jednak – sprawdziłam! –  to jedyny odcień pomarańczowego, w jakim dobrze czystym zimom.

Oto moja paleta kolorów (ta ostra pomarańcz to ostatni kwadracik na górze po prawej). Wszystko się zgadza!

clearwinter

Analiza kolorystyczna uświadamia też, że zachwycając się francuskim stylem i minimalizmem, warto zachować zdrowy rozsądek – szukać tego, co pasuje do mnie, a nie tego, co trzeba nosić, bo napisała tak Ines de Fressange czy jakaś inna autorka. Beże i szarości nie są dla każdego. Nie każdemu typowi urody pasuje granatowy. Natury nie da się oszukać, ale można jej pomóc.

A co Wy sądzicie o tej metodzie? Sprawdza się?

Reklamy
Otagowane , , , , ,

Co zostaje z ortodoksji

Pytanie, które od momentu przyglądania się zjawisku „minimalizmu“ najbardziej chciałam zadać wszystkim osobom utożsamiającym się z nim w wersji ortodoksyjnej, no i niektórym zadałam, to: dokąd zmierzają? Co dalej, jeśli już osiągnie się granicę posiadania, dajmy na to, 100 rzeczy, uporządkuje szafę, mieszkanie, kalendarz, ograniczy ilość kontaktów w telefonie do tych sprawdzonych i najpotrzebniejszych?

Każdy oczywiście miał inną odpowiedź, bo i każdy oczekuje czegoś innego. Ta wątpliwość, odczuwana od początku, powstrzymuje mnie  jednak – mimo całej sympatii do wspomnianego ruchu – od deklaracji jednoznacznego w nim uczestnictwa. Nigdy więc nie doświadczę na własnej skórze, jak to jest, gdy już się osiągnie ów stan doskonałości, do którego dąży część wyznawców filozofii „prostego życia“. Wolę „dobre” albo „zrównoważone” życie. Niemniej, w ramach zainteresowania, może nawet fascynacji ideami samoograniczania się w czasach rozbuchanej konsumpcji, zwłaszcza odzieżowej, zaczęłam sama wprowadzać wiele zmian w dotychczasowych przyzwyczajeniach. Doprowadziło mnie to m.in. do odkrycia filozofii „francuskiego stylu“ ubierania się. Jednak zanim zaobserwowałam i u siebie kilka pozytywnych, mam nadzieję też trwałych, skutków ewolucji w myśleniu, wcześniej musiałam przejść  inny, dość koszmarny etap – neofitki. A więc: najpierw porządki, wywalenie połowy zawartości szafy, stopniowa wymiana i uzupełnianie reszty. Potem gorliwe przestawienie się na nowy tryb i skrupulatne pilnowanie, żeby przestrzegać wszystkich przykazań. Oraz nawracanie innych na nową religię.

W moim przypadku, o czym piszę z niejakim rozczuleniem, doprowadziło to do odrzucenia przez pewien czas większości kolorów poza czernią, granatem i bielą, i stworzenie sobie rodzaju osobistego mundurka, od którego nie mogłam wówczas znaleźć odstępstwa, bo wszystko, co bardziej jaskrawe albo wzorzyste wydawało mi się wulgarne i w złym guście (chyba już o tym gdzieś wcześniej wspominałam). A zakupy ograniczyłam do niezbędnego minimum, odkładając na rzeczy wedle moich kryteriów idealne, dość kosztowne, zaś sieciówki i inne takie, w których całkiem niedawno bywałam częstym gościem, omijałam z obrzydzeniem, szerokim łukiem. Z perspektywy czasu myślę, że musiałam być w tym okresie mocno spięta i zdeterminowana, jak robot realizujący wgrany mu plan. Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym coś puściło i nastąpiło znormalnienie, może to była zwykła tęsknota za kolorem? Ale wiem, że zadziałała ta sama zasada, której nauczyłam się w jodze: bywa tak, że spinasz się i wysilasz, a dana asana nijak nie chce ci wyjść, choćbyś nie wiem jak się natężał. Wtedy mądry nauczyciel, jeśli trafiłeś na takiego, podchodzi i mówi: puść. Puszczasz to wszystko, odprężasz się i bywa, że nawet za chwilę, kiedy wykonujesz tę samą asanę w stanie rozluźnienia, udaje się. Proste?

