Tag Archives: recenzja

O czym mówi biel

Niecałe osiemdziesiąt stron, rozmiar 136 na 194 milimetry, czyli ciut więcej od kieszonkowego notatnika. Ascetyczna okładka, na końcu trzy czarno-białe reprodukcje służące za ilustrację. Ni to esej, ni wykład z historii sztuki i kultury, ale przedstawiony w sposób daleki od akademickiego zadzierania nosa. Punktem wyjścia jest biel, kolor stanowiący sumę wszystkich innych barw i zarazem ich brak. Wystarczy, by zaintrygować zwolenników prostoty, ale nie jest to też książka wyłącznie o kolorze.

Kenya Hara, kojarzony przede wszystkim jako dyrektor artystyczny firmy Muji (od 2001 r.) i autor czuwający nad oprawą wizualną ceremonii otwarcia i zamknięcia zimowych igrzysk olimpijskich w Nagano z 1998 r., jest projektantem graficznym i kuratorem, absolwentem Musashino Art University. Świat zna go jako człowieka, który nie tylko tchnął nowe życie w najbardziej znaną japońską markę, która – o paradoksie! – uczyniła swój znak firmowy z bezmarkowości, ale też jako piewcę japońskiego designu, akcentującego fakt, że czerpie on inspiracje zarówno z tego, co dzieje się aktualnie, jak i z przeszłości. Upatruje w tym szansę na odrodzenie japońskiego przemysłu, który po dekadach powojennego odrodzenia ostatnio mocno wyhamowuje. On sam jest zresztą przedstawicielem pokolenia lat 50., dorastającego w kraju, który ogniskował wysiłki wokół tego, by jak najszybciej się zmodernizować i dogonić Zachód. Teraz twierdzi, że przyszłość japońskiego designu leży w odwróceniu tych procesów. Głównym zasobem, z jakiego powinni czerpać projektanci, jest rodzima tradycyjna kultura, z całą jej odmiennością – a w tym również estetyka. W wywiadach Hara wymienia cztery zasadnicze słowa-klucze, na których jego zdaniem jest oparta: sensai (delikatność), chimitsu (skrupulatność), teinei (dokładność, skupienie na detalu) oraz kanketsu (prostota).

I tutaj wracamy do książki.

Jedną z podstawowych różnic między kulturą Zachodu a wschodnią, szczególnie japońską, jest sposób, w jaki rozumiemy „pustkę”, której Hara poświęca osobny rozdział. Zachód utożsamia ją negatywnie – jako brak, zaprzeczenie istnienia (notabene, powoduje to często opaczne zrozumienie założeń buddyzmu i wyciąganie błędnych wniosków, jakoby była to religia „nihilistyczna”). Wschód widzi w pustce potencjał. Miejsce na rozwinięcie wyobraźni, na wypełnienie treścią. Biała kartka, na której dopiero postawimy pierwsze litery. Cisza, pozwalająca mocno wybrzmieć dźwiękom. Ascetyczna przestrzeń pokoju herbacianego, który zależnie od pory roku i nawiązującej do niej symbolicznej aranżacji pozwala gościom przenieść się w inny wymiar. A jeśli cofnąć się jeszcze dalej w czasie – budowniczy świątyń szintoistycznych zostawiali zawsze pośrodku pustą przestrzeń, z myślą o niezliczonych bóstwach kami, zamieszkujących wszystko, nawet ziarnka ryżu – by mogły wejść do środka, jeśli tylko zapragną.

IMG_0485

Wątek bieli, stanowiącej zarazem syntezę i antytezę, wprowadza nas w temat. Ale to tylko pociągnięcie za nić, szpulka zaczyna się rozwijać, autor stopniowo wprowadza nas w coraz to nowe rejony, nieobce osobom zaznajomionym z podstawami estetyki japońskiej, ale nawet one mogą dać się zaskoczyć. W oszczędnej formie dowiadujemy się sporo i o sztuce kaligrafii, i o druku, w tym o historii poszczególnych typów czcionek. Przyglądamy się ogrodom zen i najważniejszemu dziełu malarskiemu uosabiającemu tego ducha, na którym pustka jest równie ważna jak to, co zostało naszkicowane szybkimi pociągnięciami pędzla z tuszem – „Sosnom” Tohaku.

Lektura tej książki jest jak medytacja. Choć sprawia wrażenie lektury na godzinę, nie da się jej połknąć, przebiegając szybko wzrokiem po stronach podczas podróży tramwajem. Najlepiej czytać ją fragment po fragmencie, na spokojnie, wracając do już przeczytanych akapitów. Daje do myślenia i zachęca do pogłębienia wiedzy.

