Tag Archives: moda

O stałości upodobań

Ulubiona torba z czasów studenckich miała kolor ciemnego wina, kształt, o którym dziś mówi się „bucket bag”, co po tłumaczeniu brzmi nieszczególnie pociągająco. W każdym razie była wystarczająco pojemna, by pomieścić wszystko, co wówczas potrzebowałam nosić ze sobą, a zarazem na tyle zgrabna, że nie przytłaczała jak wypchany wór. Była z prawdziwej skóry i kupiłam ją, uciuławszy najpierw odpowiednią kwotę, w sklepie Benettona (to były czasy, gdy znajdowało się tam dobrej jakości buty i torby). Wydawała mi się koszmarnie droga, choć nie pamiętam, ile kosztowała, może 400, może 500 zł. Tyle pieniędzy na torbę! – tak wtedy się myślało, taszcząc jakieś plastikowe, łuszczące się koszmarki. Służyła mi aż do zdarcia, bardzo ją lubiłam. Potem, odkąd zaczęłam pracować i coraz lepiej zarabiać, przez moją szafę przewinęło się mnóstwo toreb i torebek – wśród nich fantastyczne okazy vintage, za którymi polowałam na Etsy. Rzadko noszone, traktowane raczej jak trofeum.

W dzieciństwie marzyłam o tornistrze – nie takim, jakie wtedy można było dostać w sklepach, plastikowym, szkaradnym, ale takim prawdziwym, jak za dawnych czasów, pachnącym skórą (i niestety łatwo plamiącym się atramentem). Taki tornister na szelkach, noszony czasem jako torba na ramię, miała jedna z koleżanek z klasy, która wydawała mi się ucieleśnieniem stylu – dlaczego, nie potrafiłabym wówczas powiedzieć, ale z pewnością chodziło o prostotę. Miała czarne, krótko przycięte włosy a la Japonka, uszytą na miarę bawełnianą sukienkę w niebieskim kolorze zamiast fartucha z poliestru, białe tenisówki. Zawsze wszystko leżało na niej nienagannie. Torby nie udało się wtedy kupić, ale ciągota w tym kierunku pozostała.

Dziś patrzę na kilka toreb, których używam na codzień. Plecak Kanken – niezastąpiony, gdy poruszasz się po mieście rowerem i wozisz ze sobą biuro pod postacią laptopa. Torba typu myśliwskiego z naturalnej skóry, kupiona jakieś osiem lat temu w sklepie na Krakowskim Przedmieściu. Czarna, średniej wielkości torba na ramię z COS i bordowa z &Other Stories – na bardziej eleganckie wyjścia. Dwie bawełniane torby z Marimekko. Obszerna „bucket bag” na ramię, też w kolorze zbliżonym do naturalnej skóry. I ostatni nabytek – też rozważany co najmniej od pół roku, długo odkładany, na który wydałam bardzo świadomie oszczędzone pieniądze – torba na zdjęciu poniżej. Jest dokładnie taka, jak się spodziewałam i nie rozstaję się z nią od paru tygodni. Łatwo dostrzec w niej odpowiednik tamtej torby z Benettona.

IMG_4728

Człowiek wcale nie zmienia się aż tak bardzo, musi tylko uświadomić sobie, kim jest. Im wcześniej, tym lepiej – oszczędzi sobie nieudanych eksperymentów.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , ,

Żegnaj, bracie Marks

Na łamach prasy zaroiło się ostatnio od prób diagnozy, dlaczego brytyjska sieć Marks&Spencer wycofuje się z polskiego rynku. Autor jednego z tekstów odkrywa zjawisko kanibalizacji marek ze średniej półki przez szybką modę (kiedyś pisałam o tym tutaj na przykładzie Benettona), niestety zarazem zaprzeczając swojej klasyfikacji poprzez wrzucenie do jednego worka wszystkich marek grupy Inditex oraz H&M. Tymczasem strategia obu koncernów polega na różnicowaniu cenowej oferty i w ich portfolio można znaleźć zarówno tanie H&M czy Bershkę, jak COS, &Other Stories czy Uterque, których – przynajmniej na polskie warunki – nie można nazwać inaczej jak „średnią półką” właśnie. A wszystko po to, by zgarnąć klienta konkurencji – lepiej, by ten, kto omija szerokim łukiem Zarę, kupił coś w Massimo Dutti, napełniając tę samą kieszeń. A polski klient ciągle patrzy głównie na cenę, nie na jakość, co przyczyniło się do pożegnania z polskim rynkiem choćby marki GAP, która – choć podobnie jak Benetton systematycznie obniża loty – oferowała te same bazowe ubrania co H&M czy Bershka, cenowo była jednak nieco mniej dostępna.