 Teraz, patrząc z rozluźnionej perspektywy, mogę wymienić co najmniej pięć pozytywnych skutków zauroczenia minimalizmem, prostym życiem, francuskim stylem. Wcześniejszych zmagań z ideałem nie żałuję, nic nie uczy człowieka tak dobrze, jak metoda prób i błędów:)

tumblr_mg0bmpxKbO1qa9ddao1_500

 Pierwszy z nich to poznanie siebie, co może zabrzmieć dziwacznie, ale niestety, to, że ma się lat 20, 30 czy 40, czyli metrykalnie jest się człowiekiem dojrzałym, nie oznacza bynajmniej, że ma się świadomość własnych wad i zalet nawet w odniesieniu do czegoś, o czym, wydawałoby się wiemy wszystko, każdego dnia oglądając je w lustrze, czyli własnego ciała. Wystarczy rozejrzeć się po polskich (i nie tylko) ulicach. Samopoznanie – czyli określenie zalet i wad własnej sylwetki i nauczenie się, jak wyeksponować te pierwsze, a jak umiejętnie zamaskować drugie. Ile z nas odpowie bez zmrużenia okiem, jaki jest jej typ figury, w jakich kolorach, a tym bardziej odcieniach, jest jej do twarzy, a których powinna unikać? Z ręką na sercu? Być może najczęściej przywoływane w tym kontekście Francuzki w wieku 30 lat mają tyle szczęścia, że ich matki i babki przekazały im te zasady, podejrzewam, że u nas pod tym względem jest znacznie gorzej. Kobiety wychowane w szarościach PRL- u mogły mieć, owszem, fantazję i wrodzone poczucie smaku, ale nie mogły nic poradzić na niedobory w sklepach i brak odzieżowej tradycji w rodzinie. Wystarczy przejrzeć zawartość sklepów vintage w Stanach czy Zachodniej Europie, żeby  uświadomić sobie, o ile jesteśmy pod tym względem ubożsi – u nas większość rodzinnej spuścizny poszła niestety z dymem…. Znajomość siebie pozwala odróżnić rzeczy, które będą wyglądać dobrze na nas, od takich, które świetnie wyglądają na wieszaku, w internetowym sklepie albo na kimś, czyj styl się nam podoba, ale ta osoba ma zupełnie inny typ sylwetki niż my. Czasem z bólem serca trzeba, niestety, z czegoś zrezygnować. Choćby nie wiem jak podobały mi się legginsy, nigdy ich nie założę, bo wyglądam w nich koszmarnie. Sukienki retro muszę przełamywać czymś bardziej agresywnym, jak ramoneska, bo inaczej będę przypominać sierotkę Marysię z balu kostiumowego. Ktoś inny nie będzie miał podobnych ograniczeń. Mierząc rzecz za rzeczą w ramach selekcji i odchudzania szafy, a potem zastanawiając się nad każdym zakupem, łatwiej osiągnąć stan samopoznania. Wcześniej wydawało mi się, że we wszystkim, co mi się podoba, wyglądam dobrze (ha, ha).

e2f89d902071075d51b7ef414a24b1fb

Garance Dore, której przedstawiać nie trzeba – wie, jak wykorzystać swoje atuty, ale też bawi się modą

Druga mądrość nabyta jest taka, że od tej podstawy, czyli od ciała, wszystko się zaczyna, i na nic najdroższe nawet i najlepiej dopasowane odzienie, na nic tony odzienia, jeśli nie zadba się o prawidłową postawę, codzienną dawkę ruchu, i zapomni o takich wydawałoby się oczywistościach, jak dentysta, fryzjer, manikiurzystka, kosmetyki etc. Kolejność nieprzypadkowa:)

