Tag Archives: kondycja mediów

Gdzie jest ściana

Na przekór upałom: ciężki temat. I też związany z potrzebą jakości. Zastanawiając się od dłuższego czasu nad losem polskich mediów, czyli gałęzi, na której mimo wszystko ciągle siedzę, z każdym miesiącem myślę: gdzie jest ściana?

W dużym uproszczeniu, sytuacja polskiej prasy nie różni się zbytnio od zjawisk opisywanych przez Lucy Siegle, a dotyczących przemysłu odzieżowego. Mechanizm jest ten sam, tyle że w tej branży zamiast „fast fashion“ jakiś czas temu pojawiły się media elektroniczne, które taniej i szybciej dostarczają tak zwanych newsów. Prasa tradycyjna, widząc, że jej sprzedaż spada, ruszyła więc do wyścigu z siecią. Bez większych szans, bo medium, które ukazuje się nazajutrz, z naturalnych względów nie ma szans w starciu z takim, które publikuje informacje natychmiast. A jednak wydawcy  stali się zakładnikami „klikalności“. Im bardziej chwytliwy i sensacyjny tytuł, im popularniejszy temat – tym więcej osób kliknie w linka i otworzy artykuł (czy przeczyta do końca, to już kwestia wtórna). Tym samym zatarła się granica między tabloidem a prasą poważną. Tymczasem czytelnik to zwierzę rozumne i od tabloidu oczekuje treści błahych, a prasa poważna, z reguły droższa, ma pisać poważnie. Jeśli zmienia się w tabloid, to on tego nie kupuje. Kwestii etyki zawodowej i misji mediów świadomie nie tykam. Za czasów Mariana Eile i jemu podobnych wychodzono z założenia, że prasa ma edukować czytelnika, a nie równać w dół. Teraz jest najwyraźniej odwrotnie, lecz nawet najgłupszy użytkownik sieci męczy się w końcu przeglądaniem Pudelka i liczy na to, że jacyś mądrzy panowie objaśnią mu świat. Jeśli oni mówią do niego pudelkowym językiem, znaczy, że wcale nie mądrzy i nie ma co sobie nimi głowy zawracać.

Źródło: Adieu-Tristesse

Do tego dochodzą jeszcze dwa czynniki. Pierwszy – skoro sprzedaż i przychody spadają, trzeba ciąć koszty. Najłatwiej zrobić to, zwalniając albo obniżając pensje dziennikarzy, redaktorów, fotografów – czyli tych, którzy dostarczają – jak to się dziś pięknie mówi – treści, albo jeszcze lepiej „kontentu“.  I bez których istnienie prasy w ogóle nie ma sensu (podobno, bo ostatnio Facebook obiegł „list do wydawców“, w którym z przymrużeniem oka sugerowano, że jak dalej pójdzie, będą zamawiać teksty w Chinach i tłumaczyć je przy pomocy Google Translator). Słabiej wynagradzani pracują dłużej, przejmując obowiązki zwalnianych kolegów, w pocie czoła tworząc po kilka tekstów dziennie albo po kilkadziesiąt zdjęć, które nie mogą być dobrej jakości, bo jest to fizycznie niemożliwe – z własnego doświadczenia dopowiem, że dwa średniej wielkości informacyjne teksty dziennie to maksimum, jeśli chce się dochować reguł sztuki (rozeznać temat, odpytać przynajmniej dwie strony i jeszcze składnie napisać). W przypadku większej ilości zwyczajnie brak na to czasu. O braku motywacji nie wspomnę. Czytelnicy wbrew pozorom to widzą i po jakimś czasie rezygnują z czytania, bo szkoda im płacić za byle co. Koło się zamyka. Nie chce się też szukać oryginalnych tematów, śledzić trendów, pisać o czymś po raz pierwszy – skoro redaktorzy uważają, że Polak najbardziej lubi te piosenki, które już zna. Czyli  kilka najpopularniejszych tematów – na okrągło, do znudzenia, w coraz bardziej sensacyjnej odsłonie. A Internet, czyli młodzi czytelnicy, którzy nie kierują się już przyzwyczajeniem codziennej wyprawy po gazetę do kiosku – żyje milionem innych spraw. Siegnęliby po prasę, gdyby te sprawy wychwytywała i opisywała. Nie sięga = może dla nich nie istnieć. O takich młodych czytelnikach był ciekawy tekst kilka miesięcy temu w „Tygodniku Powszechnym“.

