Tag Archives: książka

Nowa chłopczyca, nowoczesna dama

O książce „The New Garconne. How to be a Modern Gentlewoman” przeczytałam kilka miesięcy temu na tym blogu. Zapowiedź brzmiała obiecująco, ale zanim książka trafiła do pewnej niemieckiej księgarni, a stamtąd w moje ręce (w Polsce pojawiła się z jeszcze większym poślizgiem) minął ponad miesiąc. Nie żałuję, że tyle czekałam, chociaż mogło być lepiej. Autorce (jest nią blogerka i dziennikarka pisząca o modzie, Navaz Batliwalla) przyświecał najwyraźniej pomysł stworzenia czegoś w rodzaju współczesnej wersji wspominanej tutaj kilkakrotnie „French Chic” Susan Sommers. Być może dlatego podświadomie spodziewałam się sporego formatu i nieco większej objętości, i stąd zaskoczenie, kiedy na kontuarze zobaczyłam pozycję rozmiarów przeciętnego zeszytu, liczącą około 150 stron (z czego kilka ostatnich to obowiązkowa sekcja reklamowa, czyli polecane adresy i podziękowania).

fullsizerender-4

I właśnie ta sekcja reklamowa to drugi poza mikrą objętością powód, dla którego mogłoby być lepiej. Owszem, zajmuje niewiele miejsca w porównaniu z takim „Paryskim szykiem” Ines de Fressange, ale czy naprawdę nie można dziś napisać książki o modzie bez reklamowych wstawek? Niby nic, ale od razu zaczynam się zastanawiać, czy dobór bohaterek był powodowany głównie faktem, że są inspirującymi kobietami, które mogą się podzielić swoimi odkryciami i spostrzeżeniami dotyczącymi stylu, czy też chęcią wypromowania konkretnych miejsc lub marek. Czemu to razi? Bo jeśli dominuje to drugie kryterium, pieniądz zawsze zwycięży i może się okazać, że damy się nabrać na prezentację rzekomej ikony stylu, kóra zapłaciła odpowiednio za obecność na łamach, zamiast czytać zwierzenia kogoś, kto naprawdę ma sporo do powiedzenia i z tego powodu wydał się autorce interesującą rozmówczynią.

W przypadku „The New Garconne” chcę wierzyć, że jednak mamy do czynienia z pierwszym wariantem. Bo galeria bohaterek jest ciekawa i niesztampowa, choć mocno „londynocentryczna” i skupiająca postacie praktycznie nieznane dotąd w Polsce (niestety), począwszy od projektantki Belli Freud, poprzez szefową sekcji modowej magazynu Monocle, Daphne Hezard, po Sophie Hersan, współzałożycielkę Vestiaire Collective – platformy oferującej wysokogatunkowe ubrania i dodatki z drugiej ręki.

fullsizerender-5

fullsizerender-6

Książka dzieli się na trzy części. Pierwsza to krótkie wprowadzenie traktujące o dziedzictwie, czyli tym, skąd wziął się styl określany przez autorkę jako „nowa chłopczyca”, opisujący jego składowe i pierwsze ambasadorki z Coco Chanel i Katherine Hepburn na czele. Druga, najobszerniejsza, obejmuje kilkanaście wywiadów z kobietami, które można uznać za dzisiejsze przedstawicielki różnych odmian owego stylu – pokazują mieszkania i szafy, odpowiadają, jak w ich przypadku wyglądało rozpoznanie swoich potrzeb, co im się podoba, co cenią, czym się zajmują, jak odpoczywają. Bo choć punktem wyjścia do rozmów jest moda, horyzont bohaterek nie ogranicza się do drzwi szafy w garderobie – to mądre, twórcze indywidualności, które mają wiele do powiedzenia w różnych dziedzinach i wypracowały określony gust estetyczny, który determinuje ich wybory we wszystkich dziedzinach życia. Lektura tych rozmów przydałaby się wielu polskim celebrytkom – może odkryłyby, że bardziej niż pozowanie na „ściankach” o rzeczywistym statusie czlowieka aspirującego do bycia znanym i podziwianym świadczy dobór lektur i umiejętność rozmowy o nich?

