Tag Archives: pakowanie

Chomik w podróży

Na pytanie: z czym kojarzą Ci się wakacyjne wyjazdy z dzieciństwa? – odpowiadam: z wolnym czasem i przygodami. Oraz stresem i nieustającym pakowaniem, a potem taszczeniem ze sobą całego dobytku – początkowo autobusem lub pociągiem (tu jednak obowiązywały pewne naturalne limity, zwłaszcza że pociągową regułą numer jeden było permanentne zatłoczenie), potem – samochodem, gdzie ograniczeń nie było.  Niestety. Jedna z dorosłych osób w mojej rodzinie jest bowiem klasycznym „chomikiem”, gromadzącym rzeczy ponad miarę. Ten sam schemat powtarzała na wakacjach: musiała wziąć wszystko, co potrzebne do życia. Na każdą okazję. Przy czteroosobowej rodzinie oznaczało to całą baterię ubrań, kosmetyków, nawet sztućców i innych sprzętów (jeździliśmy do domu dziadków).  Podczas pakowania się wybuchały kłótnie. Segregowanie i kompletowanie, a potem znoszenie tego wszystkiego do samochodu trwało w nieskończoność. I tak zawsze okazywało się, że czegoś zapomnieliśmy.

Nieprędko zauważyłam, że sama naśladuję ten wzorzec. Kiedy w liceum po raz pierwszy wyjeżdżałam pod namiot, moja współtowarzyszka podróży wybałuszyła ze zdumienia oczy na widok…. szczotki do mycia pleców, wystającej z i tak już wypchanego po brzegi plecaka. Tak, takiej szczotki z długim drewnianym trzonkiem, wieszanej zwykle w łazience na specjalnym uchwycie albo pokrętle prysznica. Przecież mogła się przydać!

Potem szczotki już nie woziłam. Zawsze jednak miałam ze więcej rzeczy, niż było mi naprawdę potrzeba. Zwłaszcza ubrań.

Kilka lat temu, lecąc do Ameryki Południowej, zabrałam plecak wypełniony zestawami ubrań na całe trzy tygodnie pobytu. Pobyt był z gatunku trekkingowych, podróżowałam po kraju autobusami, pociągami, często się przesiadając, wydeptując kilometry w poszukiwaniu noclegu, bo wcześniej nie robiliśmy rezerwacji. Nietrudno zgadnąć, ile razy byłam wówczas wściekła na siebie, mając ochotę wywalić zawartość plecaka do najbliższego kosza na śmieci. Dodam, że połowy rzeczy nie założyłam ani razu.


Za dwa tygodnie znów wyjeżdżam daleko – prawie do końca sierpnia będę w  Japonii. Jadę tam po raz pierwszy, zawsze chciałam odwiedzić ten kraj, ale po licznych lekturach zdaję sobie sprawę, że mogę czuć się w nim jak na innej planecie, więc ekscytacja miesza się jednak z przerażeniem.  Tym bardziej nie mam zamiaru powtarzać błędów z przeszłości. Kilka miesięcy temu na tygodniowy wyjazd do Hiszpanii zabrałam jeden mały plecak – o, taki: i jakoś pomieściłam w nim wszystko bez trudu, a nawet zostało trochę miejsca.

Niedościgłym wzorem w kwestii pakowania pozostaje dla mnie Francine Jay, autorka bloga Miss Minimalist ( i książki „The Joy of Less”) – z tym wpisem. Nie będę, oczywiście, powielać jej listy, bo każdy ma inne artykuły podstawowej potrzeby, ale traktuję ją jako pomocne narzędzie. Pomysł dzielenia wszystkiego na „moduły” zamierzam wcielić jednak w życie, bo mocno je ułatwia: żeby znaleźć cokolwiek, nie trzeba w panice przeszukiwać całej torby.

Planuję zabrać tylko bagaż podręczny, oszczędzając sobie tym samym dodatkowego czekania na lotniskach i nerwów (zgubili? nie zgubili?) Musi on więc być na tyle lekki, żeby dało się z nim bez trudu wędrować po mieście. Tam, gdzie zatrzymamy się na kilka dni, przydatna będzie też zwykła płócienna torba (nazywana też ekologiczną).  Zajmuje mało miejsca, łatwo ją złożyć lub zwinąć, w samolocie można upakować w nią różne materiały do czytania, niezbędne do przetrwania długiego lotu (nienawidzę długich lotów i w ogóle najlepiej czuję się  stojąc obiema nogami na ziemi). Poza tym człowiek nie wygląda z taką torbą jak turysta:) Ewentualnie – mała podręczna torebka na ramię, w której będę nosić dokumenty, pieniądze i małą kosmetyczkę.

