Tag Archives: odchudzanie

W zdrowym ciele

Wiosna. Dookoła słychać rozmowy o odchudzaniu, uprawianiu sportów. Jakiś rok temu modna była dieta Dukana. Osoby ją stosujące można było poznać na odległość, nie tylko dlatego, że nie ruszały się nigdzie bez plastikowych pojemników z zestawami na dany dzień, ale też z powodu wyjątkowo mizernego wyglądu. To nie były sylwetki i twarze tryskające zdrowiem, o nie. Raczej ludzie, na widok których chciało się współczująco zapytać: „Co ci jest?” , bo sprawiali wrażenie poważnie chorych.

Teraz nie wiem, co jest modne. Chyba wizyta u dietetyków (to już znacznie lepiej, przynajmniej chudnie się pod fachową kontrolą). I bieganie. W „Rzeczpospolitej” niedawno tekst o bieganiu – od biznesowej strony. Ile musi zainwestować osoba, która chce na poważnie uprawiać ten sport. Wynika z niego, że 2 tys. zł to minimum na dobry początek. Kupujemy więc sprzęt, ubrania. Ilu wytrzyma dłużej niż miesiąc?

Fragment jednej z rozmów: „No i spróbowałam się przejechać tym rowerem Veturilo. Nawet fajne, tylko ten koszyk na kierownicy zasłaniał mi drogę.  Ale na codzień chyba nie dałabym tak rady. To jest dobre, jak gdzieś musisz jechać metrem, , bo byłby problem z parkowaniem, a potem nie chce ci się iść”. Mówi to osoba, która codziennie jeździ do pracy autem, a narzekania na wprowadzenie strefy parkingowej w okolicy i brak wolnych miejsc łączą się z lamentem, że ” nie ma czasu chodzić na siłkę”. Od domu do pracy dzieli ją mniej więcej 20 minut jazdy rowerem (a przez większą część trasy ma ścieżki rowerowe, szczęściara!) lub 10 minut komunikacją miejską.

Też byłam szczęściarą. Mniej więcej do dwudziestego trzeciego roku życia – chudziutka, o chłopięcej sylwetce, z dobrą przemianą materii. Mogłam zjeść dziennie oprócz śniadania  i kolacji dwa obiady i trzy drożdżówki na podwieczorek i nic. I nagle, kilka lat później, kiedy zmieniłam pracę i zaczęłam spędzać większość dnia za biurkiem, pewnego dnia z przerażeniem odkryłam, że coś jednak się w moim wyglądzie zmieniło. Przybyło mi kilka kilogramów, wyrosły boczki. Zupełnie niezauważalnie. Nie podobało mi się to, co zauważyłam pewnego dnia na zdjęciu, a więc trzeba było coś z tym zrobić. Przypomniało mi się, jak jeden ze znajomych, wtedy trochę po czterdziestce, zauważył u siebie podobne zapuszczenie i wziął się ostro do dzieła. Rezultat był co najmniej przyjemny, czterdziestopięciolatek wyglądał na wysportowanego trzydziestoparolatka. Zastosowałam więc jego patent:

– Zasada „jedz połowę” – w ciągu dnia nie głodziłam się, tylko jadłam to samo, co zwykle, ale w mniejszych porcjach i pilnowałam, żeby jeść pełnowartościowo i zdrowo, na ile się da: więcej warzyw, owoców, żadnych czipsów i innych przegryzek, pakowanej, wysokoprzetworzonej żywności.

– zero słodyczy na codzień, ale żeby się nie katować, raz na półtora albo dwa tygodnie pozwalałam sobie na słodką nagrodę,

– regularne picie wody mineralnej niegazowanej albo wody oligoceńskiej z cytryną, przynajmniej 1,5-2 litra dziennie, do tego piłam też sporo zielonej herbaty, czarna kawa raz dziennie, przestałam dodawać mleko do kawy i doceniłam smak dobrego espresso

– niejedzenie niczego po godz. 20, ewentualnie mała przegryzka – banan, jabłko

– dużo systematycznego, codziennego ruchu. Zaczęłam chodzić na piechotę do pracy (mniej więcej pół godziny szybkiego marszu) tam i z powrotem i w ogóle chodzić, gdzie się da. Na zmianę z jazdą rowerem. Wróciłam też na jogę – minimum raz w tygodniu (znajomy, o którym wspominałam, zamiast jogi chodził grać w tenisa).

I tyle.

Zbicie nadprogramowych ośmiu kilogramów i ustabilizowanie wagi zajęło mi niecały rok. Koszt – zero złotych, nie licząc  karnetu na jogę – ok. 120 zł miesięcznie, ale przypuszczam, że i bez niej można by osiągnąć ten efekt. Mam jednak na uwadze, że po trzydziestce muszę się pilnować, bo przemiana materii spowolniła, i jeśli znów „dam sobie na luz”, niewiele mi pomoże. Więc większość wymienionych nawyków uskuteczniam nadal.

Może trzeba to opisać na kilkudziesięciu stronach i wydać poradnik „jak schudnąć i się nie rozchorować”. Obawiam się jednak, że byłoby trudno znaleźć wydawcę – nazbyt proste i niskokosztowe rozwiązania są traktowane podejrzanie. Zresztą o czym tu pisać, jeśli wszystko na dobrą sprawę zawiera się w haśle złożonym z dwóch liter  – „ŻP”, jak mówią niektórzy (bardziej elegancko – jedz połowę) , do którego dołożyłabym jeszcze jedno:  „systematycznie się ruszaj”?

Otagowane , , ,