Tag Archives: Lucy Siegle

Oda do jakości, postscriptum

To miał być wpis zupełnie o czymś innym. I byłby, gdybym nie kupiła dziś najnowszego numeru „Zwierciadła”.
Z tekstem pani Zuzanny O`Brien o fast fashion, który – nie mam co do tego wątpliwości – został w stu procentach zainspirowany jednym ze wcześniejszych wpisów z tego bloga – https://minimalplan.com/2012/06/06/oda-do-jakosci-czesc-1/

Zawiera wręcz konkretne cytaty z mojego tekstu.

Szkoda tylko, że Autorka nie ujawniła źródła inspiracji, choćby najmniejszymi literami pod tekstem informując, że korzystała z minimalplan.com podczas przygotowywania materiału.

Niestety, nie mogę podać linka do tekstu „Globalna tendencja”, bo nie zamieszczono go w całości na portalu Zwierciadła – jest tylko fragment: http://zwierciadlo.pl/2012/bez-kategorii/globalna-tendencja, zresztą ze wspomnianymi cytatami, reszta dostępna tylko w papierowej wersji magazynu (najnowszy numer, wrzesień 2012) na str. 184-187. Nie chcę  też go fotografować i zamieszczać zdjęć, bo to byłoby naruszeniem praw autorskich wydawnictwa – nawet jeśli ono samo o cudze prawa nie dba.

Szkoda, że życie znów pokazuje, jak bardzo obniżyły się standardy w naszym zawodzie. Bo przecież blogi to taki wielki darmowy worek bez dna, z którego można dowolnie czerpać inspiracje i przepisywać cytaty, nie kontaktując się z autorami w sprawie wykorzystania zamieszczanych na nich treści. Jak mylne to przekonanie, dowiedziało się już kilka odzieżowych korporacji, które zamieszczały prace lub podobizny modowych blogerek bez ich zgody.

Napisałam dziś do redakcji  „Zwierciadła” w tej sprawie, tym razem nie jako anonimowa blogerka, ale podpisując się imieniem i nazwiskiem, z własnego redakcyjnego maila  – mam nadzieję, że odpowiedzą. Bardzo na to liczę, wciąż mimo wszystko wierząc w jakość.

Tak zwany update, czyli co nowego w temacie  (1 września): Dziś dostałam wyjaśnienie z przeprosinami od pani Zuzanny O`Brien. I nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Okazuje się bowiem, że sprawa ma drugie dno i…. tak naprawdę obie padłyśmy ofiarą manipulacji innego tytułu – tutaj napiszę tylko tyle, że to wysokonakładowy tygodnik, kilka akapitów poniżej wyjaśniając dlaczego, a najpierw do meritum. Otóż w lutym tego roku napisałam dla nich tekst o zjawisku fast fashion właśnie. Przez kilka tygodni czekałam na zapowiedzianą publikację, tłumacząc sobie poślizg zawirowaniami kadrowymi, w jakie wpadł akurat tytuł. Potem zaczęłam dopytywać. I usłyszałam, że oczywiście, materiał się ukaże, tylko redakcja poprosiła jeszcze inną autorkę o przeprowadzenie rozmowy z Lucy Siegle i gdy będzie gotowa, dołączy ją do mojego materiału.

Tą autorką, jak się okazuje, była pani Zuzanna, której – jak wynika z jej relacji – nie poproszono jednak wyłącznie o wywiad, ale….. uwaga: o napisanie własnego tekstu na temat zjawiska fast fashion z wypowiedziami Lucy Siegle. Pomijam fakt, czemu nie zwrócono się do mnie o kontakt z autorką książki – to nasuwałoby się w pierwszej kolejności. Zwykle dopiero wówczas, gdy autor nie ma czasu/możliwości, zleca się takie zadanie komuś innemu. Jak się okazuje, tutaj jednak praktyka  była nieco odmienna. Pani O`Brien tekst napisała, nie wiedząc (bo i skąd?) o istnieniu już jednej jego wersji, przesłała. I też czekała na publikację. Nie doczekała się, więc poprosiła o zwrot tekstu. Otrzymała go w wersji zmienionej, czyli jak teraz się okazuje, fragmentami mojego autorstwa – i tu, jak przyznaje sama, był jej błąd – uznała bowiem, że te zmiany to efekt działań redaktorskich. I w takiej wersji zaproponowała „Zwierciadłu”. Dalszy ciąg znamy. Ja, w przeciwieństwie do niej, przestałam dopytywać o dalsze losy własnego tekstu, a założywszy tego bloga wykorzystałam jego fragment jako jeden z wpisów.

