Tag Archives: Nasz mały PRL

Pół roku w innym wymiarze

„Nasz mały PRL” Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego (Wydawnictwo Znak) zakrawa na najgorętszą premierę książkową września. Wszyscy o niej mówią, dyskutują, spierają się, czy aby książka wpisuje się w nurt „PRL-nostalgii”, kładąc nacisk na dobre strony ustroju, w którym kraj nasz tkwił z przymusu przez pięć kolejnych dekad, czy może wręcz przeciwnie – udowadnia, że były to czasy straszne. (Dla niezorientowanych: autorzy, oboje dziennikarze, przeprowadzili swoisty eksperyment: przez pół roku starali się żyć tak, jakby PRL wciąż istniał, a później opisali to doświadczenie).

Książkę właśnie przeczytałam i uważam, że sprowadzanie dyskusji wokół niej do aspektu rozliczeń historycznych jest nieporozumieniem. Ani przesadnie nie gloryfikuje PRL-u, ani do niego nie zniechęca – choć autorzy nie ukrywają, że po zakończeniu dobrowolnej maskarady nie chcieliby naprawdę przenieść się w czasie, bo minusy życia w gospodarce niedoboru przeważały jednak nad plusami.

Mam za to kilka innych uwag. Sam pomysł był świetny. Gorzej, niestety, z wykonaniem. Autorzy przekonali się kilkakrotnie na własnej skórze, że w dzisiejszej rzeczywistości nie da się już odtworzyć realiów życia w gospodarce socjalistycznej w skali jeden do jeden. Bo owszem, udaje się im odnaleźć mieszkanie w PRL-owskim stylu, wyposażone w sprzęty z epoki, ba, nawet wejść w posiadanie niektórych oryginalnych produktów żywnościowych z lat 80., kupić malucha, nie używać telefonów komórkowych ani Internetu. Ale nie da się już (co przyznają sami zainteresowani po kilku próbach) stać godzinami w kolejkach, próbować zaopatrzenia w sklepach świecących pustymi półkami (choć trzeba przyznać, że bardzo starają się znaleźć w Warszawie handlowe enklawy, gdzie wciąż unosi się duch PRL-u), czy podróżować wyłącznie archaicznymi typami komunikacji miejskiej. Poza tym wszyscy inni ludzie, z którymi stykają się na co dzień, choćby koledzy z pracy, funkcjonują w odmiennej rzeczywistości. Meyza i Szabłowski musieliby chyba nie opuszczać przez pół roku mieszkania, co na inny sposób dowodziłoby sztuczności przedsięwzięcia. Stąd tak liczne podczas tej sztuki, odgrywanej w dekoracjach A.D. 1980, wyłomy, zza których wyzierają przedmioty i zwyczaje należące do zupełnie współczesnej epoki. Weźmy choćby sytuację, w której Szabłowski naprawdę chce napisać zlecony mu reportaż bez użycia komputera, próbuje nawet dokonać tego za pomocą maszyny do pisania, ale niestety, nic z tego. Tekst nie nadaje się do druku, dziennikarz nie potrafi przestawić się na inny tryb tworzenia, musi więc pożyczyć komputer od znajomego…. Nie mówiąc już o innym poziomie, z którym związane było życie w państwie takim jak Polska Rzeczpospolita Ludowa tuż przed stanem wojennym: inwigilacje, cenzura,  nieustanne lęki podsycane zresztą przez władzę, konieczność opowiedzenia się w praktyce po którejś ze stron historycznego sporu…. Tego nie da się odtworzyć, bo i jak? Trzymając w tapczanie zakazaną przez cenzurę publikację? A kto niby miałby przyjść na rewizję?

Podczas czytania drażniło mnie też nierównomierne rozłożenie akcentów, nawet w kierunku, który mnie samą interesowałby najbardziej. Wyjątkowo dużo miejsca poświęcono np. kwestiom higieny osobistej albo relacji kobieta-mężczyzna, dowodzący, że PRL równał się kulturze macho. Nie wspomniano natomiast zupełnie o innych kwestiach – ot, choćby jak w „niby-PRL-u”  załatwiono kwestię rozliczeń finansowych. Drażni też przydługi wywód Szabłowskiego w formie listu do generała Jaruzelskiego. Niezależnie od tego, czy zgadzam się z tymi poglądami, czy nie, miejsce takich wynurzeń byłoby raczej na łamach macierzystej gazety autora. Chyba lepiej było dać sobie spokój z historyczną interpretacją i pozwolić czytelnikowi, by samodzielnie wyrobił sobie zdanie na temat minionego ustroju i jego włodarzy.

Szabłowski i Meyza, prywatnie małżeństwo, wzięli udział w eksperymencie solidarnie, ale to jej udział obarczony był większym ryzykiem. I nie chodzi tu tylko o podział ról w gospodarstwie domowym, zgodny z ówczesnym standardem – zgodnie z którym większość obowiązków była właśnie na jej głowie. Pod koniec „PRL-u” okazuje się, że autorka jest w ciąży. Nie może skorzystać z usług kapitalistycznej przychodni, bo oznaczałoby to naruszenie zasad gry i jej przedwczesny koniec, szuka więc lekarza, który funkcjonowałby nadal na podobnych zasadach jak w minionym ustroju, zadając sobie przy tym pytania, czy nie naraża przypadkiem zdrowia własnego i dziecka. To najmocniejsze – i nie jedyne zresztą – zetknięcie z mniej teatralną rzeczywistością poprzedniej epoki.

Autorom nie chodziło ani o wybielanie PRL-u, ani o pokazanie, jaki był to straszliwy i mroczny czas. Jak sami piszą pod koniec, dzięki eksperymentowi przekonali się, że można, naprawdę można wytrzymać przez pół roku bez Internetu, telefonów komórkowych, całego medialnego szumu otaczającego nas od rana do nocy. Zwolnić tempo, bawić się z dzieckiem zabawkami może archaicznymi, ale za to uruchamiającymi wyobraźnię. Zrozumieć, że najważniejsze są nie modne gadżety i ciągły pęd, ale ludzie, zwłaszcza najbliżsi, i czas wzajemnie sobie poświęcany. Stąd też recenzja „Naszego małego PRL-u” w Bibliotece Minimalisty….. 🙂

Chyba lepiej jednak przekonać się do tego wszystkiego metodą przemyśleń, niż doświadczając na własnej skórze uroków życia w PRL-u, nawet niekompletnym.

Reklamy
Otagowane , , , , , ,