Tag Archives: kinfolk magazine

Minimalista w kiosku

Od dawna zastanawiałam się, czy w Polsce, w miarę wzrostu zainteresowania ideologią minimalizmu i tak zwanego dobrego życia jest miejsce na odpowiednik Kinfolk Magazine, wydawanego w amerykańskim Portland. Jego twórcy piszą o sobie: „jesteśmy coraz liczniejszą grupą artystów, zainteresowanych drobnymi społecznościami. Uważamy, że wspólne biesiadowanie z przyjaciółmi dodaje energii i wzmacnia więzi. Każdy element Kinfolk – fotografia, teksty, poczucie estetyki – jest zgodne z tym, jak naszym zdaniem powinna wyglądać rozrywka: prosto, bez niepotrzebnych komplikacji, naturalnie. Kinfolk to magazyn, który łączy nasze zainteresowania sztuką i projektowaniem ze sposobem, w jaki lubimy spędzać czas z przyjaciółmi i rodziną”.

kinfolkOd strony estetycznej magazynowi blisko do wabi-sabi, który, niestety, trudno zdefiniować. Zasadniczo chodzi o naturalność bliską takiej, jaką oferuje przyroda, traktowanie niedoskonałości materii jako zalety, a nie czegoś, co trzeba koniecznie wypolerować lub zakryć. Takie kryteria spełnia na przykład podłoga z nieoheblowanych desek, zwykły szary papier pakunkowy, czy ubrania, które w wyniku używania zmieniają swój kolor i fakturę.

tumblr_m676kmArJE1rvwimmo1_500

Strona graficzna Kinfolk Magazyne jest mimo to niezwykle dopracowana – aż się chce patrzeć, i patrzeć, i patrzeć, bo oglądanie zamieszczonych tam zdjęć po prostu sprawia przyjemność. Część z nich można podejrzeć na profilu Kinfolk na Pinterest albo mikroblogu Tumblr. Treści, zarówno przedstawione na fotografiach, jak i w artykułach – związane z życiem w małych społecznościach, z naciskiem na takie, które mają kontakt z przyrodą. Dużo o jedzeniu, wspólnym spędzaniu czasu, drobnym rzemiośle i pracach domowych.

tumblr_mbrnd562Pq1qabu3po1_500

Czekałam więc (nawet przyznam się, myślałam, czy nie zaryzykować i nie spróbować przygotować próbnego odpowiednika takiego magazynu, oczywiście dostosowanego do polskiego rynku i zainteresowań tutejszego czytelnika) – marzenie w dużej mierze spowodowane opisywanym tutaj już kryzysem w mediach drukowanych, który powoduje, że w zostało mi naprawdę niewiele tytułów, na które czekam niecierpliwie i co tydzień czytam od deski do deski.

No i okazało się, że inni również dostrzegli niszę na rynku. Najpierw pojawił się magazyn Slow (który potraktuję osobnym wpisem, bo dotąd jedynie przeglądałam go w kioskach, muszę zakupić numer i dokładnie przestudiować, by się przekonać, czy odczucia oparte na pobieżnym zapoznaniu się są trafne), a niedawno magazyn Smak i Zwykłe Życie.

smak

Po oba tytuły sięgnęłam dopiero niedawno. Do pierwszego przymierzałam się odkąd o nim usłyszałam, ale z pewną ostrożnością. Może dlatego, że znając pośrednio zespół redakcyjny, zastanawiałam się, czy nie będzie to propozycja adresowana wyłącznie do kręgu ich przyjaciół i znajomych, czyli młodej, artystycznej „warszawki”. Po drugie, wydawało mi się, że to magazyn głównie dla gotujących, a ja się do tej grupy nie zaliczam, choć bardzo lubię jeść. Zwłaszcza, gdy ktoś dla mnie gotuje:)

Wreszcie kupiłam i – od pierwszych chwil, gdy przeglądałam „Smak” na przystanku – ogromne zaskoczenie na plus. Edytorsko dopracowany w najmniejszych szczegółach, również piękne zdjęcia, nieprzypadkowy dobór tematów i rozmówców (gwiazdą numeru jest Edward Dwurnik!), kilka fajnych pomysłów na stałe rubryki, teksty – przemyślane i baaaardzo ciekawe. Nawet dla kogoś, kto jak niżej podpisana nie gotuje i nie je mięsa (w pierwszym numerze – ‚Smak” ma być kwartalnikiem) m.in. obszerny materiał o przyrządzaniu trznadli w armaniaku(!) Żadnej kryptoreklamowej papki, materiałów ogranych wcześniej w wydawanych na błyszczącym papierze kuchennych magazynach, których teraz pełno w kioskach. Tak dawniej pisało się teksty – najpierw starając się wymyśleć tematy, których na pewno nie będzie mieć konkurencja, zamiast powielać to, o czym piszą wszyscy (bo dobrze klika się w Internecie!)  a potem zbierając materiały – nie tylko na telefon – i ostatecznie szlifując w bólach tekst. Odbiorcę docelowego określiłabym jako intelektualistę, który lubi poczytać o kuchni tak samo jak o dobrych książkach i interesuje go nie tylko to, co na stole, ale też wokół stołu. Widać, że twórcy magazynu, którzy zdecydowanie mają ambicje nie warszawocentryczne, ale międzynarodowe (znajdziemy tu recenzje nowych lokali nie tylko z Krakowa czy Warszawy, ale i z Brukseli czy Paryża)  wiedzą, o czym piszą i naprawdę się tym interesują. Widać też włożoną w pierwszy numer ciężką pracę. Oby tak dalej! Jestem też pewna, że  znają Kinfolk Magazine i w pewnym sensie się nim inspirowali. Udało się im jednak nie stworzyć kopii, tylko coś oryginalnego.

Drugi magazyn trafił do mnie wczoraj:

zwykłe-życie

Nazywa się Zwykłe Życie i utrzymany jest w podobnym stylu, tylko zamiast jedzenia wiodącą tematyką mają być różne aspekty codziennego życia, o których zapominamy albo na które nie zwracamy uwagi w codziennym, wielkomiejskim pędzie. Na przykład ginące już zakłady takich specjalności, jak kaletnik, kuśnierz czy szklarz. W pierwszym numerze znajdujemy m.in. materiał o pracowni rękawiczek rodziny Kowalskich, pęcińskiej hurtowni porcelany, ogrodach działkowych w wielkich miastach czy rozmowę z twórcą firmy Mamsam, produkującej m.in.  kubki barowe a la PRL. (Już w trakcie lektury myślałam, o czym chciałabym przeczytać w kolejnych numerach). Jednak, w przeciwieństwie do Magazynu Smak, „Zwykłe Życie” sprawia wrażenie jeszcze nie do końca przemyślanego projektu. Myślę, że autorom potrzeba jeszcze trochę czasu, żeby dopracować koncepcję, zdecydować, jak magazyn powinien prezentować się w szczegółach. Dobór tematyki – bardzo interesujący, ale teksty trochę nierówne, tak zwany layout też nie zachwycił mnie jak w przypadku Smaku.

Mam nadzieję, że oba magazyny znajdą swoich odbiorców i utrzymają się na rynku. Że przyszedł już czas zapotrzebowania na tego typu autorskie, dopracowane propozycje także na rynku prasowym.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , ,