Tag Archives: Pochwała powolności

Inteligent w deserach

Kryzys w mediach to sformułowanie odmieniane ostatnio przez wszystkie przypadki. W ciągu minionego roku wielu moich znajomych straciło pracę. Chwilami czuję się jak ojciec, pardon, matka zadżumionych – pomór pada tuż obok, że powinnam uważać się za szczęściarę, wciąż dysponując etatem. Wiem jednak, że jutro, pojutrze, za parę miesięcy może go już nie być.

Paradoksalnie, ta świadomość w jakiś sposób mnie wyzwoliła. W podobny sposób, jak wiedza, że wszyscy jesteśmy śmiertelni i choćby nie wiem jak się starać, tego faktu nie przeskoczymy. Ale możemy starać się jak najlepiej wykorzystać dany nam czas. Świadomość bliskiej perspektywy utraty pracy pozwoliła przewartościować pewne sprawy, skoncentrować się na tym, co ważne, rozwijać dawne pasje na marginesie życia zawodowego. Nadal tu i teraz, na etacie, staram się robić swoje jak najlepiej, ale nie kosztem własnego odpoczynku, najbliższych, przyjaciół, i innych aktywności, które oprócz tego, że dają radość, mogą okazać się bardziej perspektywiczne niż obecne miejsce zatrudnienia, o którym – jeszcze niedawno – można było myśleć, że będzie trwać wiecznie. Przestałam się frustrować, siłować ambicjonalnie z innymi, obrażać, żyć sprawami, które – gdy na nie spojrzeć z pewnej odległości – nie mają najmniejszego znaczenia. I dobrze mi z tym.

Koleżanka, akurat nie ze świata mediów, ale spokrewnionego, bezrobotną została na wiosnę. Bezrobotną z dwójką dzieci. Nie jest jej łatwo, szuka pracy, nie poddaje się. Niedawno dostałam od niej maila: „Jadę na Bronisze po warzywa i owoce, będę robić przetwory. Macie jakieś zamówienia?” Dwa dni temu zobaczyłam efekt jej pracy:  kilkadziesiąt słoików własnoręcznie ozdobionych papierowymi kapturkami, pięknie opisanych.  Sprzedawała je na lokalnym kiermaszu, szły jak woda. Są pyszne. Powiedziała mi, że zakłada działalność gospodarczą. Na początek – przetwory właśnie.

Inni przyjaciele, on – redaktor z dużym doświadczeniem, ona – pani psycholog, z własną jednoosobową firmą, działająca dodatkowo w NGOsach. Oboje świetnie gotują. Odkąd stracił pracę z początkiem roku, robią wspólnie to, o czym zawsze marzył, ale nie było okazji: catering dla znajomych oraz znajomych znajomych. Robią to świetnie, więc poczta pantoflowa zadziałała i zamówień mają coraz więcej, teraz już od poważnych i dużych instytucji. A czasu coraz mniej, więc ostatnio muszą nawet rezygnować z pojedynczych zleceń zgodnych z jego dotychczasowym zawodem.  Ktoś zapytał mnie ostatnio, czy aby się im nie znudzi i czy można z tego wyżyć, jakby robienie deserów było ujmą dla osoby po wyższych studiach humanistycznych. Trzymam za nich kciuki.

Wiem też, że gdyby nawet wszystkie redakcje w tym kraju pozamykano (co na pewno jeszcze nie nastąpi), i musiałabym do nich dołączyć, choć gotować akurat nie umiem, damy sobie wspólnie radę. Będę stać za barem sprzedającym ich wyroby, a w wolnych chwilach pisać wnioski o dofinansowanie różnych kulturalnych projektów, jakich rodzi się nam w głowach cała masa.  Z głodu na pewno nie umrzemy.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , ,

Co ma powolność do polityki

Media dostrzegły książkę Carla Honore, której poświęciłam pierwszy wpis na tym blogu, i opisywane w niej zjawisko „spowalniania” w różnych dziedzinach życia. Rozmowa z autorem „Pochwały powolności” pojawiła się w ostatnim numerze „Polityki”.  Ale ja nie tylko o tym. Kilka tygodni wcześniej, w innym periodyku – cotygodniowym dodatku do „Rzeczpospolitej” pod tytułem „Plus Minus” także zagościł temat niespiesznej egzystencji. Za to w jakim kontekście! Ujrzawszy okładkę – rysunek przedstawiający (z tego, co pamiętam) relaksującą się na zielonej murawie panią oraz jej psa,  a na tle tego sielskiego widoku tytuł  „Slow food, powolny seks, niespieszna rewolucja” – pomyślałam – no, no, jak miło, że i tutaj redaktorzy tak szybko dostrzegli, co w trawie piszczy! W miarę lektury, entuzjazm jednak malał, rosło natomiast zdziwienie.

Autor tekstu już w pierwszych akapitach ujawniał swą misję: demaskacji Honore i jemu podobnych. Cała ta „slow rewolucja”, to nic innego przecież jak „odświeżone idee lewicy z lat sześćdziesiątych”. Carlo Petrini, wspominany w książce lider ruchu slow food, był przecież kiedyś krytykiem kulinarnym dwóch włoskich dzienników komunistycznych („Il Manifesto” i „L’Unita”), i zdobył rozgłos w 1986 roku dzięki protestowi przeciw otwarciu restauracji McDonald’s nieopodal Schodów Hiszpańskich w Rzymie. A, i jeszcze jest „prawdziwym celebrytą, bywającym na salonach Europy i obu Ameryk”. W dodatku „wydawnictwo reklamuje „Pochwałę powolności” hasłem, że to książka, „która jest dla ruchu Slow tym, czym »Kapitał« dla komunizmu”. No i wszystko jasne, my już wiemy, z kim mamy do czynienia. Z takiej mąki dobrego chleba (tym bardziej wieloziarnistego) nie może być. Miejmy się na baczności.

Kpinom w kolejnych akapitach, rozwijających powyższą tezę, nie ma więc końca: „spowolnienie” to zabawa dla różnych artystycznych dusz z lewackimi poglądami i wypchanym portfelem, co to zmęczyli się kapitalizmem pozwalającym zarabiać do syta, więc emigrują na wieś i tam „kupują sobie pałac do remontu albo stawiają oryginalną chatę z bali”, by ubrani w giezła z organicznej bawełny bawić się w uprawę rzeżuchy czy aronii, domagając się jeszcze unijnego wsparcia dla tych fanaberii. A niby dlaczego, pyta autor, czemu podatnicy mają zrzucać się na jakąś rzeżuchę. Smutno się robi, bo nie przypuszczałam, że  kupując pyszną kozią bryndzę i dżem pomarańczowy w sklepie ze zdrową żywnością na mojej ulicy, zamiast paczkowanego półproduktu z supermarketu, dokonuję jakiegoś politycznego wyboru. A, ja głupia, myślałam, że kieruję się wyłącznie kaprysami moich kubków smakowych. Myślałam też, że komu jak komu, lecz zorientowanym pronarodowo publicystom, powinno zależeć na rodzimej bryndzy czy innym oscypku, a tym bardziej, by konsumenci z całej Europy płacili za nie krocie (bo wszystko, co zdrowe i powoli przygotowane, musi być drogie – ubolewa autor), nabijając przy okazji kabzę polskim producentom.

Na końcu autor sam się podkłada. Zapytując bowiem: „Czy naprawdę w życiu mamy wybór tylko między hamburgerem z McDonalda a własnoręcznie wyhodowanym karczochem? Czy jeśli nie chcemy osobiście prząść wełny, z której utkamy potem dziecku giezło, oznacza to, że jesteśmy niewolnikami społeczeństwa konsumpcyjnego? Czy jeśli zamiast pięciogodzinnych sesji medytacji nad orgazmem wolimy po prostu pójść do łóżka i uprawiać seks z ukochaną osobą, dowodzi to, że jesteśmy gorsi albo nienormalni? Nie ma dróg pośrednich?”  – udowadnia, że nic nie zrozumiał z książki, w której chodzi właśnie o umiar i zdrowy rozsądek. Ale tak to już jest, gdy widzi się świat w konwencji „czarne-białe”.

A nie można tak zwyczajnie utożsamiać się z filozofią minimalizmu czy też dobrego życia, mając politykę gdzieś albo i nie mając gdzieś, ale niezależnie od niej? Zwłaszcza że znam też (przykładowo) parę osób sympatyzujących z prawą stroną polskiej sceny politycznej, którzy zarazem są zwolennikami budowy ścieżek rowerowych i  wyprowadzenia ruchu samochodowego z centrów miast, czyli tego wszystkiego, co schematycznie myślący zwykli kojarzyć raczej z zieloną lewicą.

Żeby było jasne: nie oczekiwałam ochów i achów, rozwodzenia się jakiż to Honore świetny pisarz, a ideały ruchu slow  – najlepsze remedium na wszelkie bolączki XXI wieku.  Krytyka? Kpina? Czemu nie, byle kpina rzetelna. Sama, mimo sympatii do ruchu opisywanego przez autora, w pierwszym poście wypunktowałam kilka słabości książki, jak choćby wrzucanie do jednego worka z naklejką „slow” zabiegów o podniesienie jakości miejskiej przestrzeni oraz różnych form alternatywnej medycyny. A z drugiej strony – pomieszania gatunków, bo Honore bardzo chciałby być niezaangażowanym reporterem-badaczem, czemu przeczy autentyczna fascynacja opisywanym zjawiskiem, przebijająca z kart każdego rozdziału.

Owszem, są tacy, którzy podchwytują hasła ucieczki na łono natury czy innych przejawów minimalistycznego myślenia i realizują je, dopóki nie przeminie moda. Zawsze byli. Podobnie jak nadgorliwi neofici,  obsesyjnie kontrolujący liczbę posiadanych rzeczy, by nie wyjść poza ustalone minimum i piorący odzienie tylko w łupinach z orzecha. Ich wybór, jeśli tak lubią – czemu nie? Zresztą – szacunek za konsekwencję. Natomiast stosowanie argumentacji, że coś jest be, bo kojarzy się z hasłami nielubianej przez recenzenta kontrkultury lat 60., i sugerowanie, że za zwykłą potrzebą wyhamowania kryje się machinacja światowego lewactwa, to sprowadzanie sprawy do absurdu i wchodzenie z dialogu w monolog. A przy tym, dodam niepoprawnie, też zubażanie własnego życia.

Żródło wszystkich zdjęć: Adieu-Tristesse

Trochę tak jak pewien człowiek, o którym lata i redakcje temu, pisałam kiedyś reportaż. Zwykły urzędnik , dobijający emerytury na państwowej posadzie, który całą energię życiową poświęcał swej pasji: tropieniu obecności szatana w codziennym życiu. Człowiek ów miał w domu opasłe albumy, wypełnione własnoręcznie wykonanymi zdjęciami. Na zdjęciach bilboardy, znaki drogowe, szyldy. Z pozoru niewinne, przed nim odsłaniające jednak złowrogą treść. Na przykład jakaś cena wyeksponowana na billboardzie. Proszę zliczyć cyfry – mówił – i oto wychodził numeryczny odpowiednik jednego z demonów, skatalogowanych wedle podgatunków w tajemnych księgach. Jakiż ten świat różnorodny – pomyślałam sobie, tyle razy mijałam ten cały reklamowy szajs  i nic, co najwyżej myślałam  ze złością, że zaśmieca krajobraz. A on, starszy człowiek ogarnięty nagłą obsesją, potrafił pochylić się nad nim troskliwie i nadać mu własne znaczenie.

A Wy co sądzicie,  Czytelnicy drodzy?

P.S. Dziś kolejny wywiad z autorem „Pochwały powolności” – tym razem w Wysokich Obcasach.

Otagowane , , , , , , ,

Ruchem żółwia

Trafiłam na nią przypadkiem przed świętami wielkanocnymi. W niepozornej księgarni na Centralnym, zaopatrzonej w nowości, których próżno szukać w różnych empikach i trafficach. Była na półce, na którą rzadko zaglądam – gdzieś miedzy działem „Religia” a poradnikami różnego sortu. W jednym, ostatnim egzemplarzu. Tytuł obiecywał spokojną, długą lekturę na tematy istotne, jakiej potrzebowałam bardzo podczas kilku najbliższych wolnych dni. Pierwszych kilka zdań rokowało dobrze i nie trąciło poradnikiem. Kupiłam.


Rzeczywiście, poradnik (mimo podtytułu: „Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”) to nie jest. Autor, brytyjski dziennikarz Carl Honore, zaczął mieć dość nieustannego pędu, jakiemu poddawał się na co dzień i któremu uległa większość jego znajomych. Olśnienie przeżył kilka lat temu na rzymskim lotnisku, przestępując nerwowo z nogi na nogę w kolejce do hali odlotów. Drażniła go bezczynność, chciałby już gnać przed siebie i robić kilka rzeczy naraz, a nie tkwić tutaj tak bezproduktywnie. Na szczęście pod ręką była jeszcze gazeta. Zaczął ją wertować, przyzwyczajony do szybkiego prześlizgiwania wzrokiem po nagłówkach. Jeden z nich  przykuł jego uwagę. „Jednominutowa bajka na dobranoc” – czyli taka, jaką sam najchętniej czytałby swojemu synowi, żeby nie marnować cennego czasu. Tylko ile warta byłaby taka bajka? – myśli raptem Honore. –  Czy ja już do reszty oszalałem?

Postanawia zwolnić. Tylko jak? Najpierw trzeba zgłębić temat, który – jak się okazuje – na długo przed nim odkryli już inni. Rasowy reporter, jakim jest Honore, stawia na doświadczenie. Nie tylko więc rozmawia z ludźmi, którzy postanowili zwolnić tempo i cieszyć się każdą chwilą, jak krytyk kulinarny Carlo Petrini, założyciel organizacji Slow Food, Bruna Sibille, wiceburmistrz włoskiego miasta Bra, jedna z propagatorek ruchu Citta Slow, czy Dale Burnett, profesor Uniwersytetu Lethbridge, który obmyślił e-wersję Powolnego Czytania. Przepytuje innych, ale sam też uczestniczy – je kolację przygotowaną przez rodzinną włoską restaurację, wysoko punktowaną w slowfoodowych przewodnikach; zapisuje się na kurs medytacji i tantry, w Niemczech słucha koncertu wykonanego w stylu Tempo Gusto. Jak na profesjonalistę przystało, nie dowierza, ogląda wszystko pod światło, analizuje, dopytuje o szczegóły. To znaczy – bardzo się stara, żeby zachować zawodowy dystans i zastrzega wielokrotnie, że występuje właśnie z takiej pozycji. Tyle, że od samego początku widać gołym okiem, że uległ nie lada fascynacji ruchem slow we wszystkich jego odmianach. Efekt bywa więc podobny, jak u pewnego (proszę wybaczyć porównanie) znanego polskiego publicysty z sympatiami po prawej stronie,  który opisując podziwianych przez siebie bohaterów, próbuje – co mu się akurat chwali – utrzymać równowagę. Przytacza więc kontrargumenty lub wypowiedzi oponentów. Lecz gdy ich już zacytuje, nie może się oprzeć, by nie dodać choćby krótkiego zdanka w rodzaju „sporo w tym racji, jednak……” – po którym z reguły następuje autorska interpretacja zachowań bohatera, oczywiście in plus. Tak samo zachowuje się Honore, miejscami balansując na granicy między dziennikarstwem, które stara się opisywać rzeczywistość, nie oceniając jej, a PR-em, nawet jeśli nieświadomym lub prowadzonym w dobrej wierze. Zwrócił mu na to uwagę Łukasz Modelski, którego rozmowę z autorem „Pochwały powolności” znalazłam w ostatnim numerze Twojego Stylu (niestety, tylko w wersji papierowej magazynu, w Internecie jej brak): – W książce często powtarzasz: „Jestem sceptykiem, nie kupuję żadnej teorii” itd. Ale mam wrażenie, że bardzo łatwo dajesz się przekonać – mówi Modelski do autora.  Honore tłumaczy, nie do końca przekonująco: – Starałem się utrzymać równowagę między zdrowym rozsądkiem i przeróżnymi ideologiami, które towarzyszą opisywanym przeze mnie zjawiskom. Wielokrotnie w książce odcinam się na przykład od New Age (…) Dlatego też nie dałem się bardzo głęboko wciągnąć w temat ekologii na przykład. Tak, ruch slow jest bez wątpienia podszyty ekologią. Ale tutaj znów – istnieją miliony książek, tysiące dyskusji, podejścia ideologiczne często, a nie zdroworozsądkowe. Nie chciałem być częścią tej dyskusji. Z natury jestem bardzo sceptyczny. Nie wierzę, serio. (…) Nie lubię „nauczać”, to nie mój styl. Moja specjalność to raczej pokazywanie przykładów, możliwości, skłanianie ludzi do tego, by sami się czymś zainteresowali (…)” (pełny tekst wywiadu w TS nr 5/2012, str. 144-147).

Niech mu tam będzie. Utrata dystansu w książce pisanej z pozycji obiektywnego badacza to zresztą jedyne, do czego można się w „Pochwale powolności” przyczepić. Honore daje do myślenia wszystkim zagonionym. Czy jest sens codziennie gnać przed siebie, nie zwracając nawet uwagi na otoczenie – wygląd budynków, mijanych ludzi, drzewa? Czy wszędzie trzeba koniecznie jeździć samochodem? Połykać byle gdzie byle jaki fast-food, nie czując smaku? Nie mieć czasu na zwykły spacer, łykając profilaktycznie pastylki, których efektów i tak nie widać? Tym, którzy są już zmęczeni podobnym kołowrotem, przedstawia alternatywę w postaci powolnego, a więc świadomego trybu życia w różnych jego aspektach: od kuchni i sypialni, poprzez pracę i codzienność w miejskiej dżungli. Opisuje je rzetelnie (bibliografia do książki liczy kilkadziesiąt pozycji), nie stroniąc od anegdot i przykładów. Chciałoby się pożreć to wszystko jednym kłapnięciem, ale czytelnik sympatyzujący z ruchem slow stopniowo ulega autosugestii: zwalnia i smakuje każde zdanie.

A jego osobiste wybory? Rozstrzygnął je kryzys w branży medialnej: Honore znalazł się na liście zwolnień grupowych. Dziś jest wolnym strzelcem. Pracuje, kiedy chce, gdzie chce i tak długo, jak chce. I rozkoszuje się prostymi przyjemnościami, które opiewa w książce. Stała się bestsellerem, sprawiając, że Honore jako freelancer finansowo radzi sobie nie gorzej od Honore – etatowca, choć ten pierwszy ma więcej czasu dla siebie i rodziny. Sielanka. Oczywiście nie każdemu będzie równie łatwo ją osiągnąć. Ale warto próbować. Ci, którzy uważają się za minimalistów, na razie mogą spokojnie postawić „Pochwałę powolności” na półce obok „The Power of Less” Leo Babauty i „The Joy of Less” Francine Jay.

Otagowane , , , , , , , , , , ,