Tag Archives: miejskie życie

Miejska arkadia

Czytam „Brudną robotę” Kristin Kimball (recenzja pewnie niebawem) i myślę o tych wszystkich, dla których symbolem prostego życia jest właśnie przeprowadzka na wieś i egzystencja zgodnie z naturą, w rytmie pór roku. „Walden”, tyle że w dwudziestym pierwszym wieku. Taki obraz zresztą dominuje u wykpiwających te tendencje, że przypomnę sławetny artykuł i zawartą w nim frazę o wyplataniu wiklinowych koszyków.

Uświadamiam też sobie, że nigdy nie miałam podobnych zakusów, choć przyrodę lubię, podobnie jak lubię się czasem zaszyć gdzieś bez telefonu, Internetu i każdego innego kontaktu ze światem. Dla mnie dobre życie było zawsze życiem w pełni miejskim. By dawało satysfakcję, musi jednak spełniać kilka warunków. A więc mieszkanie gdzieś w centrum, albo na tyle blisko centrum, żeby można było doń dotrzeć w krótkim czasie piechotą, rowerem albo komunikacją miejską. Okolica, w której jest wszystko, co potrzebne: a więc jakiś sklep spożywczy (ideałem jest mały, a dobrze zaopatrzony), piekarnia ze świeżym pieczywem, warzywniak, albo zwykły stragan z warzywami i owocami, którego właściciel rozpoznaje stałych klientów i można z nim pogadać nie tylko o pogodzie. Kiosk, bo mimo postępującej cyfryzacji mediów ciągle jestem beznadziejnie uzależniona od szelestu otwieranych gazetowych płacht. Wyliczajmy dalej: dobrze, żeby w pobliżu znajdował się park. By była ścieżka rowerowa, albo możliwość dogodnego dojazdu rowerem. Kino, najlepiej nie sieciowe, teatr. Kawiarnie, dużo kawiarni, restauracje, żeby można było zabrać tam przyjaciół albo wybrać się tam samemu lub we dwoje, gdy nie chce się gotować.

Od jakiegoś czasu trend w Polsce jest taki: z miejskim adresem, ale daleko od zgiełku. Zieleń przedmieść, dobre sąsiedztwo, brama sterowana przyciskiem pilota i monitoring wliczony w czynsz. Kredyt, zachwalane przez dewelopera x metrów w strzeżonym apartamentowcu o nazwie, zwykle z angielska brzmiącej, lub szeregówce (też z monitoringiem) na peryferiach, gdzie bez własnego samochodu ani rusz, zaś w drodze do lub z pracy trzeba doliczyć co najmniej pół godziny na stanie w korkach. Remont, przeprowadzka. Po początkowej euforii odkrycie, że architekci zaprojektowali, owszem, ciekawe budynki, ale zapomnieli o infrastrukturze: parkach, placach zabaw, boiskach sportowych. Nie mówiąc o kinie czy knajpach. Więc jeśli ekskluzywność ma polegać na siedzeniu w nowoczesnych czterech ścianach, to świeży emigrant szybko za nią dziękuje. Nie chce też wychowywać dziecka w martwej okolicy. Winą za rozczarowanie arkadią obarcza przede wszystkim osoby odpowiedzialne za wydawanie pozwoleń budowlanych. Byle więcej, bez ładu i składu, żeby szybko sprzedać. Czysty zysk.

Tendencja to szczególnie widoczna w Warszawie, której większość przyjezdnych nie lubi i po kilku latach wynajmowania lokum w centrum przenosi się do własnego, gdzieś na obrzeżach aglomeracji. Ale na mniejszą skalę takie migracje odbywają się i w innych miastach.

Przykład? Moi przyjaciele z Krakowa. Kiedy przyjeżdżam i umawiamy się wieczorem na Podgórzu, nie planują ekscesów. Przyjechali samochodem. Do ich arkadii kursuje jeden autobus na godzinę. Kursy kończą się o dwudziestej trzeciej, dla taksówkarzy to już strefa podmiejska, więc wieczór na Podgórzu, wliczając konsumpcję, kosztowałby jakieś sto pięćdziesiąt złotych. Co dla właściciela jednoosobowej firmy, walczącej o zlecenia i płatności od kontrahentów, nie jest kwotą bagatelną.
Ich historia mieszkaniowa jest podobna: dzieciństwo w czteropiętrowym bloku z wielkiej płyty. Potem pierwsza samodzielnie wynajmowana kawalerka w ścisłym centrum, ale ciasno, głośno i lokalna egzotyka. – Typowo studencki standard – podsumowuje on. Więc – gdy wraz ze zbliżającą się trzydziestką poczuł, że dotychczasowa epoka nieodwołalnie dobiega końca – przeprowadzka do nowego bloku na osiedlu Prądnik Czerwony. Lokum na poddaszu, kupione z drugiej ręki. Pięć lat później, gdy już wspólnie zamieniali je na nowiutkie pięćdziesiąt metrów kwadratowych na Ruczaju, w południowo-zachodniej, najszybciej rozbudowującej się części miasta, zakładali, że będzie to miejsce tymczasowe, do momentu, aż zdecydują się powiększyć rodzinę. Wtedy pewnie kupią coś większego, też na zielonych przedmieściach. Przyznają dziś jednak, że trochę ulegli modzie. Ruczaj skusił wcześniej wielu ich znajomych. Przyjaznym budownictwem, przypominającym bardziej kolonie domów wielorodzinnych niż klasyczne bloki. Ciszą, spokojem, przyrodą. (Na wycieczki rowerowe – ideał– przyznają). Młode, obiecujące otoczenie – niedaleko kampus Uniwersytetu Jagiellońskiego i klaster firm zaawansowanych technologii. No i korzystna cena.
Gdy on odkrył, że dojeżdżając do pracy, musi spędzić minimum godzinę w samochodzie, i przeliczył sobie to na koszty benzyny, korzyści cenowe zmalały. Potem, gdy korporacja zmusiła go do założenia działalności gospodarczej, nawet się ucieszył perspektywą posiadania biura w domu, bez żadnych dojazdów. Tylko szybko się mu to znudziło. Bo ile można siedzieć przed komputerem, patrząc w okna sąsiadów z naprzeciwka? Ewentualnie wyjść na ławkę przed blokiem, gdzie krążą głównie matki z dziećmi, sfrustrowane brakiem przystosowanego do ich potrzeb placu zabaw. Chętnie wziąłby laptop i poszedł na kawę w Drukarni, lecz o tej porze wydaje się odległa jak nigdy, o godzinną wyprawę w nerwach i wśród spalin. Chwilami czuje się jak więzień. Na własne życzenie.
– Arkadia? Nie żartuj. To raczej współczesne blokowisko, gdzie ludzie są stłoczeni blok przy bloku, brakuje miejsc parkingowych i dróg dojazdowych – mówi. – Za kilka lat zostaną na nim tylko ci, których nie będzie stać na przeprowadzkę do centrum. I wtedy zamieni się we współczesne slumsy, jak dziś kolonie bloków z lat 70. na obrzeżach europejskich miast.
Więc kierunek Podgórze. Dlaczego? – Stara dzielnica, ale rozwijająca się dynamicznie, z dużym potencjałem. Ma wszystko, czego potrzebujesz do życia, niezależnie od tego, czy jesteś singlem, parą trzydziestolatków czy rodziną z małymi dziećmi.

Odkładają. Może za jakiś czas się im uda, bo ceny mieszkań w ich Arkadii ostatnio zmalały.

Na mitycznym „Zachodzie”, którym lubimy się inspirować, widać już inne zachowania. Miasta zaczęły rewidować swoje polityki i odchodzić od modelu „przyjaznych dla samochodów“, a orientując się na potrzeby ludzi. Stąd nadrabianie błędów z poprzednich dekad i tworzenie w centrach przestrzeni dla mieszkańców: poszerzanie trotuarów, uspokajanie ruchu, wprowadzanie zieleni przyulicznej, odnawianie parków i placów zabaw. Alternatywny dla samochodów transport publiczny: czyste tramwaje, konstrukcyjnie przypominające dzieła sztuki, drogi rowerowe uzupełniane strefami spokojnego ruchu. I cieszące oko detale, jak rodzaj zieleni, gatunek posadzki, meble miejskie czy WiFi dostępne w komunikacji miejskiej. Powrót do centrum uchodzi za świadectwo konkurencyjności – jest dowodem na dobrą urbanistykę, wysoką jakość życia i stwarza szansę na rozwój branż wysokich technologii, których pracownicy mogą przebierać w ofertach zatrudnienia i wybierają miejsca, gdzie będą się czuć najlepiej.
Główna przyczyna? Zmiana hierarchii wartości. Jakość życia zaczęła dominować nad chęcią posiadania dóbr. Pojawiły się pytania: „Co z tego, że mieszkam na przedmieściach i mam drogie auto, skoro jedną trzecią czy nawet dwie trzecie pensji pochłania jego utrzymanie i amortyzacja, a poza tym stoję w coraz dłuższych korkach?“ „Czy wszystkie spotkania towarzyskie muszą odbywać się bez kieliszka wina, bo trzeba wracać autem?“

Doskonale to rozumiem. I mam nadzieję, że za jakiś czas i u nas nikt nie będzie unosił brwi ze zdumieniem, gdy na pytanie: „Czy zarezerwować dla Pani miejsce parkingowe?” usłyszy:” Nie, dziękuję, nie mam samochodu, poruszam się piechotą albo rowerem”.

Nie piszę tego po to, by wartościować czyjś styl życia czy udowodnić, że moje podejście lepsze. (Samochód zresztą mamy, używamy go rzadko, i prawie wyłącznie na weekendowe wypady, gdy gdzieś nie da się dojechać pociągiem, bo lubimy ten środek transportu). Każdy lubi co innego i wybiera to, co mu się podoba.

Chodzi o coś innego. Że tak samo jak minimalizm w podejściu do stroju nie musi oznaczać monochromatycznej palety barw, tak można żyć dobrym życiem w środku miasta, w kamienicy albo bloku, a niekoniecznie w drewnianym domu pośrodku głuszy, z własnym sadem, ogrodem warzywnym i inwentarzem żywym.

No chyba że byłaby to willa miejska – czyli dom z ogródkiem w samym środku miasta:)

Reklamy
Otagowane , , , , ,