Tag Archives: organizacja pracy

Bardzo straszna Buka

Pamiętacie Bukę z „Muminków”, stwora, którego wszyscy się panicznie bali, a który okazał się personifikacją strachu o wielkich oczach, który trzęsie się na myśl o spotkaniu twarzą w twarz z innymi? Można się na Bukę natknąć w całkiem niespodziewanych miejscach.

Dwa lata temu, jak wspominałam tutaj między wierszami, po wahaniach i różnych eksperymentach zostawiłam za sobą pracę na etacie i zostałam wolnym strzelcem. Był to bardzo świadomy wybór. Wiedziałam, na czym chcę się skupić i po co chcę odzyskać te osiem godzin każdego dnia. Świadomie podjęłam też ryzyko, że przez pewien czas mogę zarabiać mniej albo nie zarabiać wcale; miałam oszczędności; pasywny dochód i kilka stałych zleceń, które zasilały konto na bieżąco. Zostawiałam też przed sobą otwartą perspektywę powrotu do etatowej pracy, jeśli byłaby taka konieczność finansowa lub jakieś niesamowicie ciekawe twórcze wyzwanie, choć na to drugie w firmowych ani instytucjonalnych strukturach raczej nie liczyłam. Czułam to, co powinno być dla mnie oczywiste od zawsze – że moim zdolnościom, charakterowi, trybowi życia najbardziej odpowiada praca na własny rachunek.

Czytam powyższe i nawet teraz dziwię się, że roztrząsanie wszystkich za i przeciw zajęło mi tyle czasu – opis mojej sytuacji wygląda na bardzo rozważne podejście do zagadnienia, wręcz przeciwieństwo modelowego „rzuć korpo i jedź w Bieszczady”. Wszystko przemawiało za taką zmianą, byłam jej pewna, moment wydawał się właściwy. Ale mimo tej wiedzy i zasobów, bałam się. Buka siedziała sobie przyczajona gdzieś obok, w ciemnościach.

Minęło jakieś pół roku, może więcej. Nie żałowałam starego życia. Cieszyłam się, że wreszcie mam czas na spacer albo jogę w środku dnia, na spotkanie z przyjaciółmi, że jestem panią swojego czasu i własnych decyzji. To, że Buka nie znikła, ze ciągle widzę utkwione w sobie jej ślepia, uświadomiłam sobie któregoś wieczora, zasypiając i jednocześnie robiąc w głowie przegląd zadań do wykonania. Czas gonił, w wyobraźni obawiałam się, że nie zdążę z tym lub z owym, że zleceniodawcy będą się irytować…. Olśniło mnie: niby wolna, bezwiednie naśladowałam mechanizm wyuczony w pracy dla kogoś. Sama stałam się dla siebie bezwzględnym ekonomem. Układam dni tak, żeby upchnąć w nich jak najwięcej spraw do załatwienia. Nadal siedzę nad pracą wieczorami i w niektóre weekendy. Znów nie starcza mi czasu na spacer, pójście do kina czy na wystawę, sama siebie obwiniam za zbyt długie bumelowanie w przerwie na kawę. Niby chciałam się uwolnić i zyskać czas na rzeczy ważne, a nadal biorę każde zlecenie, ba, zabiegałam o wiele zleceń do przodu, żeby napełnić symboliczną spiżarkę jak chomik przed zimą.

