Tag Archives: Leo Babauta

Zbieranka posierpniowa

Tegoroczny sierpień – niestety – nie należał do najlepszych miesięcy w moim życiu. Nie zagłębiając się w szczegóły, napiszę tylko, że chodzi o jedno z doświadczeń granicznych. Takich, które przewartościowują wszystko wokół. W sytuacji, kiedy – na przykład – ktoś bliski zmaga się z ciężką chorobą albo umiera, większość kwestii, która zaprząta nas codziennie, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Przestajemy zamartwiać się, co też zdarzy się znów w pracy, frustrować z powodu tego, że ktoś krzywo na nas spojrzał, rozmyślać, co by tu włożyć na siebie następnego dnia  – i to nie dlatego, że tak podpowiada nam nasz zdrowy rozsądek, wzmocniony lekturą wpisów Leo Babauty czy jemu podobnych.  Choć już wcześniej to doskonale rozumieliśmy, teraz widzimy z całą wyrazistością, że jedyne, co naprawdę się liczy i na co warto poświęcać czas, to dobre relacje z sobą samym i z bliskimi ludźmi, oraz zajęcia zgodne z naszymi zainteresowaniami (nie zawaham się napisać: w jakiś sposób twórcze, a nie mechaniczne czynności), czyli to, co lubimy robić, w czym jesteśmy dobrzy (albo czujemy, że bylibyśmy, gdybyśmy poświęcili się temu w pełni).  Bo tylko to po nas zostanie. Dobrze jest przypominać sobie o tym od czasu do czasu, kiedy sytuacja już wróci do normy, czyli codziennego zabiegania.

To tyle, nie chcę bawić się w głoszenie kazań. Zdarzenia, o których wspominam powyżej, zmusiły mnie do zmiany wakacyjnych planów – Japonię, na którą się tak cieszyłam, trzeba było odłożyć na później.  Może „później” będzie oznaczać ten rok, może początek przyszłego. A że urlop już został wzięty i nie chciałam spędzić jego reszty w Warszawie, pojechałam na półtora tygodnia do Berlina, jednego z moich ulubionych miast, co pomogło mi się pozbierać i wrócić do rzeczywistości.

Była to podróż w sensie geograficznym bardzo nieodległa, a jednak jakby na inną planetę. Nie jestem bezkrytycznie zauroczona miastem Berlin, dostrzegam zarówno jego plusy, jak i minusy, które zdążyłam poznać dość dobrze z racji częstych tam wyjazdów, krótszych i dłuższych pobytów i relacji z mieszkańcami. A jednak zawsze będę zachwycać się jedną cechą, która uderzyła mnie już bardzo dawno. Najprościej można by ją nazwać „wyluzowaniem”  – chodzi o to, że w sporej i ważnej europejskiej stolicy (choć zadłużonej po uszy, to też fakt) miejscowa ludność nie gna przed siebie  z obłędem w oczach, jak dzieje się nierzadko w stolicy kraju naszego.  Ceni się natomiast chwile  spędzone na miłym nicnierobieniu, jedzeniu, piciu, przesiadywaniu przy kawiarnianych stolikach.  Praca jest po to, żeby zarobić na życie, a samo życie toczy się często gdzie indziej – w takiej sytuacji są choćby znajomi wykonujący tak zwane artystyczne zawody, którzy mimo wyższego wykształcenia pracują np. jako kelnerzy czy barmani, a po godzinach realizują swoje niekomercyjne projekty. Podejście to bliższe jest raczej postawom rozpowszechnionym w moim rodzinnym mieście, Krakowie, które też ma wiele wad, ale gdzie ciągle można umawiać się ze znajomymi na kawę czy wino, a nie po to, żeby coś załatwić przy kawie lub winie, popatrzeć na zegarek i biec dalej. I gdzie ciągle można zaimponować komuś tym, co ma się do powiedzenia albo tym, co się zrobiło, niż, dajmy na to, marką samochodu lub pozycją zajmowaną w korporacji, a o pieniądzach z zasady się nie rozmawia (ale się ich zazdrości warszawiakom!), takie już te krakowskie snobizmy.

Druga kwestia, która wpisuje się w owo zjawisko, to berliński styl uliczny czy w ogóle miejski styl życia w berlińskim wydaniu (dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi, (tu znajduje się jego prawdziwe kompendium). Berlińska ulica jest mocno nonszalancka, wręcz niedbała – większość ciekawie ubranych ludzi wygląda tak, jakby kompletowali swoje stroje zupełnie przypadkowo, nie gardząc też zdobyczami ze śmietnika.  Trudno spotkać kogoś zapiętego na ostatni guzik, chyba że to świadoma, przerysowana stylizacja. Z chwalonym tu wcześniej przeze mnie francuskim stylem ma to niewiele wspólnego, ale może być mocno inspirujące.  Bo zabawa ubraniem polega na tym, żeby wyrażało w jakiś sposób osobowość kogoś, kto je nosi, nieprawdaż?  Można mieć w szafie wszystkie rzeczy z obowiązkowych zestawów, te trencze, marynarki w męskim stylu, małe czarne, ale jeśli będziemy traktować je śmiertelnie poważnie, a nie jako bazę, której trzeba nadać indywidualny charakter, możemy wyglądać co najwyżej jak model z wysyłkowego katalogu.  Berlińczycy to doskonale rozumieją, nie podchodząc z nabożeństwem do  trendów ani do konkretnych marek, choć oczywiście pewne trendy są na ulicy widoczne, a wprawne oko bez trudu dostrzeże akcenty z wyższej półki, choć zwykle są to akcenty pozbawione logo.

Piszę to zwłaszcza w kontekście obejrzanych niedawno odcinków internetowego przedsięwzięcia portalu Lula.pl i Gazeta.pl pod nazwą „Street Fashion”, gdzie reporterka ściga z kamerą ciekawie (jej zdaniem) ubranych ludzi na ulicach Warszawy.  Podczas oglądania uderzyły mnie trzy kwestie. Pierwsza – język. 90 proc. namówionych na występ przed kamerami ludzi nie potrafi wymienić, w co jest ubrana i odpowiedzieć na kilka innych, równie prostych pytań, bez wtrącania całej gamy zmasakrowanych anglicyzmów. Mamy więc mast hevy, autfity, sekend hendy, bejziki, tylko koloru kamelowego brakuje. Aż słuchać hadko. Druga sprawa zwracająca uwagę – większość mówi, że ubiera się w sekend hendach, ale  okazuje się, że ma na sobie niemal wyłącznie nabytki z popularnych sieciówek.  Czyli – aspirujemy do roli koneserów „vintage”, bo czytamy na blogach, że tak warto, ale w praktyce zwycięża opcja najprostsza? A trzecie spostrzeżenie – to nagminnie powtarzane opinie, że „polska ulica dopiero zaczyna dorównywać zagranicznej”, „na Zachodzie ulice są bardziej kolorowe”, „Polakom brakuje odwagi”. A co to jest, ów mityczny „świat”? Czyżbyśmy  naprawdę dążyli do tego, żeby wyglądać jak klony? Jakby ktokolwiek na świecie rzeczywiście przejmował się, co wdziewają na grzbiet państwo z Warszawy (Krakowa/Wrocławia/Gdyni etc). Mieszkańcy Berlina na pewno się tym nie przejmują.  I wcale nie zamierzam namawiać do ich naśladowania. Chodzi mi tylko o to, że od czasu do czasu  także w tym kontekście warto sobie odpuścić, nie napinać się, co ktoś sobie pomyśli, przekłuć balon, w jakim z przyzwyczajenia tkwimy na codzień. To zdrowe i dobrze robi.

Otagowane , , , , ,

Ruchem żółwia

Trafiłam na nią przypadkiem przed świętami wielkanocnymi. W niepozornej księgarni na Centralnym, zaopatrzonej w nowości, których próżno szukać w różnych empikach i trafficach. Była na półce, na którą rzadko zaglądam – gdzieś miedzy działem „Religia” a poradnikami różnego sortu. W jednym, ostatnim egzemplarzu. Tytuł obiecywał spokojną, długą lekturę na tematy istotne, jakiej potrzebowałam bardzo podczas kilku najbliższych wolnych dni. Pierwszych kilka zdań rokowało dobrze i nie trąciło poradnikiem. Kupiłam.


Rzeczywiście, poradnik (mimo podtytułu: „Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”) to nie jest. Autor, brytyjski dziennikarz Carl Honore, zaczął mieć dość nieustannego pędu, jakiemu poddawał się na co dzień i któremu uległa większość jego znajomych. Olśnienie przeżył kilka lat temu na rzymskim lotnisku, przestępując nerwowo z nogi na nogę w kolejce do hali odlotów. Drażniła go bezczynność, chciałby już gnać przed siebie i robić kilka rzeczy naraz, a nie tkwić tutaj tak bezproduktywnie. Na szczęście pod ręką była jeszcze gazeta. Zaczął ją wertować, przyzwyczajony do szybkiego prześlizgiwania wzrokiem po nagłówkach. Jeden z nich  przykuł jego uwagę. „Jednominutowa bajka na dobranoc” – czyli taka, jaką sam najchętniej czytałby swojemu synowi, żeby nie marnować cennego czasu. Tylko ile warta byłaby taka bajka? – myśli raptem Honore. –  Czy ja już do reszty oszalałem?

Postanawia zwolnić. Tylko jak? Najpierw trzeba zgłębić temat, który – jak się okazuje – na długo przed nim odkryli już inni. Rasowy reporter, jakim jest Honore, stawia na doświadczenie. Nie tylko więc rozmawia z ludźmi, którzy postanowili zwolnić tempo i cieszyć się każdą chwilą, jak krytyk kulinarny Carlo Petrini, założyciel organizacji Slow Food, Bruna Sibille, wiceburmistrz włoskiego miasta Bra, jedna z propagatorek ruchu Citta Slow, czy Dale Burnett, profesor Uniwersytetu Lethbridge, który obmyślił e-wersję Powolnego Czytania. Przepytuje innych, ale sam też uczestniczy – je kolację przygotowaną przez rodzinną włoską restaurację, wysoko punktowaną w slowfoodowych przewodnikach; zapisuje się na kurs medytacji i tantry, w Niemczech słucha koncertu wykonanego w stylu Tempo Gusto. Jak na profesjonalistę przystało, nie dowierza, ogląda wszystko pod światło, analizuje, dopytuje o szczegóły. To znaczy – bardzo się stara, żeby zachować zawodowy dystans i zastrzega wielokrotnie, że występuje właśnie z takiej pozycji. Tyle, że od samego początku widać gołym okiem, że uległ nie lada fascynacji ruchem slow we wszystkich jego odmianach. Efekt bywa więc podobny, jak u pewnego (proszę wybaczyć porównanie) znanego polskiego publicysty z sympatiami po prawej stronie,  który opisując podziwianych przez siebie bohaterów, próbuje – co mu się akurat chwali – utrzymać równowagę. Przytacza więc kontrargumenty lub wypowiedzi oponentów. Lecz gdy ich już zacytuje, nie może się oprzeć, by nie dodać choćby krótkiego zdanka w rodzaju „sporo w tym racji, jednak……” – po którym z reguły następuje autorska interpretacja zachowań bohatera, oczywiście in plus. Tak samo zachowuje się Honore, miejscami balansując na granicy między dziennikarstwem, które stara się opisywać rzeczywistość, nie oceniając jej, a PR-em, nawet jeśli nieświadomym lub prowadzonym w dobrej wierze. Zwrócił mu na to uwagę Łukasz Modelski, którego rozmowę z autorem „Pochwały powolności” znalazłam w ostatnim numerze Twojego Stylu (niestety, tylko w wersji papierowej magazynu, w Internecie jej brak): – W książce często powtarzasz: „Jestem sceptykiem, nie kupuję żadnej teorii” itd. Ale mam wrażenie, że bardzo łatwo dajesz się przekonać – mówi Modelski do autora.  Honore tłumaczy, nie do końca przekonująco: – Starałem się utrzymać równowagę między zdrowym rozsądkiem i przeróżnymi ideologiami, które towarzyszą opisywanym przeze mnie zjawiskom. Wielokrotnie w książce odcinam się na przykład od New Age (…) Dlatego też nie dałem się bardzo głęboko wciągnąć w temat ekologii na przykład. Tak, ruch slow jest bez wątpienia podszyty ekologią. Ale tutaj znów – istnieją miliony książek, tysiące dyskusji, podejścia ideologiczne często, a nie zdroworozsądkowe. Nie chciałem być częścią tej dyskusji. Z natury jestem bardzo sceptyczny. Nie wierzę, serio. (…) Nie lubię „nauczać”, to nie mój styl. Moja specjalność to raczej pokazywanie przykładów, możliwości, skłanianie ludzi do tego, by sami się czymś zainteresowali (…)” (pełny tekst wywiadu w TS nr 5/2012, str. 144-147).

Niech mu tam będzie. Utrata dystansu w książce pisanej z pozycji obiektywnego badacza to zresztą jedyne, do czego można się w „Pochwale powolności” przyczepić. Honore daje do myślenia wszystkim zagonionym. Czy jest sens codziennie gnać przed siebie, nie zwracając nawet uwagi na otoczenie – wygląd budynków, mijanych ludzi, drzewa? Czy wszędzie trzeba koniecznie jeździć samochodem? Połykać byle gdzie byle jaki fast-food, nie czując smaku? Nie mieć czasu na zwykły spacer, łykając profilaktycznie pastylki, których efektów i tak nie widać? Tym, którzy są już zmęczeni podobnym kołowrotem, przedstawia alternatywę w postaci powolnego, a więc świadomego trybu życia w różnych jego aspektach: od kuchni i sypialni, poprzez pracę i codzienność w miejskiej dżungli. Opisuje je rzetelnie (bibliografia do książki liczy kilkadziesiąt pozycji), nie stroniąc od anegdot i przykładów. Chciałoby się pożreć to wszystko jednym kłapnięciem, ale czytelnik sympatyzujący z ruchem slow stopniowo ulega autosugestii: zwalnia i smakuje każde zdanie.

A jego osobiste wybory? Rozstrzygnął je kryzys w branży medialnej: Honore znalazł się na liście zwolnień grupowych. Dziś jest wolnym strzelcem. Pracuje, kiedy chce, gdzie chce i tak długo, jak chce. I rozkoszuje się prostymi przyjemnościami, które opiewa w książce. Stała się bestsellerem, sprawiając, że Honore jako freelancer finansowo radzi sobie nie gorzej od Honore – etatowca, choć ten pierwszy ma więcej czasu dla siebie i rodziny. Sielanka. Oczywiście nie każdemu będzie równie łatwo ją osiągnąć. Ale warto próbować. Ci, którzy uważają się za minimalistów, na razie mogą spokojnie postawić „Pochwałę powolności” na półce obok „The Power of Less” Leo Babauty i „The Joy of Less” Francine Jay.

Otagowane , , , , , , , , , , ,