fullsizerender-8

Część ostatnia składa się z przeglądu bazowych elementów garderoby: jest nieśmiertelna biała koszula, mała czarna, trencz i inne jej elementy, z praktycznymi poradami, gdzie można znaleźć dobre przykłady relacji jakości do ceny w wersji ogólnodostępnej i z wyższej półki (w sumie to już preludium do części reklamowej, ale wybaczam, bo uwagi trafne).

fullsizerender-9

Kobiety, które poznajemy w książce, miały to szczęście, że ominęły ich lata niedoborów i siermiężnej PRL-owskiej estetyki dominującej w sklepach. Większość z nich wychowała się w tzw. dobrych, choć nie zawsze zamożnych domach. Każda jest inna, ale wszystkie mają coś, co określa się jako klasę. Wszystkie też są już na tyle dojrzałe, że mogą przekazywać innym mądrości wynikające z realnych doświadczeń, a nie wyobrażeń. Wszystkie mówią o tym, że należy dbać o siebie, wsłuchiwać się we własne potrzeby, przedkładać jakość nad ilość, interesować się kulturą wysoką, bo kształtuje nasze gusta i ma przełożenie na codzienne wybory, nie wstydzić się własnej odmienności, tylko upatrywać w niej siłę – co wpisuje się we wzorzec „slow life” czy też „dobrego życia”.

Reasumując: jeśli ktoś myślałby o prezencie świątecznym dla osoby interesującej się modą, na pewno będzie to rozsądnie zainwestowane siedemnaście funtów, czyli około dziewięćdziesięciu złotych polskich.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Z dużej chmury mały deszcz

Bardzo lubię Garance Dore i jej bloga. I jej rysunki. I zdjęcia. I filmy „Pardon My French”. I jej profil na Instagramie. I jej styl, ewoluujący z roku na rok w coraz bardziej ciekawym kierunku.

Warto to zaznaczyć na samym początku, bo teraz nastąpi ostrzeżenie przed wyrzuceniem lekką ręką w błoto ponad 50 zł. Ostrzeżenie, które i tak niewiele zmieni, bo „Love, Style, Life”, świeżo po światowej premierze, pewnie już  triumfuje także na listach bestsellerów w Polsce. Do czego – przyznaję ze smutkiem – sama dołożyłam cegiełkę, wydając wspomnianą kwotę na to, co zapowiadane było co najmniej od roku jako Książka, zamiast przejrzeć w księgarni i tam zostawić.

Dałam się nabrać, co jest zarówno smutne, jak i groteskowe, bo przecież doskonale wiem, jak działa promocyjna machina. Odwołania do Książki we wpisach na blogu. Meldunki o opuszczeniu przez Książkę drukarni, ekscytacja, kiedy Książka trafiła na księgarniane półki, zdjęcia na Snapchacie pokazujące moment odbioru pierwszych egzemplarzy Książki, pakiety z zestawem kosmetyków towarzyszące Książce, zapowiedzi spotkań autorskich….

Oszustwo doskonałe – nie pierwszy raz przecież. Wystarczy wspomnieć podręcznik stylu Ines de Fressange. Wydany pięknie, zawierający kilkanaście stron dość oczywistych porad plus całą masę reklamowych treści poświęconych wybranym sklepom, kawiarniom i barom.  

Czego więc spodziewałam się po blogerce – było nie było modowej – mógłby ktoś zapytać, przecież to nie było oczekiwanie na powieść  Myśliwskiego. Wiadomo. Nie spodziewałam się też po Garance głębokich, filozoficznych przemyśleń. Oczekiwałam jednak spójnej treści, w najgorszym razie zgrabnie napisanego pamiętnika traktującego o tym, jak nikomu nie znana dziewczyna z Korsyki przeistoczyła się w najbardziej bodaj znaną blogerkę i fotografkę zajmującą się modą. Podsumowania dotychczasowych doświadczeń życiowych czującej się wciąż młodo czterdziestolatki, z Francją i Nowym Jorkiem w tle. W ostateczności czegoś w rodzaju „Always Pack a Party Dress” Amandy Brooks, pełnego anegdot z modowego światka. Wydawało mi się, że Garance ma lekkie pióro, dystans do siebie i poczucie humoru, więc sprosta zadaniu.