Po przemyśleniu sprawy, przy okazji rocznych podsumowań, zaprowadziłam nowe porządki. Zdecydowałam, że skupiam się na jednej, najważniejszej rzeczy, dla której porzuciłam etat. To pisanie. Że rezerwuję codziennie w kalendarzu czas na przyjemności, a także na nic nierobienie, niezbędne przy pracy twórczej – i nie pracuję w weekendy. Dokańczam już podjęte zlecenia, nie szukam nowych, a jeśli nowe same mnie znajdą, pytam sama siebie, dlaczego chcę się ich podjąć. Czy są zbieżne z moimi długoterminowymi celami? Czy nie będą zabierać zbyt wiele czasu, który poświęcam na moją jedną najważniejszą rzecz? Czy są ciekawe na tyle, że czuję ekscytację na samą myśl, że mogę się w nie włączyć?   Dla takich finansowo ustalam sobie granicę, poniżej której nie schodzę. Dziękuję za propozycje, które gwarantują wyłącznie lub głównie zarobek, ale nie spełniają wspomnianych kryteriów. Maksymalnie wybieram dwa, trzy dodatkowe projekty na kwartał, bo tylko wtedy mam gwarancję, że nie będą kolidować z moim podstawowym zajęciem, wywiążę się z nich dobrze i w terminie. Aha, właśnie – i realistycznie ustalam terminy wykonania, bo do tej pory nie dość, że podejmowałam się działań superekspresowych kosztem choćby weekendów, to sama proponowałam takie, którym nie podołałby nawet ktoś obdarzony umiejętnością bilokacji.

Dlaczego sobie to dotychczas robiłam, chociaż nie było potrzeby? Buka, moja stara znajoma, znała odpowiedź: ze strachu. Że jeśli odmówię, to ktoś się obrazi. I już nigdy niczego nie zaproponuje. Że gdy będę potrzebować pieniędzy, nie będzie dla mnie zleceń. Że wypadnę z obiegu.

Co naprawdę kryło się za ogólnikowym „wypadnięciem z obiegu”, zrozumiałam jednak dopiero wówczas, kiedy zaczęłam działać zgodnie z nowymi zasadami. Ograniczyłam czas pracy. Rezerwowałam sobie przedpołudnie na pisanie i codziennie rano w tym celu siadałam do biurka. Telefon milczał, nie spływały nowe zlecenia. Nie tęskniłam za nimi, nie potrzebowałam ich do przeżycia. Ale moja Buka znów wychynęła z lasu. „Stawiasz wszystko na jedną kartę – syczała tym razem, patrząc, jak męczę się, przepisując kilkanaście razy jedno zdanie, żeby nadać mu możliwie idealną formę. – A co, jeśli nie napiszesz nic sensownego? Wypaliłaś się. Popatrz, nikomu nie jesteś potrzebna. Twoi znajomi robią bardzo ważne rzeczy, a ty siedzisz w domu i wystukujesz na komputerze jakieś głupoty. Jeszcze żeby coś z tego było, coś wielkiego, genialnego, a nie ma takiej gwarancji. Może okazać się, że przeciętniak z ciebie”. Wtedy przez krótką chwilę udało mi się spojrzeć jej prosto w twarz. I odpowiedzieć w myślach: „To trudno. Najwyżej będę nikim. Do tego czasu już wystarczająco dużo zrobiłam. Mogę po prostu cieszyć się życiem”.

Tak to wyglądało w samym środku stolicy pod koniec ubiegłego tygodnia 🙂 

Co zobaczyłam, patrząc prosto w oczy Buki? To, że nie chodziło wcale o bezpieczeństwo materialne. Twórcza, wymarzona praca stawała się dla mnie sposobem na potwierdzenie sensowności własnego istnienia. Tak samo jak dotychczasowe prace, mniejsze i większe, wykonywane zwykle dla kogoś innego, czasem z pasją, czasem bez. Gubiła się gdzieś w tym wszystkim przyjemność i gotowość do eksperymentowania, niezbędna przecież przy wszelkich twórczych zajęciach. Buka przemawiała głosikiem doskonale mi znanym z dzieciństwa. W moim domu pisanie – podobnie jak malowanie, komponowanie i tym podobne – uchodziły za niepoważne. Można było traktować je co najwyżej jak hobby, zaś jako podstawowe zajęcie wybrać takie, które gwarantuje stabilne zarobki, prestiż społeczny i zatrudnienie do końca życia. Wiadomo: prawnik, lekarz, finansista. Oczywiście nikomu nie śniło się wtedy o blogerach, youtuberach i influencerach, którzy na takie prognozy zareagowaliby głośnym śmiechem.

