Tag Archives: jakość

Test potrzeb

Kiedy człowiek staje się prawdziwym minimalistą? – to pytanie pojawia się bardzo często na blogach i forach internetowych. Nie wiem, co znaczy „prawdziwym”, wolę stronić od takich klasyfikacji. Podobnie jak od samej etykietki „minimalisty”, bo to tylko jedna z podpórek, protez, wokół których łatwo sobie zbudować iluzoryczną tożsamość.

Z początku postawa minimalizmu/esencjalizmu zazwyczaj przemawia do nas ideologicznie albo uwodzi pod względem estetycznym. Czasem służy nam jako nowa metoda uporania się z bałaganem, oczyszczenia przestrzeni dookoła, takie przydatne narzędzie. Ale o zmianie, ewolucji – to chyba będzie najlepsze słowo – można mówić wtedy, gdy nagle ktoś odkrywa z zaskoczeniem, że zamiast więcej – jak dotąd – potrzebuje mniej. Zamiast nadmiaru obowiązków, zajęć i zadań – tylko te, w których rzeczywiście widzi sens, którym może poświęcić się w pełni, skupić na nich, by zrealizować jak najlepiej. Zamiast nowych ubrań i gadżetów – woli cieszyć się tymi, które już ma w szafie (nieistotne, czy jest ich 20, czy 200), które lubi się nosić, w których czuje się dobrze. Zamiast wielu przypadkowych interakcji, po których często nie zostaje nawet ślad, woli pobyć się we własnym towarzystwie albo z nielicznymi, za to sprawdzonymi ludźmi, których z różnych powodów się ceni. Zamiast zaliczania i odhaczania – zaczyna przyglądać się temu, co jest dookoła i raz za razem odkrywać jakieś źródło zachwytów. Kiedy męczy go nieustanny potok informacji, przymus bycia na bieżąco, komentowania, wypowiadania się na temat kolejnych nowości.

Niby oczywiste, a jednak spróbujcie przyznać się w towarzystwie, że wcale nie chcecie zarabiać coraz więcej, ale mieć więcej wolnego czasu. Zamiast awansować, robić karierę, zabiegać o zyskanie rozpoznawalności – wolicie zaszyć się gdzieś, żeby popracować w spokoju nad tym, co sprawia wam przyjemność, albo zrobić coś dla samej dziecięcej radości z zabawy. W najlepszym razie czeka was zażenowana cisza albo pouczenie (szczególnie w kontekście wzmianki o pracy), że wszyscy dookoła harują w pocie czoła, by związać koniec z końcem, więc za kogo ty się uważasz, człowieku? Za pięknoducha? Gdzie twoje ambicje?

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

Znikający punkt

Znacie to na pewno: wizyta w sklepie, z zamkniętymi nieomal oczami sięgacie na półkę, tę, co zawsze, po swój ulubiony produkt. Taki, który sprawdzał się od lat, dobrze współgrał z waszą skórą albo  wydawał się skrojony na miarę sylwetki. Pudło. Sprzedawca, indagowany na tę okoliczność, odpowiada, że towar został wycofany. Zniknął. Nie wiadomo, czy i kiedy pojawi się zamiennik. Pół biedy, jeśli rzeczywiście się pojawia, nawet jeśli zazwyczaj różni się czymś na niekorzyść względem oryginału. Gorzej, gdy znika nieodwołalnie i trzeba zadowolić się czymś gorszym, albo podjąć poszukiwania godnego zastępcy. Często kończą się fiaskiem.

Przykład: wosk do włosów firmy Body Shop, wydajny i świetnie ujarzmiający nawet najbardziej niesforne włosy. Ze sklepów w Polsce zniknął kilka lat temu, ale na szczęście można było kupować go w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Teraz, od roku, i tam go nie uświadczysz. Zniknął z Ebayu i innych portali, gdzie udawało się go upolować.

Może to znikanie towarów przynależy do tego samego kosmosu, co coraz krótszy cykl życia sprzętów AGD i RTV? Temu drugiemu zjawisku przyglądał się już Parlament Europejski po tym, jak ludzie zaczęli narzekać, że sprzęty psują się coraz szybciej i podejrzewali producentów o celowe „postarzanie”. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, nie napiszę więc, że chodzi o celowe działanie czy wręcz zmowę firm, by ciągle zarabiać na sprzedaży nowych pralek czy lodówek. Krótszy żywot sprzętów to zapewne skutek oszczędnościowych przenosin produkcji do Chin, gdzie trudniej zapanować nad jakością.

Nieodwołalne znikanie towarów – rzecz niby banalna, a jednak irytująca i uciążliwa, w dodatku coraz powszechniejsza. Jeszcze w książkach pisanych w dwudziestoleciu międzywojennym (nie mówiąc o wcześniejszych, jak „Lalka” Prusa) często między wierszami można natknąć się na  wzmianki o firmach, do których szło się po określone produkty. Zawsze te same, o których jakości przekonywały się kolejne pokolenia. Działało to na podobnej zasadzie, na jakiej dziś funkcjonują nieliczne firmy rzemieślnicze. Oczywiście w tamtych czasach ubrań nie wytwarzano przemysłowo w Chinach, nie było zjawiska szybkiej mody i trwających prawie okrągły rok wyprzedaży, ale mowa również o towarach z innych branż. Teraz jedyną radą, jaką chciałoby się dać komuś, kto trafił na krem odpowiadający mu w stu procentach albo idealnie leżące dżinsy, jest zakupienie kilku sztuk na zapas. Czemu, ach czemu nadal nie może być tak, że jeśli znalazło się idealnie skrojony płaszcz albo buty, które leżą jak ulał, co kilka sezonów, można w ciemno wrócić w miejsce je sprzedające lub wytwarzające i tylko zamówić odpowiedni rozmiar? Nie przekonuje mnie do końca odpowiedź, że większość ludzi pragnie nowości i że jeśli firma chce zarabiać, nie może mieć tak ograniczonego asortymentu. Weźmy owo koszmarnie dziś drogie A.P.C. – gdzie poza kilkoma nowościami na sezon powtarzają się niezmiennie te same modele koszul, sukienek i dżinsów, różniące się co najwyżej kolorami, i wiadomo, że jeśli chce się kupić określony model butów, co roku można uderzać tam w ciemno. Czyli jednak da się. W Polsce moda na minimalizm sprawiła co prawda, że na rynek weszło trochę młodych firm, które podbiły serca konsumentów jednym, flagowym rodzajem produktu i stopniowo rozszerzają tę bazę w takim stylu (przykładem, który od razu przychodzi mi na myśl, jest warszawsko-telavivska marka Balagan ze swoimi genialnymi „trumniakami”, które zdaje się mają tyle samo miłośniczek, co zagorzałych przeciwniczek, lecz produkowane są niezmiennie od kilku już lat). Takie przedsięwzięcia wciąż jednak stanowią wyjątek, nie regułę. Balaganowi na szczęście się udaje, co do innych – nie wiadomo, jak długo na rynku pozostaną. Dla ofiar takich praktyk pozostaje szycie na wymiar, zamawianie butów u jednego z nielicznych szewców świadczących takie usługi (dopóki nie znikną)  i samodzielne nauczenie się  kręcenia mazideł. Ale są takie sfery życia, w których poradzić sobie trudniej. Nie mniej okropnym zjawiskiem jest choćby „odświeżanie formuły”, w branży perfumeryjnej polegające na tym, że sprawdzone zapachy zmienia się nieznacznie (wtajemniczeni twierdzą, że pod kątem masowych gustów, być może to prawda) i wprowadza na półki z fanfarami w postaci nowej kampanii reklamowej. Przyczyniło się (między innymi) do tego, że od dawna nie zaglądam już do sieciowych perfumerii, wierna kilku niszowym zapachom wytwarzanym od wielu lat przez tę samą firmę, istniejącą od lat 60. Bo ja nie chcę odświeżenia, nowej, ulepszonej formuły, co najwyżej mogę zaakceptować inne opakowanie, choć do nich też się przywiązuję. Taka ze mnie nudna i przewidywalna konsumentka.

Czy Wam też przyszło opłakiwać sprawdzone, ulubione produkty? Jakie macie z tym doświadczenia i jak sobie radzicie?

Otagowane , , , , , , ,

Test czasu

To było w ostatnie święta. Wigilijne przejedzenie, a może zatrucie – dość, że spędziłam dwa dni w łóżku, żywiąc się kleikiem i herbatką z mięty. Co ciekawe, uczucie przesytu nie ograniczyło się tylko do ciężkiego żołądka. Nie miałam ochoty zaglądać do Internetu, śledzić gonitwę cudzych myśli na portalach społecznościowych, zapoznawać się z tym, co nowego wydarzyło się na świecie. Sama myśl o ponownym wejściu w ten świat wywoływała nieprzyjemne fizyczne sensacje. Organizm mówił: „trzymaj się z dala”.

Post, ten spożywczy i ten wirtualny, trwał parę dni. Wyszłam z niego nie tylko lżejsza, ale spokojniejsza, z łatwością dłuższego skupienia na jednym zadaniu. Został też nowy nawyk, który gorąco polecam wszystkim, zadającym sobie pytanie: „jak poradzić sobie z rozproszeniem?” Otóż po przebudzeniu unikam kontaktu z siecią jak długo się da, jem spokojnie śniadanie, przygotowuję się do danego dnia, zamiast przeglądać wiadomości czytam książkę. Zaglądam do poczty i na portale społecznościowe dopiero po wykonaniu pierwszej najważniejszej w danym dniu rzeczy i kontroluję spędzany na przeglądaniu stron czas. Po paru dniach wchodzi w krew i człowiek nie ma najmniejszej ochoty napychać się od poranka śmieciami.

Tamto uczucie było bardzo intensywne: jakby na własne życzenie wchodzić w jakąś oklejającą, nieprzyjemną maź, którą jak najszybciej chciałoby się z siebie strząsnąć. Teraz nie jest już tak dotkliwe, podczytuję, sprawdzam, oglądam, ale kiedy ciągnie mnie do zanurzenia się w odmęty sieci na długie godziny, lubię je sobie przypominać.

Wracając do listy lektur w poprzednim poście: dlaczego tak ważne są dla mnie powroty do „listy klasyków” i zapoznawanie się z książkami wydanymi nawet pół wieku wcześniej, jeszcze nieczytanymi? Bo wtedy trudniej nabrać się na rzekomą świetność aktualnych publikacji, wbrew marketingowemu kołowrotkowi, który wmawia, że każda nowo wydana powieść jest sensacją i najważniejszym osiągnięciem od czasów… (tu wstawić dowolne uznane nazwisko). Odzyskuje się stępioną wrażliwość na słowo, umiejętność rozróżniania tego, co oryginalne od efekciarstwa i naśladownictwa i przekonuje o prawdziwości powiedzenia, że o jakości literatury decyduje czas. O większości współczesnych, reklamowanych jako genialne, już za dwadzieścia lat nikt nie będzie pamiętał (o ile ludzkość zachowa umiejętność czytania, na co wciąż mam nadzieję). Spędzić parę godzin czytając Leśmiana albo Eliota  – czy można sobie wyobrazić większy snobizm i luksus we współczesnym zagonionym świecie?

Otagowane , , , , , , ,