Jeśli ktoś chciałby zapoznać się z koncepcjami leżącymi u źródeł estetyki określanej jako minimalistyczna, to „White” przyda się mu bardziej niż pseudoksiążki w rodzaju „Calm” czy „Książka do przeżycia”, do zakupu których dyskretnie lub wprost zachęca teraz co drugi blog o minimalizmie i slow life*. A jeśli przy okazji zapragnie zrozumieć, czym jest współczesne projektowanie, niech sięgnie raczej po „Designing Design” tego samego autora, zamiast przereklamowanej, a przeciętnej pozycji autorstwa Marcina Wichy, która mniej więcej przed rokiem święciła triumfy na naszym rynku czytelniczym.

*Swoją drogą, dlaczego tytuł „Calm” w tłumaczeniu książki na nasz język nie doczekał się polskiego odpowiednika?

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Z dużej chmury mały deszcz

Bardzo lubię Garance Dore i jej bloga. I jej rysunki. I zdjęcia. I filmy „Pardon My French”. I jej profil na Instagramie. I jej styl, ewoluujący z roku na rok w coraz bardziej ciekawym kierunku.

Warto to zaznaczyć na samym początku, bo teraz nastąpi ostrzeżenie przed wyrzuceniem lekką ręką w błoto ponad 50 zł. Ostrzeżenie, które i tak niewiele zmieni, bo „Love, Style, Life”, świeżo po światowej premierze, pewnie już  triumfuje także na listach bestsellerów w Polsce. Do czego – przyznaję ze smutkiem – sama dołożyłam cegiełkę, wydając wspomnianą kwotę na to, co zapowiadane było co najmniej od roku jako Książka, zamiast przejrzeć w księgarni i tam zostawić.

Dałam się nabrać, co jest zarówno smutne, jak i groteskowe, bo przecież doskonale wiem, jak działa promocyjna machina. Odwołania do Książki we wpisach na blogu. Meldunki o opuszczeniu przez Książkę drukarni, ekscytacja, kiedy Książka trafiła na księgarniane półki, zdjęcia na Snapchacie pokazujące moment odbioru pierwszych egzemplarzy Książki, pakiety z zestawem kosmetyków towarzyszące Książce, zapowiedzi spotkań autorskich….

Oszustwo doskonałe – nie pierwszy raz przecież. Wystarczy wspomnieć podręcznik stylu Ines de Fressange. Wydany pięknie, zawierający kilkanaście stron dość oczywistych porad plus całą masę reklamowych treści poświęconych wybranym sklepom, kawiarniom i barom.  

Czego więc spodziewałam się po blogerce – było nie było modowej – mógłby ktoś zapytać, przecież to nie było oczekiwanie na powieść  Myśliwskiego. Wiadomo. Nie spodziewałam się też po Garance głębokich, filozoficznych przemyśleń. Oczekiwałam jednak spójnej treści, w najgorszym razie zgrabnie napisanego pamiętnika traktującego o tym, jak nikomu nie znana dziewczyna z Korsyki przeistoczyła się w najbardziej bodaj znaną blogerkę i fotografkę zajmującą się modą. Podsumowania dotychczasowych doświadczeń życiowych czującej się wciąż młodo czterdziestolatki, z Francją i Nowym Jorkiem w tle. W ostateczności czegoś w rodzaju „Always Pack a Party Dress” Amandy Brooks, pełnego anegdot z modowego światka. Wydawało mi się, że Garance ma lekkie pióro, dystans do siebie i poczucie humoru, więc sprosta zadaniu.

Co dostałam? Nierówną składankę wpisów już publikowanych na blogu (dla kogoś może być to wartość, ja akurat mam negatywne skrzywienie na punkcie sprzedawania dwa razy tych samych treści jako nowość, co tyczy się też wszelkich książkowych składanek reportaży prasowych), paru banalnych porad, które można znaleźć w dziesiątkach „podręczników stylu”, kilku wspomnień z życia, podzielonych na sekcje zgodnie z tytułem, kilku rozmów z osobami, których styl Garance ceni, ujętymi w formie pięciu pytań i równie lakonicznych odpowiedzi, jak z podręcznika dla wtórnych analfabetów, których może zmęczyć lektura dłuższa niż kilka ilustrowanych zdań na stronie; oraz opartego na własnych doświadczeniach mini-poradnika miłosnego rodem z „Cosmopolitana”, w którym autorka streszcza w telegraficznym skrócie swój związek ze Scottem Schumanem, a także aktualnym partnerem i jeszcze kilkoma z przeszłości (bez pikantnych szczegółów, gdyby ktoś miał na nie nadzieję). Wszystko w atrakcyjnej oprawie graficznej. I gęstej otoczce reklamowej przysłaniającej rzeczywistą wartość książki. Jak supermarketowe perfumy sygnowane nazwiskiem którejś z aktualnych gwiazdek, których banalny zapach ulatnia się po kilkunastu minutach.

Jedyne, co się broni w tej publikacji, to opowieść o wyborach życiowych Garance dotyczących kariery, ujęta w formie jednego rozdziału – szczere opisy niełatwych decyzji, z przesłaniem, że nie warto słuchać innych, którzy wiedzą, co jest dla nas dobre, ale pójść za wewnętrznym głosem, podpowiadającym rozwiązania niekoniecznie opłacalne – i na przykład rzucić nudne studia wiodące do dobrze płatnego zawodu, by zostać rysowniczką. Tu jest ta mądrość czterdziestolatki, na którą liczyłam.

Nie pierwszy to też raz, kiedy przekonuję się, że lekkie treści, czytane w anglojęzycznym oryginale na blogu, w druku wypadają blado, ulatuje z nich nawet charakterystyczny dla Dore humor. W jakimś stopniu to pewnie kwestia tłumaczenia.

Realna lekcja, jaka płynie z tego doświadczenia, jest taka: nawet jeśli doskonale się wie, że istnieją Książki, książki i produkty książkopodobne, niezależnie od usiłowań wydawców próbujących nam wmówić równość tych wszystkich kategorii, bardzo łatwo dać się wkręcić, choćby z czystej sympatii do autorki. Potem czuje się niesmak. Do siebie. Lepiej było za te same pieniądze kupić dwie książki prawdziwe, zamiast zawyżać statystyki na listach bestsellerów czemuś, co nie ma z nimi wiele wspólnego i tym samym pośrednio przyczyniać się do regresu czytelnictwa. Dalej będę zaglądać na bloga Garance, popatrywać na jej zdjęcia i stylizacje, oglądać filmy. Ale to, co sprawdza się jako ulotna, internetowa forma, niech lepiej nią pozostanie. Drugi raz nie dam się skusić.

Otagowane , , , , , , , ,

Dobre rady zawsze w cenie

Wydawcy chwycili haczyk. Wysyp polskich przekładów książek o francuskim stylu i szyku, slow fashion i dobrowolnej prostocie rozpoczął się mniej więcej dwa lata temu i trwa nadal. Pojawienie się polskich odpowiedników było tylko kwestią czasu. Najpierw do księgarń trafiła pozycja pod tytułem „Slow fashion. Modowa rewolucja” autorstwa Styledigger (Znak Literanova), właśnie ukazuje się poradnik autorstwa jednej z najpopularniejszych polskich blogerek Katarzyny Tusk (Muza), książkę swojego autorstwa zapowiada autorka bloga Simplicite (wyda go Znak Literanova, idąc za ciosem). I na tym zapewne nie koniec.

Przyznam: do poradników (czy to drukowanych, czy publikowanych na blogach) mam stosunek z lekka schizofreniczny. Fascynują mnie jako zjawisko, od którego zarazem chciałabym trzymać się jak najdalej. Śledzę, co się w tej dziedzinie ukazuje, doceniam, gdy jest sensownie napisane, dziwuję się (to częściej) że w ogóle ukazało się drukiem,  lecz zarazem nie istnieje na tym świecie chyba nic, co mnie samą mogłoby skłonić do skręcenia w tę stronę – czułabym się jak ktoś, kto gra w nie swoim przedstawieniu. Nie potrafiłabym wczuć się w rolę „agony aunt” ze śmiertelną powagą dowodzącej innym, że należy zrobić to, a tamto już nie, dlatego, że nie uważam, by istniał jedyny słuszny przepis na życie (i że należy układać je wedle przepisów kreślonych przez innych), oraz że dorośli ludzie mają własny rozum pozwalający ocenić, co dla nich dobre. Również dlatego, że świat, który przypominałby wyłącznie minimalistyczne profile na Instagramie (także te, które lubię przeglądać), prezentujące monochromatyczne ubrania i sprzęty na tle wnętrz w stylu skandynawskim, które wyglądają, jak jedno studio wypożyczane na zmianę różnym osobom, byłby jednak strasznym miejscem.