 Trzy – docenienie jakości i zwracanie na nią uwagi. Jeśli już raz zasmakuje się w rzeczach porządnie wykonanych, i zacznie odróżniać takie w masie chłamu, jaki zalewa teraz sklepy, nie ma obawy, że zacznie się znów wynosić z H&M czy C&A naręcza jednorazowych ciuchów. Nie omijam już tych sklepów z odrazą, zdarzyło mi się tam kilka razy zajrzeć, ale pododtykawszy i obejrzawszy z bliska kilka ubrań, za każdym razem dochodziłam do wniosku, że nie ma sensu w nie inwestować, a unoszący się w tych sklepach zapach plastiku i sztucznych tworzyw (swoją drogą – czy pojawił się ostatnio, odkąd jakość tam spadła, czy istniał już wcześniej, tylko ja go nie wyczuwałam?) dodatkowo mnie odstręcza. Takie podejście pozwala też na racjonalne zakupy, bo dobre rzemiosło jest po prostu trwałe i będzie nam służyć latami. To nie znaczy też, że trzeba od razu wydawać fortunę na marki dostępne na Net-A-Porter – są przeceny, okazje, warto zorientować się najpierw, jakie marki mają ofertę, która nam odpowiada, a potem śledzić ją w realu i internecie.  Nie wszystko, co z wyższej półki cenowej, jest od razu dobrej jakości. Nie ma też nic fajniejszego, niż świadomość, że jakieś rzeczy są ci wyjątkowo bliskie, są twoim znakiem rozpoznawczym, który będzie można nosić przez wiele lat, na dodatek nie spotykając w nich dziesięciu innych osób na ulicy.

tumblr_mjxa0iPdOK1ravnm7o1_500

Clemence Poesy – przykład twórczych interpretacji „stylu francuskiego”

Cztery – zrozumienie, ile warta jest tak zwana dobra baza, czyli rzeczy, na które nie można żałować pieniędzy, które można zestawiać ze sobą bez zgrzytu, z którymi każde, nawet najtańsze dodatki będą wyglądać dobrze, i dlatego są na wagę złota w dniach,  kiedy nie ma się lepszego pomysłu, co na siebie włożyć. Takie, jak wiemy, znaleźć jest najtrudniej (przykład białego podkoszulka), dlatego tym bardziej warto w nie inwestować. Dla każdego ta baza będzie składać się pewnie z innych elementów, w moim przypadku są to m.in. klasyczne trencze długości pod kolano, marynarskie bluzki z ołówkowym dekoltem, proste dżinsy, białe koszule, dżinsy albo ciemne spodnie typu rurki.

tumblr_mgn1lpXUkn1qa3sufo1_500

 Piąty – ostatni wniosek, i umiejętność, którą nabywa się zwykle najpóźniej – nauczenie się, że moda jest zabawą, i traktowanie jej w taki właśnie sposób, a nie serioznie i z namaszczeniem. Zdolność łączenia rzeczy drogich i dobrej jakości z tanimi, nowych z vintage, tworzenie niekonwencjonalnych zestawień, czasem wykorzystanie jakiegoś elementu garderoby w inny sposób niż się przyzwyczailiśmy, puszczanie oka do otoczenia. Czyli jakby powrót do punktu wyjścia, bo przed fascynacją minimalizmem przecież wydawało się mi, że właśnie tak robię, nieprawdaż? Tyle, że zupełnie instynktownie i po omacku, co skutkowało bolesnymi zderzeniami. Do wprawy chyba łatwiej dojść do tego po okresowej abstynencji, czy minimalistycznej ortodoksji. Czasem trzeba się trochę pospinać i ponadymać, żeby wreszcie puścić –  i znaleźć złoty środek. Moda ma sprawiać przyjemność! Dopiero wtedy można mówić o znalezieniu własnego stylu, czy będzie on należeć do nurtu francuskiego, czy jakkolwiek go zechcemy nazwać – a nie kopiowanie „żelaznych zestawów“ wymyślonych przez różnych guru w rodzaju Ines de Fressange, choć często mają sporo racji. Amen!

A niebawem o „stylistycznych” wzorcach. Zdjęcia Garance Dore i Clemence Poesy pojawiły się nieprzypadkowo:)

Otagowane , , , , , , , ,

Francuska miłość

„A Parisian Story” – reklamuje się w newsletterze amerykańska sieć J.Crew. Wysyłkowy sklep Net-a-Porter, którego stronę dla własnego dobra powinnam zablokować na czas zbliżających się letnich wyprzedaży, w cotygodniowym magazynie wyjaśnia niuanse francuskiego stylu „przy pomocy kobiet, które znają się na nim najlepiej” – jak Cecilia Bonstrom, projektantka marki Zadig&Voltaire, aktorka i piosenkarka Josephine de la Baume, stylistka Melanie Huynh oraz Isabel Marant. Nawet witryny sieciówek – H&M, Zary czy C&A – promują białe dżinsy-rurki, marynarskie bluzki, granatowe żakiety i trencze w różnych kolorach. A w księgarniach takie pozycje jak „My French Life” Vicky Archer, w polskim tłumaczeniu czy świeżo wydany przez WAB „Paryż na widelcu” Stephena Clarke.

Francuski styl znów króluje. A jednak na polskiej ulicy zbytnio go nie widać. Choć częściej niż zwykle mignie mi gdzieś od czasu do czasu dziewczyna w białej bluzce i granatowych cygaretkach. Albo paski, paski…. biało-granatowe i granatowo-białe, la mariniere, którym należy się osobny wpis i które doczekały się już poświęconego im mikroblogu  (uwaga, uzależnia!). Ale może to efekt zainteresowania tematem, a natężenie pasków w przyrodzie jest stałe. Kiedyś nie zwróciłabym uwagi.

Jedna z ikon „francuskiego stylu”, reżyserka Sophia Coppola, źródło: Adieu-Tristesse

Nie sądzę jednak, by mimo ofensywy reklamowej Polska miała niedługo zmienić się w mały Paryż (oczywiście Paryż idealny, bo w rzeczywistości na paryskich ulicach pod względem stylu bywa różnie). Podstawowym powodem, dla którego – moim zdaniem – ten ponadczasowy trend w naszym kraju się szybko nie przyjmie, jest obciążenie przeszłością. Dla nas  jest on zbyt grzeczny, zbyt zwyczajny, zbyt mało k r e a t y w n y (choć zarazem w miesiącach zimnych polska ulica, podobnie jak francuska, rozkwita głównie czernią i szarością – o, paradoksie!) A my nie chcemy być nudni i grzeczni, jesteśmy wszak narodem z ułańską fantazją. Uraz granatowego mundurka tkwi w nas mocno, nawet jeśli pod tym pojęciem mamy na myśli chałat z poliestru. Stąd popularność skandynawskich blogów z modą uliczną, z których najczęściej czerpiemy wzorce.

Rzecz jednak w tym, że zachwalany przez projektantów francuski styl, choć prosty, wcale nudny nie jest. Jedna z zasad, jakiej hołdują jego wyznawcy, głosi przecież, że styl jest czymś, co się ma. Każde ubrania, nawet najbardziej podstawowe, można nasycić swoją indywidualnością, zgrać po swojemu. Stąd tak duża rola dodatków we francuskiej garderobie.

Klasyka we współczesnym wydaniu, źródło: Gens Du Monde

Jakie są więc przykazania mitycznego stylu określanego jako francuski albo paryski?

Przykazanie nr 1: Miej mało rzeczy, ale doskonałej jakości i takich, które leżą na tobie jak ulał. Na tobie, nie na koleżance, modelce z katalogu czy dziewczynie sfotografowanej przez Scotta Schumana albo Vanessę Jackman. Dzięki temu, zestawiając je ze sobą i żonglując dodatkami, będziesz dobrze ubrana. Zawsze. Lista „niezbędników” może być krótka lub długa, w zależności od upodobań i zasobności kieszeni. W wersji podstawowej, lansowanej choćby przez Ines de Fressange w „Parisian Chic” (więcej do oglądania niż czytania, o książce i jej autorce będzie jeszcze mowa) jest na niej klasyczny trencz, w którym kobieta zawsze wygląda szykownie, nawet  skrywając pod spodem piżamę, skórzana kurtka, kaszmirowy sweter, mała czarna, biała koszulowa bluzka. Dżinsy. Pięć, najwyżej sześć par butów: oficerki na zimę, sandały, mokasyny, baleriny, pantofle na obcasie i trampki, najlepiej Converse, które – zdaniem Ines – „są dla Paryżan niczym religia”. Torby: duża na ramię, mała kopertówka na większe wyjścia, sportowa, mniejsza elegancka torebka, też na ramię, i rattanowa lub płócienna na lato. Przy dozie wyobraźni można to łączyć ze sobą na wiele sposobów – idea bliska eksperymentatorkom spod znaku „six items or less”.

Klasyka w wydaniu Ines de la Fressange, która lubi granatowe kaszmirowe swetry i białe dżinsy rurki, w roli modelki jej córka.

Przykazanie nr 2: Podstawa szafy w stylu francuskim to klasyczne kroje i takież kolory. A więc: granat, faktycznie hołubiony przez Francuzki, często w parze z czarnym, a la YSL (my jakoś mamy z granatem kłopot, może przez te nieszczęsne mundurki właśnie? ale kto je pamięta z autopsji?)  nieśmiertelna czerń solo, biały. Szarość. Czerwień we wszystkich odcieniach. Lecz uwaga: kolory też trzeba dobierać do typu własnej urody, o czym dobitnie przekonała się Jennifer Scott, autorka książki „Lessons from Madame Chic”, brunetka o ciemnej cerze, gdy tytułowa Madame,u której mieszkała podczas pobytu w Paryżu, ujrzawszy ją w swetrze koloru zgniłej zieleni, powiedziała zdecydowanie: „Zdejmij to. Jesteś w nim taka zmyta (w oryginale „washed out”, nie mam sensowniejszego pomysłu na polski odpowiednik, może ktoś podpowie?). Nic dodać, nic ująć.

Źródło: Lapin De Lune

Przykazanie nr 3: szaleństwo w dodatkach. I spory na nie budżet. Podobno Francuzki i Francuzi są mistrzami w wiązaniu szalów, apaszek i wszystkiego, co można zamotać wokół szyi. Dla mniej wprawnych w tej sztuce przydatny będzie internetowy poradnik. Trochę tricków prezentuje też Susan Sommers w klasyku gatunku „French Chic” – rady zawarte w tej książce, wydanej w 1988 roku, się nie przestarzały, w przeciwieństwie do niektórych fotografii:

Choć stylizacja poniżej już ponadczasowa:

Przykazanie nr 4: zawsze zadbana. Fryzjer, makijaż, manicure, pedicure, masaże – na to nie należy żałować czasu i środków, bo na zadbanym ciele nawet nie pierwszej jakości ciuch wygląda dobrze. Sport w wydaniu francuskim to nie hektolitry potu wyciskane na siłowni albo podczas porannych joggingów, tylko zdrowy ruch na codzień – spacery, chodzenie piechotą wszędzie, gdzie się da. Unikanie windy, zresztą w wielu paryskich kamienicach nie ma alternatywy dla schodów. I rozciąganie, czyli joga. Rower.

Przykazanie nr 5: eksperymenty. Zwłaszcza w wersji męskie-żeńskie. Szlaki przetarła Coco Chanel, dziś świetnie to wychodzi Garance Dore. Tylko z przymrużeniem oka, by nie przesadzić i nie przebrać się za poważnego pana w średnim wieku. Więc jeśli kapelusz typu fedora, to noszony na bakier, do sukienki w kwiaty. Kontrasty – te podstawowe, jak w łopatologicznym nieco wykładzie Ines de Fressange: szyfonowa sukienka plus motocyklowe buty, dżinsy z ozdobnymi sandałami, mokasyny do szortów, a nie plisowanej spódnicy. I mniej oczywiste, zależne wyłącznie od naszej fantazji. Patrz przykazanie nr 2: indywidualizm. Strzeż się ubrań jak z żurnala, i w ogóle zestawów: kostium w postaci marynarki i spódnicy z tego samego materiału, buty dobrane do spódnicy. Nonszalancja: Francuzka nigdy nie wygląda, jakby starała się zbyt mocno, ale raczej tak, jakby przed chwilą wstała z łóżka i od niechcenia wyszła na ulicę. A że wszystko dobrze na niej wygląda, cóż – ona tak ma.

Źródło: Lapin de Lune

Jakość nie znaczy marka z krzykliwym logo, w ogóle Boże broń przed logo, chyba że żartem, w ramach eksperymentów. Cenione przez koneserów marki, jak A.P.C., Vanessa Bruno, Toast, Margaret Howell (nie wszystkie francuskie) to te, które rozpoznaje się po detalach znaczących tylko dla wtajemniczonych.

Paryski szyk nie jest jednorodny, dzieli się na podgatunki. Susan Sommers zaklasyfikowała jego przedstawicielki do sześciu grup, które – po pewnym odświeżeniu – wciąż można uznać za aktualne. Continental Preppie wygląda, jakby inspirował ją głównie Ralph Lauren.W jej stroju można zawsze znaleźć kilka amerykańskich elementów jak koszulki polo czy dżinsowe koszule. Jest konserwatywna, ale bardziej odważna od swoich odpowiedniczek ze Stanów w zestawianiu ze sobą pozornie niepasujących elementów garderoby . Lubi kowbojskie buty, baleriny, mokasyny. Skórzane szkolne lub myśliwskie torby na ramię, nabierające patyny w miarę noszenia. Jet-Set Sophisticate to reprezentantka szykownego stylu francuskich wyższych klas średnich, którą wyobrażamy sobie zwykle w idealnie dopasowanym żakiecie od Chanel, wysokich obcasach, z kaszmirowym szalem wokół szyi. Ma paryskie korzenie, ale ten sam typ występuje w innych dużych europejskich miastach. Neo-Classic jest najbliżej tego, co zwykle intuicyjnie określamy stylem paryskim. Słowem-klucz jest tutaj „niewiele”. Mała czarna, drobne kobiece sweterki, mini spódniczki, dopasowane żakiety, dżinsy-rurki. Gra akcesoriami: czasem  wzorem Coco przypnie do żakietu broszkę w kształcie kamelii lub innego kwiatu, zadźwięczy szerokimi bransoletami noszonymi po kilka na jednej ręce, do T-shirtu z logo ulubionego zespołu dobierze obfity sznur pereł. Femme Fatale jest sugestywna i zostawia niewiele grze wyobraźni. Nosi ubrania przylegające do ciała jak druga skóra, często skórzane właśnie, lubi zwierzęce cętki, złoto, rajstopy kabaretki, duże ciemne okulary i mocne, wyraziste perfumy, jak Opium YSL czy Poison Diora. Trendy reprezentuje typową modę uliczną, bawi się najnowszymi tendencjami, a często sama inspiruje projektantów. Nie boi się przesady, lubi ryzykować. Charakterystyczny gadżet: okulary przeciwsłoneczne i duże, przyciągające wzrok zegarki. Kolory: wszystkie, ale mimo przejściowych fascynacji zawsze jest wierna czerni i bieli. Typ ostatni, Aristocrat, to Catherine Deneuve ze starych filmów: wieczorem ekstrawagancka i przyciągająca wzrok jak przystało na wielką damę, w ciągu dnia poprawna, trzymająca się sprawdzonych uniformów w rodzaju kaszmirowy sweter plus tweedowa spódnica pod kolano. Czasem – co nie powinno nikogo dziwić – zamawia ubrania na miarę.

A to pełna lista przykazań Ines de la Fressange:

Trochę pokrywa się to z wyznacznikami „minimalistycznej garderoby”, prawda? O modzie na francuszczyznę ciąg dalszy niebawem, bo nie chodzi w niej tylko o styl ubierania się.

Otagowane , , , , , , , , , ,