Co dostałam? Nierówną składankę wpisów już publikowanych na blogu (dla kogoś może być to wartość, ja akurat mam negatywne skrzywienie na punkcie sprzedawania dwa razy tych samych treści jako nowość, co tyczy się też wszelkich książkowych składanek reportaży prasowych), paru banalnych porad, które można znaleźć w dziesiątkach „podręczników stylu”, kilku wspomnień z życia, podzielonych na sekcje zgodnie z tytułem, kilku rozmów z osobami, których styl Garance ceni, ujętymi w formie pięciu pytań i równie lakonicznych odpowiedzi, jak z podręcznika dla wtórnych analfabetów, których może zmęczyć lektura dłuższa niż kilka ilustrowanych zdań na stronie; oraz opartego na własnych doświadczeniach mini-poradnika miłosnego rodem z „Cosmopolitana”, w którym autorka streszcza w telegraficznym skrócie swój związek ze Scottem Schumanem, a także aktualnym partnerem i jeszcze kilkoma z przeszłości (bez pikantnych szczegółów, gdyby ktoś miał na nie nadzieję). Wszystko w atrakcyjnej oprawie graficznej. I gęstej otoczce reklamowej przysłaniającej rzeczywistą wartość książki. Jak supermarketowe perfumy sygnowane nazwiskiem którejś z aktualnych gwiazdek, których banalny zapach ulatnia się po kilkunastu minutach.

Jedyne, co się broni w tej publikacji, to opowieść o wyborach życiowych Garance dotyczących kariery, ujęta w formie jednego rozdziału – szczere opisy niełatwych decyzji, z przesłaniem, że nie warto słuchać innych, którzy wiedzą, co jest dla nas dobre, ale pójść za wewnętrznym głosem, podpowiadającym rozwiązania niekoniecznie opłacalne – i na przykład rzucić nudne studia wiodące do dobrze płatnego zawodu, by zostać rysowniczką. Tu jest ta mądrość czterdziestolatki, na którą liczyłam.

Nie pierwszy to też raz, kiedy przekonuję się, że lekkie treści, czytane w anglojęzycznym oryginale na blogu, w druku wypadają blado, ulatuje z nich nawet charakterystyczny dla Dore humor. W jakimś stopniu to pewnie kwestia tłumaczenia.

Realna lekcja, jaka płynie z tego doświadczenia, jest taka: nawet jeśli doskonale się wie, że istnieją Książki, książki i produkty książkopodobne, niezależnie od usiłowań wydawców próbujących nam wmówić równość tych wszystkich kategorii, bardzo łatwo dać się wkręcić, choćby z czystej sympatii do autorki. Potem czuje się niesmak. Do siebie. Lepiej było za te same pieniądze kupić dwie książki prawdziwe, zamiast zawyżać statystyki na listach bestsellerów czemuś, co nie ma z nimi wiele wspólnego i tym samym pośrednio przyczyniać się do regresu czytelnictwa. Dalej będę zaglądać na bloga Garance, popatrywać na jej zdjęcia i stylizacje, oglądać filmy. Ale to, co sprawdza się jako ulotna, internetowa forma, niech lepiej nią pozostanie. Drugi raz nie dam się skusić.

Otagowane , , , , , , , ,

Minimalizm umarł, niech żyje esencjalizm

Ludzie, określający się dotąd jako minimaliści (Artysta Poprzednio Znany Jako Prince – pamiętacie?) już jakiś czas temu zorientowali się, że to określenie, sprowadzające rzecz całą do redukcji posiadanych rzeczy właśnie, niespecjalnie do nich pasuje – i zaczęli dystansować się od dotychczasowego miana, mówiąc o sobie raczej jako o „zwolennikach dobrowolnej prostoty”, „zwolennikach prostego życia”, „slow” i tak dalej. Brakowało jednak konkretnego słowa, które oddałoby całe sedno filozoficznego aspektu sprawy. Tymczasem ono już istniało, tyle, że o tym nie wiedzieliśmy. Chodzi o „esencjalizm”, jednak nie mający nic wspólnego z Platonem. Powstała nawet książka, wykładająca na konkretnych przykładach zasady działania esencjalistów – jej autorem jest Greg McKeown, a rozmowę z nim zamieścił w  najnowszym numerze magazyn Kinfolk.