Źródło: Lapin de Lune

Drugi czynnik – uzależnienie od reklamodawców. Dotychczas za kontakty z nimi odpowiadały działy marketingu, ale im bardziej przychody ze sprzedaży topnieją, tym silniejsza presja na pozyskanie przychodów z reklam za wszelką cenę. Poważna, tak zwana niezależna prasa niepostrzeżenie zaczyna się więc upodabniać do pism reklamowych – gdzie w rzekomo obiektywnych tekstach reklamodawcy pojawiają się w najkorzystniejszym świetle, a newsy to zwykłe „wrzutki“, które mają za zadanie załatwić czyjeś sprawy za medialnym pośrednictwem. Tyle, że pisma reklamowe niczego nie udają, a czytelnik – jeszcze raz powtórzę – nie w ciemię bity i nie lubi, gdy wciska mu się kit. Stażyści, choćby chcieli, kitu nie odróżnią. Nie mają zresztą kiedy zajmować się analizowaniem tego, co trafia na ich biurka, bo ścigają się, który pierwszy wrzuci do sieci newsa.

Czy rzeczywiście „tradycyjne media“ – nie tylko w znaczeniu papierowego nośnika, ale  sposobów wykonywania rzemiosła – rzeczywiście są skazane na zagładę? Czy tylko tak wmawiają nam przeróżni eksperci, którzy w degradacji mediów mają własny interes? Podobnie, jak daliśmy sobie wmówić, że wielkie hipermarkety, w których na miejscu wypiekane są bułki o konsystencji waty, to postęp i Ameryka, a piekarnia za rogiem – zacofanie. I dopiero teraz zaczynamy rozumieć, że wystrychnięto nas na dudka.

Bernard Poulet, autor traktującej o tej materii książki „Śmierć gazet, przyszłość informacji“ (którą bardzo polecam) jest pesymistą. Ja jednak mimo wszystko wciąż wierzę, że po zderzeniu ze ścianą część wydawców otrzeźwieje. Zwłaszcza, gdy ci autorzy, którzy jeszcze nie znaleźli sobie innego zajęcia i teraz w pocie czoła wyrabiają dniówkę za stawki coraz bliższe tym, które odzieżowe sieciówki płacą szwaczkom w Indiach czy Chinach, zrozumieją, że to nie ma sensu i też odejdą (bo w przeciwieństwie do szwaczek mają jednak więcej możliwości) zostawiając wydawców w pustym newsroomie. A ci dojdą wreszcie do wniosku, że pogoń za newsem w dobie Internetu nie ma sensu. Zaczną stawiać na nisze tematyczne, większe analityczne teksty, reportaże, eseje. Za które będzie oczywiście godziwie płacić, jak za każdą dobrą robotę. A czytelnicy będą płacić za możliwość przeczytania tych materiałów, przekonani, że inwestują w wiedzę.

Źródło: Adieu-Tristesse

Paradoksalnie, właśnie Internet pokazuje, że nie zawsze warto płynąć z prądem. Owszem, sporo w nim chłamu, z drugiej jednak strony, jeśli ma się oryginalne pomysły, coś do powiedzenia i umie to ubrać w atrakcyjną dla czytelnika formę, nietrudno znaleźć odbiorców. Przypadki Garance Dore, Harel czy Styledigger, ostatnio wcielającej w życie zasady świadomej konsumpcji; nie mówiąc o polskich minimalistach – których istnienie odnotowały dziś „Wysokie Obcasy“ – pokazują, że jeśli się chce, można.

I tym optymistycznym mimo wszystko przesłaniem kończę ciężki, przedburzowy wręcz wpis.

Reklamy
Otagowane , , , ,