Wyjaśnienie mnie przekonuje, wszystkie szczegóły się zgadzają. Wprowadziło mnie jednak w stan lekkiego szoku. Pierwsze słyszę, żeby szanujący się tytuł traktował zamówione materiały jak „wsad”, z którego można zrobić kompilację i przekazać ją dalej nie zapytawszy najpierw autora o zdanie ani nie zająknąwszy się słowem, że przesyła się materiał posiadający już współautora. Kim stał się zatem dziennikarz/autor? Dostarczycielem – z przeproszeniem – „contentu”, który można dowolnie przycinać, obrabiać, nie troszcząc się o takie drobiazgi jak prawa autorskie czy zgodność faktów z rzeczywistością? To znaczy, nie, wróć: nie pierwsze słyszę, oczywiście, wielu znajomych opowiadało mi o podobnych i gorszych praktykach, ale – jak wiadomo – dopóki nie doświadczysz samemu, nie uwierzysz.

Nazwy tego nierzetelnego tygodnika nie ujawniam z jednego powodu: tekst dla nich pisałam pod pseudonimem, bo choć nie dotyczył on zagadnień, którymi zajmuję się w macierzystej redakcji, i choć w niej i tak nie byłoby dla takiej tematyki miejsca, nie chciałam mieć nieprzyjemności z powodu publikacji gdzie indziej. I tu jest z kolei mój słaby punkt. Gdyby nie on, należałoby zrobić z tego większą aferę.

Reasumując: redakcja „Zwierciadła” przywróciła mi wiarę w standardy, jestem pozytywnie zaskoczona zarówno szybką reakcją, jak i staraniami o dogłębne wyjaśnienie całej sprawy. Zaś wspomniany tygodnik – niestety – na nowo pogrążył mnie w pesymistycznych myślach co do kondycji branży, w której mimo wszystko jeszcze pracuję. Ale człowiek uczy się na błędach, wiem teraz jedno: omijać pod każdym względem szerokim łukiem. Jeśli ktoś z Czytelników byłby zainteresowany, proszę o maila – podam nazwę tytułu na priv.

Uffffff… to – mam nadzieję – tyle. Następne posty będą już dotyczyły spraw znacznie przyjemniejszych.

Otagowane , , , , , ,

Oda do jakości, część 1

Migawka z londyńskiej ulicy, rok 2008. Ulewny deszcz. Dziewczyna, której rozkleiła się na ulicy papierowa torba z logo Primark, obraca się i idzie dalej, nie zadając sobie trudu, żeby pozbierać z mokrego od deszczu chodnika zawartość – stertę świeżo zakupionych ubrań. Najwidoczniej były warte mniej niż rachunek z pralni – stwierdza z przerażeniem obserwujący tą scenę branżowy reporter. A jego reakcję zapisuje Lucy Siegle, dziennikarka BBC i felietonistka „The Observer“, niedzielnego dodatku do dziennika „The Guardian“. I przywołuje w swojej książce „To Die For: Is Fashion Wearing Out The World?“, nowej Biblii świadomych klientów przemysłu odzieżowego. Pisze w niej między innymi o: skórzanej kurtce (skórę impregnowano różnymi chemikaliami w jednej z setek garbarni nad brzegiem Gangesu), lśniącym cekinami topie za jedyne 35 funtów (cekiny mogła przyszywać ręcznie Farida, emigrantka z Delhi, pracująca dla jednego z chińskich podwykonawców znanej międzynarodowej sieci, który płaci jej 21 pensów od sztuki), czy kaszmirowy sweter z supermarketu (podejrzanie tani, ale nie dajmy się zwieść metce oznajmiającej z dumą: 100 proc. kaszmiru. Oględziny pod mikroskopem wykażą, że zmieszanego z wełną i króliczą sierścią).

– Uważajmy, co kupujemy – ostrzega Siegle. – Międzynarodowe sieci ustaliły nowe zasady na modowym rynku.  Podpatruje się najgorętsze trendy sezonu. Szyje szybko, by trafiały do sklepów chwilę po tym, gdy zostaną pokazane na luksusowych wybiegach. I sprzedaje tanio. Tak tanio, że trudno nie spytać: jak to możliwe? A gdy spytasz, w odpowiedzi dostajesz slogany o „indywidualnym modelu redukcji kosztów“ i misji, polegającej na dostarczaniu światowej mody za niską cenę zwykłym śmiertelnikom. Nikt nie zająknie się ani słowem o kosztach produkcji. A przecież dla wielkich sieci nie szyją jeszcze roboty, tylko ludzie zatrudniani często za głodowe stawki u podwykonawców z krajów Trzeciego Świata.

To tłumaczy, dlaczego w ledwo upchanych na wieszakach koszulach , spódnicach czy żakietach z nowej dostawy rwą się szwy, u mankietów dyndają guziki, a ściegi biegną zygzakiem. Sześćdziesięciu pięciu studentów wydziału mody na brytyjskim Northumbia University w ramach eksperymentu stworzyło własną linię produkcyjną najprostszych t-shirtów. W siedem godzin spod ich palców wyszło 95 sztuk. Byli rozczarowani, gdy usłyszeli, że przeciętna fabryka w Bangladeszu z identyczną liczbą pracowników i wyposażona w taką samą ilość maszyn, zdołałaby wytworzyć w tym czasie 900. Średni czas na przeszycie bluzki z jednej strony: 48 i pół sekundy.

Źródło: Live The Minimalism

„Fast fashion“, zauważa Siegle, zagryza też stopniowo odzieżowe marki średniego rzędu. Nie najtańsze, ale też nie bardzo drogie, przykładające wciąż wagę do jakości swoich ubrań. Stanęły przed dylematem: albo utrzymają poziom, albo dostosują się do wyśrubowanego tempa zamówień, narzucanego  przez nowych liderów rynku. To jeszcze dałoby się zrobić. Gorzej z ceną – poniżej pewnego progu jest już tylko bankructwo. Taki problem ma dziś Benetton, rozsławiony w całej Europie mocnymi, prowokacyjnymi kampaniami reklamowymi. Reprezentujący interesy jego założycieli właściciel większościowego pakietu akcji, firma Edizione Holding, ogłosił w lutym, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek odzieżowych średniej półki może wycofać się z giełdy. Zysk za 2011 r. mógł stopnieć nawet o 30 proc. Gdyby oświecony konsument nie martwił się, że niedługo nie będzie miał gdzie kupić przyzwoitych gatunkowo ubrań, mógłby powiedzieć: mają za swoje. Pamięta dobrze aferę z używaniem przez Benettona wełny od owiec z wielkoprzemysłowego chowu. A pierwsze przykazanie oświeconego konsumenta brzmi przecież: sprawdzaj, gdzie i jak produkują.

Kupując ubranie, nie patrz tylko na cenę – radzi Lucy Siegle. – Zbadaj metkę, skład surowcowy. Poszukaj informacji na temat producenta. Z jakich krajów pochodzą ciuchy? Kto je szyje? Czy właściciel firmy, do której należy marka, sam zatrudnia wykonawców, czy zleca wykonanie kontrahentom? Jakie obowiązują go standardy?

Standardem w Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej są już podobne pytania. Zadają je nie tylko dziennikarze, ale wpływowi blogerzy – bardzo drobiazgową, wręcz naukową analizę jakości można znaleźć m.in. na blogu Empty Emptor, a także działacze organizacji konsumenckich. W Polsce jako pierwsza wystąpiła z nimi koalicja Clean Clothes, zawiązana przez Polską Akcję Humanitarną, Polską Zieloną Sieć, Karat – organizacje kobiece z Europy Środkowo-Wschodniej i stowarzyszenie EFTE działające na rzecz świadomej konsumpcji.

 Oczywiście, nie wszyscy muszą być równie radykalni jak Lucy Siegle, która nawet ślub brała ekologicznie. (Goście jedli lokalne potrawy, a wodę pobierano ze studni z pompą napędzaną turbiną wiatrową). Ale na jakość tego, co kupujemy, warto zwracać uwagę, niezależnie od jej stosunku do ceny.  Kiedyś ubrania wytrzymywały lata – pisze Amanda Tan z Seattle na swoim blogu Assembled Hazardly. – Teraz wyrzuca się je po sześciu miesiącach, a niektóre nie nadają się do założenia już po pierwszym praniu. Masowa produkcja i chęć szybkiego zarobku zrobiła swoje.  Ale i sprawdzonym, lepszym jakościowo markom zdarzają się wpadki.  O tym już niedługo.

A dziś jeszcze a propos konsumpcji, nie tylko odzieżowej – aktualna Polityka przynosi bardzo dobry wywiad z Dorotą Masłowską. Rzadko się odzywa dziewczyna, ale jeśli już, to mądrze i własnym głosem.

Otagowane , , , , , , ,