Znacznie dogłębniej potraktował sprawę Rafał Woś w „Polityce”, analizując fenomen w perspektywie nie dostrzeganej dotąd przez media osobliwości polskiego rynku handlowego, który w przeciwieństwie do innych rynków europejskich zupełnie porzucił model domów towarowych przy głównych ulicach miast, zamiast tego skupiając się na rozwoju centrów handlowych. Wbrew pozorom między tymi dwoma gatunkami, choć w obu przypadkach chodzi o sprzedaż różnych towarów pod jednym dachem, istnieje zasadnicza różnica. Dlatego na przykład pierwszy sklep &Other Stories w Polsce pojawił się w warszawskiej Galerii Mokotów, choć w takich miastach jak Berlin, Sztokholm placówki marki ulokowane są centralnie, zwykle w pokazowo odrestaurowanych zabytkowych budynkach. W Warszawie uznano najwyraźniej, że potencjalna klientka to pracowniczka jednej z licznych korporacji ulokowanych w rejonie ulicy Domaniewskiej, czyli tak zwanego Mordoru, która nadmiar czasu spędzonego za biurkiem i stresu rozładowuje zakupami w przerwie pracy. Co też, skądinąd, wiele mówi o tym, jak postrzegani jesteśmy przez zagranicę – zabiegane społeczeństwo na dorobku.

W przypadku Marks&Spencer zadziałało jednak chyba coś więcej niż tylko niższa siła nabywcza Polaków  i większa skłonność do robienia zakupów w galeriach. Oferta marki w Polsce różniła się od brytyjskiej – na nasz rynek trafiała tylko część asortymentu dostępnego w Wielkiej Brytanii – z reguły ta gorszej jakości, np. jeśli płaszcz z 80 proc. wełny, to z podszewką z poliestru, a nie np. wiskozy; akrylowe swetry, buty ze sztucznej skóry, etc. Przy cenach porównywalnych z COS czy Marc O`Polo trudno się dziwić, że bardziej znający się na rzeczy klienci woleli wydać o połowę mniej w którymś z sąsiednich sklepów Inditexu czy H&M za podobną jakość. Do tego wzornictwo M&S było chyba zbyt zachowawcze jak na polski gust, mało wyraziste. Zgodnie z filozofią domów handlowych firma miała w ofercie zarówno klasyczne kolekcje dla kobiet w średnim wieku, jak i propozycje dla nastolatek – nie do końca było więc wiadomo, kto miałby być docelowym klientem, a do sklepów, w których pod jedną marką można dostać wszystko – odzież dla różnych grup wiekowych, artykuły spożywcze czy wyposażenia wnętrz Polacy nie są przyzwyczajeni (ewentualnie kojarzą je negatywnie z epoką PRL-u). Nic więc dziwnego, że wśród znajomych ubolewających nad zniknięciem Marks&Spencer z Polski nie spotkałam jeszcze ani jedynej osoby żałującej ich ubrań, za to wszyscy ronią łzy nad swoimi ulubionymi produktami z działu spożywczego.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Tak i nie

Jakiś czas temu zrobiłam sobie listę różnych ingrediencji związanych z wyglądem, które pociągają mnie bardziej, i takich, od których od zawsze trzymam się z daleka. Pierwszą z list (tę na „tak”) można by więc uznać za rodzaj spisu składowych stylu. Wypisując to zestawienie, myślałam sobie jednak, że to tylko zbiór współrzędnych, które dopiero trzeba połączyć, żeby ułożyły się w sensowny wzór, i każdy, komu ów wykaz wyda się bliski, pewnie zrobiłby to po swojemu. Na przykład u mnie na liście jest sporo elementów zaczerpniętych z męskiej garderoby, ale jeśli zestawiam kilka z nich naraz, to zwykle dodaję czerwoną szminkę i np. rozpuszczone włosy. U kogoś innego takim przełamaniem mogą być z kolei buty na obcasie.

Myślałam też, że prostota bywa pułapką. Można ubierać się najprościej jak można, i będzie się wyglądało schludnie, przyzwoicie, nawet elegancko (pułapka tzw. przepisów na minimalistyczną „capsule wardrobe”), lecz nie oznacza to, że inni, patrząc na kogoś, kto nosi się w taki sposób, uznają, że ma swój styl, który – przynajmniej tak go rozumiem – jest raczej dojściem do stopnia samoświadomości pozwalającego twórczo łączyć to, co gra człowiekowi w duszy, z tym, jak wygląda, tak, że stwarza wrażenie spójności. Niektórzy robią to instynktownie, jakby mieli tę zdolność w genach lub urodzili się z takim naturalnym darem, inni dochodzą do tego stanu dopiero z czasem. Jeden z przykładów takiej samoświadomości z rodzimego podwórka, który przychodzi mi teraz do głowy, to Joanna Klimas. Dlatego z coraz większą rezerwą podchodzę do kolejnych „podręczników stylu”, francuskiego czy jakiegokolwiek, na które w naszym kraju najwyraźniej jest zapotrzebowanie nie mniejsze niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie ten typ literatury święci triumfy od dawna. Owszem, da się (i nawet trzeba) przekazać ludziom, jak łączyć ze sobą kolory, w czym wypada lub nie wypada pokazać się na oficjalnej uroczystości, jak dobrać proporcje, żeby skorygować sylwetkę. Nie da się powiedzieć komuś: weź to i to, złóż ze sobą te elementy i będzie świetnie, staniesz się osobą stylową. Taki człowiek musi najpierw sam wiedzieć, kim jest i czego chce, znać swoje atuty i ograniczenia, podpatrywać i testować, czasem metodą prób i błędów. To jak z gotowaniem – można zaglądać co pięć minut do przepisu, obawiając się odstępstw od instrukcji, i nauczyć się robić zupę poprawnie wykonaną, ale bez smaku. A można wiedzieć, co z czym współgra, lecz nie odmierzać każdej porcji miarką, dodać czasem szczyptę przyprawy o kontrastowym smaku. Brak tego nieuchwytnego „czegoś” i mimo usiłowań zamiast obrazu osoby, która posiada wyrazisty, własny styl mamy przebranie za grzeczną uczennicę albo prowincjonalną sekretarkę. Albo wystawowy manekin lub klona ulubionych postaci z Instagrama.

A teraz moja lista (niepełna, bo można by ją ciągnąć i ciągnąć). Macie swoją?

NIE:

  • falbanki i inne „kobiece” ozdóbki – bufki, plisy
  • białe koronki
  • mom jeans, które teraz przeżywają drugą młodość
  • bawełniane „tuniczki”
  • koszulki polo
  • obcisłe kardigany
  • haremki
  • mocno taliowane koszule
  • koszulki ze śmiesznymi napisami albo logo firm, w ogóle wszystko, co jest z napisami albo z logo, z wyjątkiem koszulek ze zdjęciami płyt zespołów
  • rybaczki
  • dwurzędowe płaszcze i marynarki
  • „wojskowe” spodnie ze ściągaczami u dołu
  • obcasy na platformie typu „końskie kopyto”, niesłychanie modne kilka lat temu
  • płaskie buty w szpic
  • trapezowe kroje sukienek, w których każda sylwetka wygląda jak w ciąży mnogiej
  • golfy
  • cienkie rajstopy w kolorze tzw. cielistym, zwłaszcza z lekkim połyskiem, noszone do spódnic
  • dresy jako ubiór na ulicę (dresy = sport)
  • styl bling-bling – dużo błysku, dużo biżuterii
  • akrylowe swetry
  • jakiekolwiek ubrania z poliestru i akrylu
  •  apaszki i krótkie chustki
  • krótkie motocyklowe botki, takie sięgające kostki (wyższe, do pół łydki, na mocnej podeszwie – to co innego)
  • kolory: żółty i zielony; z wyjątkiem „morskich” odcieni zielonego

TAK:

  • koszule o prostym, podobnym do męskiego kroju
  • spodnie cygaretki, także w kratki lub paski
  • chinosy
  • buty na słupkowym obcasie
  • ołówkowe spódnice lub spódnice o linii A
  • spodnie typu culottes
  • wełniane spodnie z wysokim stanem i szerokimi nogawkami
  • półbuty na płaskiej podeszwie
  • skórzane lub zamszowe botki na obcasie
  • sztyblety
  • sukienki kopertowe a la Diana von Furstenberg, ale gładkie, bez wzorów
  • szmizjerki
  • bluzki zapinane na guziki na plecach
  • koszule o japońskim kroju
  • dżinsowe, proste koszule
  • bluzki w marynarskie paski
  • dekolty V albo w łódkę
  • asymetria
  • op-art
  • białe kropki na czarnym tle
  • malarskie akcenty
  • klasyczne trencze
  • kombinezony
  • krótkie skórzane kurtki
  • długie wełniane płaszcze przewiązywane paskiem
  • duże chusty
  • kapelusze
  • mocne, kontrastowe zestawienia kolorystyczne i graficzne nawiązujące do op-artu
  • zwracający uwagę dodatek, noszony często – może to być np. zegarek
  • kolory: granat – ulubiony kolor bazowy, biel i czerń, także w typowym, szkolno-podstawowym zestawieniu: biała góra, czarny albo granatowy dół; szarości, zimne odcienie niebieskiego, czerwień, amarant
  • materiały:  bawełna, len, wełna, kaszmir, wiskoza, lyocell

INSPIRACJE:

  •  Japonia (wiadomo;)
  • Skandynawia
  • lata 20, 30. i 40. ubiegłego wieku
  •  wczesna Coco Chanel
  • new wave (zarówno francuska Nowa Fala filmowa, jak i nurt muzyczny)
  • punk
  • robocze uniformy
  • klasztorne szaty
Otagowane , , , , , , ,