Tag Archives: Paris Street Style

Z dużej chmury mały deszcz

Bardzo lubię Garance Dore i jej bloga. I jej rysunki. I zdjęcia. I filmy „Pardon My French”. I jej profil na Instagramie. I jej styl, ewoluujący z roku na rok w coraz bardziej ciekawym kierunku.

Warto to zaznaczyć na samym początku, bo teraz nastąpi ostrzeżenie przed wyrzuceniem lekką ręką w błoto ponad 50 zł. Ostrzeżenie, które i tak niewiele zmieni, bo „Love, Style, Life”, świeżo po światowej premierze, pewnie już  triumfuje także na listach bestsellerów w Polsce. Do czego – przyznaję ze smutkiem – sama dołożyłam cegiełkę, wydając wspomnianą kwotę na to, co zapowiadane było co najmniej od roku jako Książka, zamiast przejrzeć w księgarni i tam zostawić.

Dałam się nabrać, co jest zarówno smutne, jak i groteskowe, bo przecież doskonale wiem, jak działa promocyjna machina. Odwołania do Książki we wpisach na blogu. Meldunki o opuszczeniu przez Książkę drukarni, ekscytacja, kiedy Książka trafiła na księgarniane półki, zdjęcia na Snapchacie pokazujące moment odbioru pierwszych egzemplarzy Książki, pakiety z zestawem kosmetyków towarzyszące Książce, zapowiedzi spotkań autorskich….

Oszustwo doskonałe – nie pierwszy raz przecież. Wystarczy wspomnieć podręcznik stylu Ines de Fressange. Wydany pięknie, zawierający kilkanaście stron dość oczywistych porad plus całą masę reklamowych treści poświęconych wybranym sklepom, kawiarniom i barom.  

Czego więc spodziewałam się po blogerce – było nie było modowej – mógłby ktoś zapytać, przecież to nie było oczekiwanie na powieść  Myśliwskiego. Wiadomo. Nie spodziewałam się też po Garance głębokich, filozoficznych przemyśleń. Oczekiwałam jednak spójnej treści, w najgorszym razie zgrabnie napisanego pamiętnika traktującego o tym, jak nikomu nie znana dziewczyna z Korsyki przeistoczyła się w najbardziej bodaj znaną blogerkę i fotografkę zajmującą się modą. Podsumowania dotychczasowych doświadczeń życiowych czującej się wciąż młodo czterdziestolatki, z Francją i Nowym Jorkiem w tle. W ostateczności czegoś w rodzaju „Always Pack a Party Dress” Amandy Brooks, pełnego anegdot z modowego światka. Wydawało mi się, że Garance ma lekkie pióro, dystans do siebie i poczucie humoru, więc sprosta zadaniu.

Co dostałam? Nierówną składankę wpisów już publikowanych na blogu (dla kogoś może być to wartość, ja akurat mam negatywne skrzywienie na punkcie sprzedawania dwa razy tych samych treści jako nowość, co tyczy się też wszelkich książkowych składanek reportaży prasowych), paru banalnych porad, które można znaleźć w dziesiątkach „podręczników stylu”, kilku wspomnień z życia, podzielonych na sekcje zgodnie z tytułem, kilku rozmów z osobami, których styl Garance ceni, ujętymi w formie pięciu pytań i równie lakonicznych odpowiedzi, jak z podręcznika dla wtórnych analfabetów, których może zmęczyć lektura dłuższa niż kilka ilustrowanych zdań na stronie; oraz opartego na własnych doświadczeniach mini-poradnika miłosnego rodem z „Cosmopolitana”, w którym autorka streszcza w telegraficznym skrócie swój związek ze Scottem Schumanem, a także aktualnym partnerem i jeszcze kilkoma z przeszłości (bez pikantnych szczegółów, gdyby ktoś miał na nie nadzieję). Wszystko w atrakcyjnej oprawie graficznej. I gęstej otoczce reklamowej przysłaniającej rzeczywistą wartość książki. Jak supermarketowe perfumy sygnowane nazwiskiem którejś z aktualnych gwiazdek, których banalny zapach ulatnia się po kilkunastu minutach.

Jedyne, co się broni w tej publikacji, to opowieść o wyborach życiowych Garance dotyczących kariery, ujęta w formie jednego rozdziału – szczere opisy niełatwych decyzji, z przesłaniem, że nie warto słuchać innych, którzy wiedzą, co jest dla nas dobre, ale pójść za wewnętrznym głosem, podpowiadającym rozwiązania niekoniecznie opłacalne – i na przykład rzucić nudne studia wiodące do dobrze płatnego zawodu, by zostać rysowniczką. Tu jest ta mądrość czterdziestolatki, na którą liczyłam.

Nie pierwszy to też raz, kiedy przekonuję się, że lekkie treści, czytane w anglojęzycznym oryginale na blogu, w druku wypadają blado, ulatuje z nich nawet charakterystyczny dla Dore humor. W jakimś stopniu to pewnie kwestia tłumaczenia.

Realna lekcja, jaka płynie z tego doświadczenia, jest taka: nawet jeśli doskonale się wie, że istnieją Książki, książki i produkty książkopodobne, niezależnie od usiłowań wydawców próbujących nam wmówić równość tych wszystkich kategorii, bardzo łatwo dać się wkręcić, choćby z czystej sympatii do autorki. Potem czuje się niesmak. Do siebie. Lepiej było za te same pieniądze kupić dwie książki prawdziwe, zamiast zawyżać statystyki na listach bestsellerów czemuś, co nie ma z nimi wiele wspólnego i tym samym pośrednio przyczyniać się do regresu czytelnictwa. Dalej będę zaglądać na bloga Garance, popatrywać na jej zdjęcia i stylizacje, oglądać filmy. Ale to, co sprawdza się jako ulotna, internetowa forma, niech lepiej nią pozostanie. Drugi raz nie dam się skusić.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

Oh la la – cz. 3

Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autorki „Paris Street Style” jest zestawienie kilku modowych mitów. A oto one:

Wysokie obcasy zawsze są kobiece. (Świadomie nie piszę „seksowne”, bo mam poczucie, że to słowo mocno się zdegradowało i zwulgaryzowało, kojarząc raczej ze stylem a la Doda niż Marion Cotillard). Otóż nie są, jeśli wykonano je z taniej imitacji skóry, jeśli są niezadbane, łuszczące się w okolicach obcasów, za ciasne i widać wylewające się z nich stopy, nie umiemy na nich odpowiednio chodzić – jednym z bardziej przykrych widoków są dziewczyny na obcasach uginające podczas chodzenia nogi w kolanach jak bocian, jakby mimo podwyższenia się chciały wydać się mniejsze (hm?) Równie kobieco można wyglądać w balerinach, o czym przekonywała również Ines de Fressange. Ale, ale:

Baleriny pasują do wszystkiego – to też mit. Na pewno nie pasują do długich, sięgających do ziemi spódnic, najlepiej wyglądają ze spodniami rurkami, spodniami typu marchewka i krótszymi spódnicami. W takich do połowy łydki zestawionych z balerinami możemy wyglądać „ciotkowato”, jeśli nie mamy odpowiednio długich i szczupłych nóg. Warto wystrzegać się balerin z plastiku, w ogóle butów z plastiku – fuj! – i dobierać takie, które nie są zbyt zabudowane z przodu, bo efekt „ciotkowaty” też mamy zapewniony jak w banku.

Skoro już o spodniach a a marchewka mowa, nie są przeznaczone wyłącznie dla osób szczupłych, jak głosi kolejny z mitów. Wręcz przeciwnie, ich krój wysmukla biodra i pozwala ukryć za duże pośladki – pod warunkiem, że wybierzemy model dobrze dopasowany w pasie, z dobrej jakości materiału, i będziemy go nosić blisko ciała.

Wzór w panterkę jest wulgarny. Owszem, jeśli jest nadrukowany na lichej albo znoszonej tkaninie, lub też przebierzemy się za dzikiego kota od stóp do głów – torebka, buty, bluzka… (niby oczywistość, a jednak od czasu do czasu widuję takie zjawisko). Pantofle albo torebka w kocie cętki dodają pieprzu stonowanym zestawom, zresztą sam płaszcz albo sukienka w panterkę też może wyglądać elegancko, pod warunkiem, że są dobrze uszyte i z wysokogatunkowych materiałów (mantra….) a reszta stroju  jest jednobarwna, najlepiej ciemna.

Push-up to prawdziwe wybawienie dla kobiet z mniejszym biustem. Owszem, ale to nie usprawiedliwia noszenia tego wynalazku latem do prześwitujących bluzek – wygląda się wówczas mocno nienaturalnie.

Obalonych mitów jest jeszcze kilka, nie będę przytaczać wszystkich, żeby nie streszczać tu książki. Zdaję sobie sprawę, że dla jednych zawarte w niej wskazówki będą oczywiste, dla innych odkrywcze. Dla zainteresowanych tą tematyką jest jednak całkiem przyzwoitym elementarzem na początek. Gdybym wśród wszystkich mądrości „paryskiego” czy też „francuskiego” stylu sama miała wybrać trzy najważniejsze, stuprocentowo  trafne, brzmiałyby tak:

– Sto razy bardziej ważne niż to, co mamy na sobie, jest to, na czym te rzeczy pokazujemy. Czyli najpierw trzeba zadbać o siebie, nie żałować na to czasu i środków. Dużo się ruszać, dbać o cerę, nie jeść byle czego i byle jak, regularnie odwiedzać dentystę i fryzjera, mieć sprawdzone kosmetyki i zabiegi pielęgnacyjne, a jeśli mamy z tym kłopot, spytać o radę kogoś życzliwego, kto doradzi nam, co powinnyśmy zmienić.

– Poznać siebie, wiedzieć, jaki się ma typ sylwetki, w czym wyglądamy dobrze, jakie kolory nam pasują – i wzmacniać ubraniem nasze atuty, a maskować wady. Niby takie proste – czemu tyle osób ma z tym problem?

– Jeśli w coś inwestować, to w podstawowe elementy garderoby, używane najczęściej, które mogą służyć jako baza do różnych kombinacji z dodatkami. Pewniaki, które da się zestawiać ze sobą na wiele sposobów i dzięki którym nie będziemy stawać przed wypchaną szafą z okrzykiem: „Nie mam się w co ubrać!” Nie warto żałować na ubrania wierzchnie (płaszcz z wełny, klasyczny trencz – w naszym klimacie pokazujemy się w nich ludziom przez co najmniej połowę roku), buty, przynajmniej jedną wysokogatunkową torebkę, klasyczny czarny żakiet.

– Inwestycja w klasyczną bazę nie oznacza, że trzeba wyglądać jak poważna urzędniczka w kostiumie. Reszta to kwestia „spersonalizowania” tych rzeczy, sprawienia, że będą wyglądać niepowtarzalnie dlatego, że leżą na nas, a nie sprowadzenie siebie do roli manekina. To może być sposób ich noszenia – podwijanie rękawów, podnoszenie kołnierza, albo bawienie się dodatkami, np. wykorzystanie apaszki jako bransolety na rękę czy męskiego krawata jako pasek. Do zabawy modą potrzebna jest inwencja, a nie gruby portfel i kupowanie coraz to nowych ubrań, które po jednorazowym występie będą zalegać na półkach.

Wspomniałam już, że sporym atutem książki są przeplatające część „poradnikową” rozmowy. Najciekawsze w kontekście wcześniejszych rozważań na tym blogu wydaje się to, co mówi Sandrine Valter, twórczyni marki Aesche, dlatego pozwolę sobie zacytować sporą część jej wypowiedzi. Pytana o to, czym jest dla niej piękna tkanina, odpowiada, że wyczuwa się ją od razu, w dotyku –  przede wszystkim materiał powinien dawać wrażenie miękkości. Kolejnym testem jest lektura informacji na metce. Materiały z naturalnych włókien, jak bawełna, jedwab, wełna, czy wiskoza, której niektórzy niesłusznie się obawiają – pochodzi bowiem z przetworzonej celulozy, czyli składnika jak najbardziej naturalnego – są bardziej polecane niż wszelkie syntetyki. Jednak bawełna bawełnie nierówna. Niektóre ubrania pochodzą z włókien niższej kategorii, inne z bawełny wysokogatunkowej – przypominają w dotyku jedwab, a ich cena, niestety, też jest do niego zbliżona. Z kolei jakość wełnianego płaszcza albo kaszmirowego swetra najlepiej zweryfikować pocierając o siebie dwa kawałki materiału. Jeśli zaczynają się mechacić, to zły znak, świadczący o tym, że metka niekoniecznie mówi nam stuprocentową prawdę.

Valter podkreśla, że syntetyki nie zawsze oznaczają samo zło. Tak jest, jeśli ubranie wykonano w 100 procentach z syntetycznych włókien, wtedy materiał decyduje o jego kształcie. Przyklejająca się do ciała i elektryzująca (ale nie wyglądem) sukienka z poliestru do najpiękniejszych widoków nie należy… Co innego ich domieszki – na przykład dodatek syntetyków do jedwabiu zapobiega jego „spalaniu się” pod wpływem światła i przedłuża jedwabnym wyrobom życie.  Stuprocentowo wełniane tkaniny, wliczając w to kaszmir, prędzej czy później zaczynają się mechacić i nie ma na to rady – tymczasem niewielki udział poliestru czy akrylu temu  zapobiega  i pozwala na upranie wełnianych wyrobów w pralce. Ważne tylko, by udział sztucznych włókien w składzie materiału nie przekraczał 5 procent.

Jeśli zaś chcemy się przekonać o jakości wykonania, obróćmy ubranie na drugą stronę. Dobry znak to podszewka wykończona równie starannie jak zewnętrzna strona potencjalnego nabytku. Dobrze przyjrzeć się punktom zszycia dwóch kawałków materiału, zwłaszcza w przypadku tkanin w paski czy inne wzory: od razu widać, czy nie załamują się, tylko biegną równo dalej. Jeśli podszewka nie jest ze sztucznych włókien, tylko np. jedwabiu – tym lepiej, bo wygląda po prostu ładniej. Warto przyjrzeć się (o czym już gdzieś wcześniej pisałam) przeszyciu brzegów i guzikom. Widok zwisających wokół nich nitek świadczy o tym, że przyszywano je hurtowo, mechanicznie – jak dotąd nie wynaleziono bowiem maszyny która byłaby zdolna wykonać tzw. zakrętkę (point d`arret). A to oznacza, że guziki prędzej czy później odpadną. Plastikowe są wytrzymalsze niż wykonane z masy perłowej czy szkła, ale znacznie mniej szykowne.

Nie warto sugerować się tym, jak dana część garderoby wygląda na wieszaku – podkreśla Valter. – Czasem zupełnie niepozorne ubrania ujawniają całą swoją klasę dopiero wtedy, gdy je założymy. Nawet jeśli nazwisko głównego projektanta wydaje się gwarantować jakość, może się zdarzyć że techniczni projektanci lub pracownicy wzorcowni są przeciętni w swoim fachu i efekt nie będzie zadowalający. Na przykład – jeśli ubranie projektowane jest komputerowo, co dziś często się zdarza – dół sukienki będzie wisieć, a nie współgrać z kobiecą figurą, co można osiągnąć, gdy pracuje się z prawdziwą modelką, ewentualnie w trójwymiarze.

Co symptomatyczne, z wypowiedzi wszystkich odpytanych przez autorki książki osób wynika, że wysoka jakość w przemyśle odzieżowym to dziś już praktycznie przeszłość, dbają o nią nieliczni. Marion Lalanne i Pierre-Alexis Hermet, twórcy IRM Design, przyznają, że nawet we Francji, uchodzącej obok Włoch za ostoję tradycyjnego europejskiego rzemiosła, coraz więcej fabryk znika z rynku, a te, które na nim jeszcze działają, nie są skore do przyjmowania niewielkich zamówień od niszowych producentów. „Made in France” to więc jeszcze jeden modowy mit.

Otagowane , , , , , , ,

Oh la la – cz. 2

No to skoro jesteśmy już przy „Paris Street Style”, a długi weekend właśnie się zaczął, idźmy za ciosem.

„Styl ma niewiele wspólnego z pieniędzmi” – piszą Isabelle Thomas i Frederique Veysset, dowodząc, słusznie skądinąd, że elegancja i oryginalność to akurat takie dobra, których nie da się nigdzie kupić. „Gdyby tak było – zauważają – wszyscy szukalibyśmy inspiracji patrząc na zdjęcia najbogatszych ludzi świata. A raczej rozglądamy się za nią gdzie indziej. Zwykle to właśnie brak zasobów czyni nas bardziej twórczymi w doborze tego, co wkładamy na grzbiet. Nie ma więc się co martwić, że nie rozbiłyśmy banku i z naszą pensją nie mamy szans na skomponowanie szafy a la mityczna Paryżanka. Przy odrobinie szczęścia i bystrym oku można stać się nią zaopatrując się w większość rzeczy nawet w nieszczęsnych sieciówkach i sklepach z używaną odzieżą. Panie podają jednak kilka wskazówek:

– Jeśli nie chce się wyglądać jak klon, lepiej trzymać się z dala od „okazów” prezentowanych w reklamówkach owych sieci, w oknach wystawowych, czy też eksponowanych w najbardziej widocznych miejscach w sklepie. Dziewięć na dziesięć szans, że zwrócą uwagę wielu innych. Zalecana jest cierpliwość, wizyta w sklepach tuż po dostawie (często najciekawsze i najwartościowsze rzeczy występują w krótkich seriach, bywa, że nie trafiają w ogóle do sklepu, bo obsługa też zna się na sprawie) i cierpliwe przeszukiwanie wieszaków, połączone ze studiowaniem składu surowcowego na metkach. Czego nie warto kupować w sieciówkach? Bardzo taniej bazy, tych wszystkich t-shirtów za 9,99 zł rozpadających się po pierwszym praniu i tracących kolor, sweterków z metkami „cotton jersey”, nazbyt pomiętych i podziurawionych spodni, żakietów z przesadzoną ilością suwaków, sukienek z syntetycznych tkanin, plastikowych pasków etc. W sieciowych sklepach zdarzają się odkrycia, ale na wszelki wypadek lepiej założyć, że zakupione tam ubrania nie przetrwają dłużej niż sezon. Lepiej więc odczekać, odłożyć pieniądze i te podstawowe, często noszone elementy garderoby, które mają nam służyć latami – typu buty, płaszcz, marynarkę, małą czarną – kupić tam, gdzie przynajmniej mamy gwarancję wysokiej jakości.

_MG_0461

Modelka Jeanne Damas – ucieleśnienie młodego „paryskiego szyku”, źródło: blog Jeanne

– Warto zawierzyć akcesoriom. Jeśli już jakiś cudem upolujemy sukienkę naszych marzeń za niewielkie pieniądze i przyozdobimy ją a to oryginalnym szalem, a to paskiem ze skóry, a do tego jeszcze włożymy nasze najlepsze buty – możemy bawić się do woli widząc te błyski niedowierzania w oczach innych, gdy na pytanie: gdzie ją znalazłaś? – usłyszą np. H&M (Choć osobiście w to nie wierzę, może chodzi o ten H&M sprzed ośmiu-dziesięciu lat, kiedy istotnie trafiały się tam lepsze gatunkowo rzeczy…..)

Wykaz ulubionych akcesoriów autorek zaczyna się – i tu niespodzianka, ha! – od rajstop. Co ciekawe, żywią szczególną niechęć do tych cielistych, twierdząc, że w zestawie z mini albo z małą czarną powodują, że wygląda się jak „podstarzała asystentka prowincjonalnego prawnika” (hmmm…?), choć robią wyjątek dla takich bardzo cienkich (15-20 den). Przyznam, że ten fragment mocno mnie zaintrygował, bo dawno już nie widziałam kobiet, które ubierałyby cieliste – w ogóle straszne to słowo! – rajstopy grubości większej niż ta, no może z wyjątkiem zakonnic. Ku mojemu zaskoczeniu obie Francuzki rozpływają się natomiast nad rajstopami w takich kolorach jak fiolet, fuksja, turkus…. które ich zdaniem warto łączyć z ubraniami w jesiennych i militarnych kolorach. Ja bym tu była jednak dość ostrożna, ale żaden ze mnie ekspert. Na swoje usprawiedliwienie zastrzegają jednak, żeby nie popaść w przesadę i nie stworzyć efektu tęczy, oraz wystrzegać się rajstop we wzory, bo to z kolei grozi efektem podstarzałej hipiski.

Dodatkiem numer dwa są oczywiście, chusty, apaszki i szale wszelkiego rodzaju, przy czym autorki stawiają raczej na takie etniczne, które rozświetlają bardziej stonowaną bazę. Jednak jeśli na coś warto nie żałować miejsca w szafie, to właśnie na chusty. Dla mnie im większe i im większą ilość razy dają się pookręcać wokół szyi, tym lepiej.

09990012

I znów Jeanne. Szal ponoć jest z Zary

Kolejne zaskoczenie: to sandały ze szlachetnymi kamieniami – które według autorek mogą dodać elegancji nawet najprostszym dżinsom – i właśnie w tego typu zestawieniach, na luzie, wypadają najlepiej. Kolejny punkt, o którym sama mam niewiele do powiedzenia, to opaski na włosy (nienawidzę od dzieciństwa, kiedy zmuszano mnie do ich noszenia, żeby włosy nie wpadały mi do oczu, a ja właśnie nie chciałam być taka ulizana!) . Czapki i kapelusze – to sprawa dyskusyjna, jedne lubią, inne nie. Ponoć są twarze wręcz stworzone do noszenia kapeluszy i fikuśnych czapek, oraz takie, które wyglądają w nich koszmarnie. Według pań Thomas i Veysset nie ma jednak kobiety, która nie wyglądałaby intrygująco w męskim kaszkiecie. Za to co do pasków – tak, tak, tak. Koniecznie z naturalnej skóry, różnej grubości – to jest taki dodatek, który można kupić za naprawdę niewielką kwotę z drugiej ręki właśnie i który czyni cuda na korzyść sylwetki. Dobrze też zainwestować – doradzają autorki książki – w jakiś jeden kosztowny dodatek, coś z biżuterii, co będzie naszym znakiem rozpoznawczym i rozświetli skromną bazę – na kształt słynnych bransolet- mankietów Coco Chanel z krzyżami maltańskimi.

Ja bym do tego jeszcze dorzuciła męski, prosty – analogowy oczywiście – zegarek.

– Miksować i jeszcze raz miksować. Styl francuski nie polega na jednowymiarowym wyglądzie „jak z żurnala”. Zaczynając od prostej bazy, warto nauczyć się zestawiania ze sobą tego, co markowe z tym co tanie i z drugiej ręki. Chodzi o to, żeby nadać ubraniom oryginalność, żeby odzwierciedlały w jakiś sposób osobowość noszącej je kobiety, zamiast sprowadzać ją do roli wystawowego manekina. Wbrew pozorom, jest to łatwiejsze, gdy ma się mniej rzeczy niż gdy wylewają się one z półek.

– Co za tym idzie: dostosowywać. Nie trzeba mieć jakichś specjalnych umiejętności, żeby wymienić przemysłowe, liche guziki na lepsze, odcięte np od jakiegoś kupionego za grosze swetra vintage, który nadawał się tylko do przerobienia na części. Dołożyć do płaszcza futrzany (a najlepiej ze sztucznego futra) kołnierz, odciąć rękawy koszuli, skrócić rzadko noszoną sukienkę i zrobić z niej tunikę.

– „Tanie buty są niewybaczalne” – piszą panie i co jak co, ale się z nimi zgadzam w stu procentach, choć – powtórzę – żadna ze mnie ekspertka, raczej badacz zagadnienia na gruncie empirycznym. Dużo chodzę – dla przyjemności – i niestety wiem doskonale, jak fatalnie mszczą się w tej materii zakupowe błędy. A nie lubię chodzić tylko i wyłącznie w trampkach czy butach sportowych. Zaniedbane, rozczłapane buty o tanim wyglądzie mogą zepsuć każdy efekt, ale z kolei buty klasy A (dla każdej ta klasa będzie oznaczać nieco inną półkę cenową) mają też zdolność błyskawicznej transformacji na plus nawet najbardziej niepozornej reszty. Warto inwestować w klasyczne fasony, które nie będą wyglądać babciowato w pejoratywnym sensie i pod opieką dobrego szewca pozwolą nam zadawać szyku latami. I nie zmasakrują nam stóp.

tumblr_mksneo3Jlh1qfrtudo1_1280-1

Źródło: coffeestainedcashmere

Autorki „Paris Street Style”, podobnie jak Ines de Fressange, wymieniają też listę niedopuszczalnych wpadek, które w mgnieniu oka niweczą wystudiowany wizerunek paryżanki (w tym sęk właśnie, że on powinien być na tyle nonszalancki, że nikt nie uzna go za wystudiowany, choćby stroiła się przez godzinę). Niektóre są dość oczywiste, jak metka, której zapomniało się odpruć (niby wszyscy to wiemy, ale jednak tu i ówdzie takowe się widuje), naklejka z ceną na podeszwie buta, przezroczyste – niby niewidzialne – ramiączka od stanika, niedopasowana bielizna, spod której wylewa się ściśnięte ciało, ubrania zbyt ciasne lub zbyt luźne w pasie, mechacące się tkaniny (by temu zapobiec, czasem wystarczy przejechać po nich zwykłą golarką), zbyt krótkie lub wlokące się po ziemi spódnice i nogawki spodni.

Otagowane , , , , ,