Myśl, że przecież nic nie muszę, pomogła mi się odblokować. No bo co takiego się stanie, jeśli efekt nie będzie doskonały na sto procent? Albo będzie kompletnie do niczego? Ktoś wtrąci mnie za to na resztę życia do więzienia o chlebie i wodzie? Raczej nie. Wyśmieje, odrzuci? Niejednemu i niejednej się to zdarzyło, włącznie z największymi. Zawsze można rzecz napisaną przerobić, napisać od nowa. Albo zająć się czymś innym.  Odtąd, jeśli piszę, staram się pisać tak, jakby było to pierwsze pisanie w moim życiu. Bawić się słowem i wyobraźnią. Bez nastawienia na osiągnięcia i spełnienie czyichkolwiek oczekiwań, choć systematyczna jak dotąd. Co z tego wyniknie? Zobaczymy.

Dzielę się tymi doświadczeniami, bo zauważam coraz częściej, jak wielu z nas, wzdychających do zdrowej równowagi tak samo jak ja, katuje samych siebie za brak produktywności. Na etacie lub poza nim, bo formuła pracy ma tak naprawdę drugorzędne znaczenie. Dodatkowo nakręcają nas media społecznościowe, w których wszystko, w tym proste życie, minimalizm, urodzenie i wychowanie dziecka, a nawet odpoczynek, musi być projektem. Nawet jeśli pisze się o tym ironicznie, dodając emotikon sugerujący dystans do sprawy. Chłonąc codziennie taki przekaz, zwielokrotniony poprzez liczbę obserwowanych profili, nietrudno poczuć się bezwartościowym i uwierzyć, że istotą naszego życia jest nieustanna aktywność, zwieńczona konkretnymi rezultatami, którymi można pochwalić się światu. Jeśli nie udowodnię, że jestem zajęty, wszystko jedno czym – pracą nad bardzo ważnym zleceniem, robieniem zdjęć na Instagrama, przesadzaniem roślin –  to nic nie znaczę. Nawet spać nie można dla samego spania, tylko musi to być na przykład eksperymentowanie z własnym snem.

Dlatego też teraz tym bardziej cieszę się, że istnieje ten blog. I z tego, że na samym początku zdecydowałam, że będę go prowadzić anonimowo. Nawet jeśli w dzisiejszych czasach anonimowość to ponoć działanie samobójcze (choć Elena Ferrante jakoś daje radę 😉 Kto wie, ten wie, kto się domyśla, niech tonie w domysłach, a kogo to nie obchodzi, ten skupi się na czytaniu. Wygoda – nie muszę pilnować „wizerunku”, zastanawiać się nad każdym słowem, żeby odpowiadało wypracowanym założeniom profilu. Publikować z regularnością, która pozwoli zwiększać zasięgi. Czy nie korciło mnie, żeby działać inaczej? Korciło, zwłaszcza gdy minimalizm i proste życie zaczęły się świetnie sprzedawać. Ale nie zamierzam tego zmieniać, anonimowość przekreśla też przełączenie się na inne formy odbioru, jak nagrywanie filmików (no, może nie przekreśla całkiem, ale sporo byłoby z tym niepotrzebnych kombinacji). Zresztą wcale nie chce mi się niczego nagrywać. Lubię pisać dla tej grupy czytelników, która ciągle tutaj zagląda z nadzieją, nawet jeśli jest ich garstka. Długie posty, krótkie posty, z przerwami. A gdy wszystkie inne blogi znikną, przynajmniej będę się wyróżniać J

Czy Buka wróci? Pewnie tak, w jakiejś innej formie. Ale teraz przynajmniej trochę ją rozumiem – dlatego wygląda mniej strasznie.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , ,