Tag Archives: milinaire

Nowojorska asceza, lata 70.

Minimalizm, „proste życie” stały się świetnie sprzedającym towarem. Blogi, na które do tej pory regularnie zaglądałam, upodabniają się do siebie w przewidywalny sposób: wszędzie zdjęcia „bazowych” zestawów z linkami do sklepów, trochę pop-psychologii z nutką ezoteryki a la Marie Kondo, recenzje tych samych książek rozsyłanych przed wydawców, słusznie liczących na odpowiedź zwrotną w postaci pozytywnej opinii zwiększającej sprzedaż, marki chwalące się szlachetną prostotą, co prawda skopiowaną od innych marek, ale cel uświęca środki. Krajobraz przypomina trochę ten, który nastał po eksplozji popularności blogów z tzw. stylem ulicznym – świeżość zmieniła się w rutynę i wyrachowanie. Co zostanie, gdy opadnie kurz?

W ramach odreagowania warto sięgnąć do książki, którą wydano w czasie, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie, a która już dawno dorobiła się szczególnego statusu wśród autorek anglojęzycznych blogów o slow fashion. Chodzi o „Cheap Chic” Caterine Milinaire i Carol Troy.

Upolowana w jednym z amerykańskich antykwariatów, książka, opisywana niemalże jako biblia dla zwolenników dobrowolnej prostoty w obszarze „strój”, nieco rozczarowała. Z dzisiejszej perspektywy opisy poszczególnych bazowych elementów garderoby i porady, co najlepiej kupić podczas wyprawy do Maroka lub Brazylii, trącą już nieco myszką. Znacznie ciekawiej i wciąż świeżo prezentują się natomiast portrety – w formie monologów – różnych osób, które opowiadają o swoim podejściu do mody i odzieżowych zakupów. O przyzwyczajeniach w tej materii opowiadają m.in. młody jeszcze wówczas Yves Saint Laurent, Fran Liebowitz czy Diana Vreeland. Tym razem skupiłabym jednak uwagę na innej postaci – nowojorskiej fotoreporterce Helene Gaillet, dziś już nobliwej pani, której podejście do sprawy zaimponowało mi mocno, zwłaszcza w zestawieniu z dzisiejszym udawanym ascetyzmem.

IMG_0531

„Jej dzień pracy zaczyna się zwykle punkt ósma i trzyma ją na nogach do szóstej, czasem siódmej wieczorem – piszą autorki książki. –  Ze względu na brak czasu na przebieranie się, Helene ograniczyła do minimum w swojej szafie bardziej strojne zestawy. Praca w intensywnym tempie wymusza dbałość zarówno o utrzymanie w dobrej formie ciała, jak i ulubionych ubrań. W tej chwili ma ich tak niewiele, że gdy podróżuje, zabiera tylko jedną torbę, którą może upchnąć bez kłopotu pod siedzenie w samolocie. Oto jej reguły:

„99 procent moich ubrań jest w jednym z trzech kolorów: granat, biały lub khaki. Prawie nigdy nie chodzę na zakupy, a jeśli już zdarza mi się na nie wybrać, wiem dokładnie, czego chcę. Rocznie wydaję na ubrania 80-100 dolarów plus koszt zakupy butów, i to wszystko.

Dżinsy w różnych odcieniach niebieskiego kupuję w sklepach z odzieżą wojskową. Zawsze są to Levisy (…) Ich krój jest zgrabniejszy – wydaje się, że Wranglery są projektowane z myślą o wielkich tyłkach, zaś Levisy – o tyłkach prawie niewidocznych. Levisy są cięte prosto i nigdy nie muszę ich przerabiać u krawca.

Noszę tę samą koszulę przez cały rok, nawet zimą, gdy jadę na narty. Sprawdza się tutaj teoria warstw: jedna, druga, trzecia rzecz, każda na drugiej. Bawełniane golfy idą pod spód, pod koszulę – kosztują około 3 dolarów w sklepie z odzieżą wojskową, a 10 dolarów – jeśli zrobione są z importowanej, rozciągliwej dzianiny akrylowej. Mam też chłopięce, zapinane na guziki koszule z Brooks Brothers, w trzech kolorach: białym, białym w niebieskie paski i żółtym – kupowane w ciągu ostatnich trzech lat. Kosztują 7 dolarów za sztukę plus 2 dolary za wyhaftowanie inicjałów, dzięki czemu mogą do złudzenia imitować koszule na miarę za 30 dolarów. Mam też trzy dobrej jakości jedwabne koszule, wszystkie w kolorze kości słoniowej. Najstarsza liczy sobie osiem lat. Znalazłam je na wyprzedażach, po około 50 dolarów za sztukę.  Zwykle żyją dwa, góra trzy lata, bo niestety żółkną podczas chemicznego prania.

IMG_0530

Buty są jedną z kosztowniejszych rzeczy, jakie noszę, bo praktycznie w ciągu dnia ich nie zdejmuję. Kupuję jedną lub dwie pary na rok i chodzę w nich na okrągło przez trzy do czterech lat. Zwykle są angielskie lub francuskie. Buty do spodni kosztują 60 dolarów (marka Veneziano) lecz zwykle kupuję buty St. Laurenta – jedną długą, z cholewami, drugą krótką – około 100 dolarów za parę.

Mój codzienny strój zimą to dżinsy, golf, koszula i T-shirt, nakładane warstwowo, plus rybacki wełniany sweter z Fulton Street Fish Market, pasek i wielki szal kupiony na pchlim targu. Jeśli jest naprawdę zimno, dorzucam jeszcze na wierzch kurtkę safari kupioną za 6 dolarów w sklepie z wojskową odzieżą. Do tego zawsze buty, torba z aparatem fotograficznym, kapelusz dżinsowy za 2 dolary ze sklepu z odzieżą używaną i para okularów przeciwsłonecznych.

Latem noszę dżinsy, T-shirty, krótkie buty. Gdy robi się zimno, narzucam dżinsową kurtkę.

Nie kupuję drogich rzeczy, z wyjątkiem butów.

Na wieczór stworzyłam własną wersję smokingu – ośmioletnie spodnie St. Laurenta z gabardyny, doskonale skopiowane przez dom handlowy Alexandra, plus żakiet z czarnego aksamitu kupiony w butiku, kamizelka i tania satynowa bluzka. Noszę to wszystko z sandałami na rzemyki i jaskrawoczerwonymi rajstopami, tak że czerwone palce u stóp odznaczają się na tle czerni.

Pieniądze topię w akcesoriach. Też zawsze noszę te same, i nie żałuję na nie środków. Mam pięcioletnią torbę z La Bagagerie. Złotą biżuterię ukradziono mi dwa razy, więc niewiele mi zostało: pięć pierścionków, zegarek od Cartiera z dewizką, który osiem lat temu w Paryżu kosztował 600 dolarów, bransoleta od Van Cleef and Arpels i kilka złotych naszyjników, z którymi praktycznie się nie rozstaję. Śpię w nich i pływam.

W ubiegłym roku udało mi się schudnąć ze 124 do 118 funtów. (…) Moją tajemnicą jest śniadanie: szklanka soku pomarańczowego, cztery filiżanki bardzo mocnego espresso, toast. Lunch jem dwa do trzech razy w tygodniu, starając się, żeby był japoński. Na kolację jem wszystko, ale w oszczędnych porcjach. W ten sposób nigdy nie stosuję diety.

Chodzę na ćwiczenia dwa razy w tygodniu – na to wydaję najwięcej pieniędzy, podobnie jak na zabiegi na włosy. Każdego ranka, od 1962 r. wykonuję w domu zestaw  dziesięciominutowych ćwiczeń Canadian Air Force. Oszczędzam na taksówkach, poruszając się wszędzie rowerem lub piechotą, przez cały rok grywam też w tenisa i jeżdżę na nartach. Chciałabym być jedną z wielkich piękności, ale by wykorzystać najlepiej własne atuty, staram się błyszczeć tym, co wewnętrzne: zdrowiem. Uważam, że nasze nastawienie psychiczne w dużej mierze zależy od fizycznej kondycji.”

I jak wam się to podoba? Czy dziś dałoby się jeszcze utrzymać taki reżim i czy ma to sens?

Otagowane , , , , , , , , , , , , ,