Na czym więc polega ów esencjalizm (aż strach pomyśleć, że podobnie jak minimalizm, za chwilę może stać się najgorętszym trendem sezonu) i czym różni się od minimalizmu? Najkrócej mówiąc: też na eliminowaniu, ale punkt wyjścia jest inny. W przypadku minimalizmu kładziono raczej nacisk na to, co jest zbędne i czego należy się pozbyć; esencjalizm skupia uwagę na pozytywach, czyli wartościach, ideach, ludziach – a także przedmiotach, które są nam najbardziej bliskie, cieszą, krzepią, ku którym instynktownie się skłaniamy. Esencjalista koncentruje się właśnie na nich, resztą nie zaprząta sobie głowy. Odcina zbędny, a ciążący tłuszcz, dochodząc do jądra, do esencji. To odwrócenie, podobne do tego, jakie stosuje japońska specjalistka od sprzątania Marie Kondo – przy porządkowaniu szafy większość mądrych głów zaleca przyglądanie się zawartości pod kątem tego, czego właściciel/ka już nie nosi albo przestało się jej podobać, ona zaś poleca najpierw wybrać rzeczy, które wkładamy najczęściej i najbardziej lubimy. Z reszty rezygnujemy. Na tekst o poradniku Kondo przyjdzie czas niebawem – pomijając dwie lub trzy odkrywcze myśli lub tricki, jak opisany powyżej, dawno nie czytałam czegoś równie infantylnego, a rozciągniętego na kilkudziesięciu zadrukowanych stronach.

„Esencjalista zgłębia więcej potencjalnych opcji niż człowiek, który chwyta się wszystkiego, ale po ich przeanalizowaniu odrzuca wszystko, czemu nie może powiedzieć „tak” ze stuprocentowym przekonaniem. Gdy już wybierze, też daje z siebie sto procent w tym, co wybrał” – mówi w wywiadzie McKeown.

tumblr_np0lxlg6l31qbvkoao1_500Źródło: incessantcoffeedrinking

Punktem wyjścia jest uświadomienie sobie, co jest dla mnie najważniejsze naprawdę i nie zaprzątanie sobie głowy resztą. Dla mnie, a nie rodziców, partnerki/partnera, pracodawcy czy przyjaciół. Czyli odpowiedzi na elementarne życiowe pytania, które wydają się tak oczywiste, że przypominanie, by je sobie zadawać, trąci banałem, a jednak wielu z nas najwyraźniej zupełnie o nich nie pamięta – bo inaczej skąd braliby się ci wszyscy ludzie wokół funkcjonujący w trybie autopilota: wstający rano, bo tak trzeba, wciągający na grzbiet byle co i zapychający czym prędzej żołądek, idący do pracy z westchnieniem, że znów trzeba będzie wykonywać te czynności, których się nie znosi, w otoczeniu, które jest przykre, ale przecież trzeba za coś żyć; utrzymujący kontakty, które nie dają im satysfakcji, ale „bo tak wypada”, tkwiący w związkach już tylko z przyzwyczajenia, nieuważnie przelatujący wzrokiem przez kolejne strony internetowe i tak dalej. Kupujący wciąż różne rzeczy, byle zapełnić szafę, „bo się przyda”, by zabić nudę lub chwilowo poprawić sobie samopoczucie.

W podejściu esencjalisty najciekawszy wydaje mi się aspekt szacunku dla siebie, który w dyskusjach o minimalizmie nie był tak uwypuklony. To świadomość, że jeśli sami nie dokonamy istotnych dla nas wyborów, zrobią to za nas inni. A czy chcemy, żeby ktoś inny określał nasze życie? Gdy spojrzeć na swoje codzienne decyzje z takiej właśnie perspektywy, eliminacja wszystkich zbędnych działań –  zbędnych z punktu widzenia naszych nadrzędnych celów i wartości – przychodzi łatwo. W moim przypadku (choć nie wiem, czy chciałabym być nazywana „esencjalistką”) była to długo przemyśliwana decyzja o  rezygnacji z pracy, do której przychodziłam już tylko dla pieniędzy, i gdzie zajmowałam się tematami, które owszem, były ciekawe, ale gdybym kiedyś miała wybierać, na pewno nie wskazałabym na nie jako na pasjonujące mnie najbardziej. To, że się nimi zajęłam, było splotem różnych okoliczności, w tym próby pogodzenia własnych zainteresowań z oczekiwaniami rodziny. Teraz żałuję, że tkwiłam w niej tak długo, choć nie żałuję związanych z nią doświadczeń, które rozszerzyły mi perspektywę.  Inne aspekty tej decyzji: skupienie się na pisaniu, ale przede wszystkim na większych formach, a dziennikarsko – w rytmie tygodniowym, we współpracy z tytułami, które cenię, a nie takimi, które cenię średnio, ale dobrze płacą, rezygnacja raz na zawsze ze współpracy z dziennikami, dobór tematów według klucza: co najbardziej mnie interesuje, a nie „o czym piszą inni” albo „o czym się mówi”.

Esencjalizm w działaniu to też odejście od promowanej przez ostatnią dekadę wielozadaniowości, która zresztą, jak wykazują badania, wcale nie jest bardziej efektywna niż tradycyjne skupianie się na jednej rzeczy w danym czasie, aż będzie skończona i można się zabrać za kolejną, tym razem to temu zajęciu poświęcając maksimum uwagi. To umiejętność stawiania granic, ochrony tego, co dla nas ważne. Żeby nie dać się zjeść trywialności, nie utonąć w morzu różnych „całkiem interesujących” propozycji, które przymilają się do nas umiejętnie modulowanymi głosami. Odwaga dokonywania wyborów – czyli przypomnienie sobie, że to człowiek sam jest odpowiedzialny za swoje decyzje. A świadomość sprawczości daje siłę i przywraca wiarę w siebie. Mądrze punktuje to Pani Swojego Czasu, autorka jednego z blogów, na które lubię ostatnio zaglądać – to nie jest tak, że Facebook czy portale kradną komuś czas, tylko on sam decyduje, na co czas poświęca. Ma rozum, więc może zacząć go używać, zamknąć Facebooka, nie otwierać poczty, zanim nie wykona się najważniejszego zadania w danym dniu. Nie trzeba do tego wielostronicowych instrukcji do zarządzania czasem, które tak przyjemnie czytać, zamiast zabrać się wreszcie do właściwej roboty, na którą ponoć nam czasu nie starcza.

Przy okazji McKeown zwraca uwagę na ciekawe zjawisko: około 1400 r. do słownika języka angielskiego dołączyło słówko „priority”, czyli priorytet. Przez kolejne 500 lat funkcjonowało w liczbie pojedynczej, by wreszcie, około 1900 roku, cudownie się rozmnożyć. Nieprzypadkowo stało się to erze rewolucji przemysłowej, która miała ułatwić nam życie i zapewnić więcej czasu wolnego, a dała zupełnie odwrotny efekt. Dziś mówimy już o „priorytetach”. „Naprawdę można mieć więcej niż jedną najbardziej istotną rzecz? – zapytuje McKeown. – Przecież jeśli zacznie się robić 24 różne rzeczy naraz, traktując każdą z jednakową powagą, nie uda się wykonać dobrze żadnej.” Warto śledzić drobne zmiany w słownictwie, bo język definiuje społeczną świadomość.

tumblr_nocrwmuRTU1s2j0zlo1_500Źródło: incessantcoffeedrinking

„Droga esencjalisty nie polega na układaniu noworocznych postanowień, by częściej mówić „nie”; czyszczenia skrzynki mailowej czy doskonalenia nowej strategii zarządzania czasem. To nawyk zatrzymywania się, by zadać sobie pytanie: Czy inwestuję we właściwe działania? Czy robię to, co ma dla mnie sens? Na świecie istnieje znacznie więcej możliwości, niż zdołalibyśmy wykorzystać w czasie nam przeznaczonym i w ramach zasobów, którymi dysponujemy. Lecz choć niektóre z nich mogłyby być dla nas dobre lub wydają się całkiem dobre, w istocie większość jest niewarta uwagi, a tylko kilka istotnych. Droga esencjalisty jest zatem uczeniem się, jak je odróżnić – wyłuskiwać ziarno wśród plew” – pisze McKeown.

Ale to też tylko etykietka – esencjalizm czy minimalizm, czy dobrowolna prostota, wszystko sprowadza się do reakcji obronnej na choroby współczesnego świata: zabieganie, rozproszenie, mnogość opcji przyprawiającą o zawrót głowy.

Otagowane , , , , , , , , , , ,