Drugie postanowienie, poczynione po lekturze wpisów podróżniczych Lin, autorki bloga Out of the Bag – nie ma sensu dzielić garderoby na „podróżną” . Kiedy zabieramy ze sobą w podróż rzeczy, w których chodzimy na codzień, czujemy się lepiej i nie kusi nas, żeby zrobić odzieżowe zakupy pod pretekstem, że czegoś zapomnieliśmy z domu albo wyglądamy nie najlepiej. I – znów – nie krzyczymy z daleka: „jestem turystą!”

Oto, co zamierzam zabrać:

– plecak, tym razem nieco większy, o wymiarach 30×40 cm, głęboki na 17 cm

– dokumenty (paszport i jego kserokopia), dwie karty płatnicze, portfel z wymienioną zawczasu gotówką

– sekcja medyczna: aspiryna, ibuprom, węgiel, ziołowy preparat na przeziębienie,maść i krople do oczu, maść typu zovirax

– sekcja kosmetyczna: zestaw chusteczek nawilżających, gumy do żucia, mała kosmetyczka z podkładem, pudrem, etc., dezodorant, płyn do mycia i szampon, pasta i szczotka do zębów, perfumy, pasta wygładzająca do włosów w małym opakowaniu, szczotka do włosów, samoopalacz, golarka, krem nawilżający, zapas jednorazowych soczewek, okulary. Wszystkie kosmetyki przelewam do mniejszych pojemników (świetny patent, można je kupić w sklepie Muji – także online) i wkładam od razu do przezroczystej saszetki z myślą o kontroli bagażowej.

– sekcja odzieżowa: mały podróżny parasol (znów Muji jest tu nie do pobicia), okulary przeciwsłoneczne, tygodniowy zapas bielizny (będę robić pranie na bieżąco co wieczór), rozpinany granatowy kardigan, bawełniany szal w jakimś żywszym kolorze, bawełniana sukienka bez ramion, dwa czarne podkoszulki bez ramion, dwa granatowe t-shirty, krótkie spodnie, spódnica, bawełniany podkoszulek z długim rękawem, długie spodnie typu chinos z lekkiej bawełny w ciemnym kolorze, nakrycie głowy, podkoszulek do spania. Jeśli uda mi się dotrzeć do sklepu A.P.C. w Tokio, zamierzam uzupełnić ten zestaw o dawno upatrzone jeansy z surowego materiału (tzw. raw denim) typu petit standard albo new standard –  jak wyczytałam na różnych forach, ich numeracja jest myląca, należy wybierać o rozmiar-dwa mniejsze, a potem rozbić do tego właściwego, więc nie odważę się ich kupić przez Internet bez wcześniejszego zmierzenia.

buty: conversy i sandały,  japonki z H&M (pod prysznic). Rozważam jeszcze lekkie mokasyny, ale chyba lepiej sobie odpuścić, prawda? (chomik! chomik!), zobaczymy ile miejsca zostanie w plecaku.

sekcja technologiczno-rozrywkowa:  iPhone plus ładowarka, drukowany przewodnik, jedna książka (dobrym patentem jest zabieranie w tego typu podróże czegoś z klasyki, bo gdy ma się tylko jedną drukowaną lekturę, na nowo smakuje się każde zdanie). Gdyby mi się znudziło, w programie Kindle na iPhone`a mam też kilka książek elektronicznych. Być może dodatkowy aparat bez simloka, do którego będę mogła dokupić kartę z lokalnym numerem – do awaryjnych kontaktów na miejscu.

Mam nadzieję, że tym razem nie przesadziłam w drugą stronę i nie będę biegać w poszukiwaniu jakichś absolutnie niezbędnych rzeczy po nieznanych miastach, gdzie układ ulic i numeracja budynków ma niewiele wspólnego z europejską logiką.

Reklamy
Otagowane , , , , , , ,