Slow-Fashion-Modowa-rewolucja-obrazek_duzy_4061729[1]

Slow fashion. Modowa rewolucja” Joanny Glogazy jest przypadkiem odrębnym. O jego wartości stanowi autentyczność. Nie jest zbiorem powielanych w nieskończoność uniwersalnych prawd. Ma siłę, bo stoi za nią osoba, która od podstaw zbudowała własną markę. Drogę ku traktowaniu mody w nowy sposób przedstawia na przykładach z własnego życia, a historyczną ewolucję jej poglądów można prześledzić w archiwum bloga. Nie stosuje gładkich zwrotów, tak dobrze brzmiących w poradnikach, by wydać się odbiorcy mądrzejszą. Nie udaje, że jest idealna, że pod wpływem filozofii slow zmieniła się w pańcię o równo ułożonych włosach, w nieskazitelnym makijażu i stroju bez jednego pyłka, która założywszy nogę na nogę poucza innych, jaki kolor powinny mieć prześcieradła, by ich posiadacz mógł ubiegać się o glejt minimalisty. Szczerość podobna do tej, jaką cechuje Joannę, zadecydowała też o sukcesie bloga Garance Dore (która notabene też za moment wydaje książkę „Love/Style/Life”). Wskazówki z „Modowej rewolucji” są zdroworozsądkowe i konkretne, przetestowane przez autorkę na własnej skórze. Styledigger pisze otwarcie: nie ma uniwersalnych rozwiązań, zbioru magicznych formułek, dzięki którym szafa i życie stanie się nagle uosobieniem ładu. Pokazuje za to różne możliwości, na przykładzie drogi, którą sama przeszła – od blogerki zmieniającej stylizacje jak rękawiczki do świadomej swojego stylu młodej kobiety. Pokazuje, co sama  by zrobiła, dodając: każdy może znaleźć własny sposób. Joanna ma – jak to się kiedyś mówiło – głowę na karku, poczucie wartości, ale też zdrowy dystans do siebie. Mogłaby z powodzeniem dawać wykłady o tym, jak wziąć sprawy w swoje ręce i zmienić pasję w pracę zarobkową. Mam nadzieję, że kiedyś też o tym napisze, ośmielając do działania grono osób trochę od siebie starszych, tkwiących w miejscach, których mają dość, wykonujących zajęcia nie przynoszące im satysfakcji, bo wmówiły sobie, że tak jest rozsądnie, i boją się zacząć robić to, co naprawdę gra im w duszy.

magia-sprzatania-b-iext28374139[1]

Z rozreklamowaną książką Marie Kondo rzecz ma się inaczej. W książce tej jest jedna sensowna rada: gdy chce się coś uporządkować, zamiast szukać najpierw do odstrzału rzeczy, których się nie lubi, lepiej wybrać te, które się lubi i często nosi. A potem pozbyć się całej reszty. Sto procent psychologii: chętniej wykonujemy czynności przyjemne, niż przykre. I to by było na tyle.

Niestety, w „Magii sprzątania” tę prostą prawdę, która zmieściłaby się w dwóch zdaniach, obudowano szeregiem pustych konstrukcji słownych, rozciągniętych na blisko stu stronach. Woda leje się, a w niej płyną różne przydrożne znaleziska, myśli-śmieci. Czytając je, próbuję sobie wyobrazić wyznawczynie lub wyznawców metody Kon-Mari, jak otwierają szuflady, wyjmują z nich parę skarpetek i przemawiają do nich czule, gładząc materiał. Próbuję, ale nie wierzę, że komuś może choć na moment przemknąć przez głowę myśl, by potraktować tę radę serio. Skoro jednak byli tacy, którzy pili własny mocz licząc na samouzdrowienie, bo tak zalecił jakiś znachor, muszę założyć, że wszystko jest możliwe. Ostatecznie, dialog ze skarpetkami bywa mniej szkodliwy w skutkach.

Uprzedzając stwierdzenie, że „skoro książkę Marie Kondo kupiły miliony ludzi na całym świecie, coś musi w niej jednak być”, zupełnie do mnie nie trafia. Mc Donalds codziennie sprzedaje miliony buł bez smaku z mięsną wkładką, bo ludzie dali sobie wmówić, że w tym pseudopożywieniu jest coś fajnego.

Obrońcy „Magii sprzątania” argumentują, że dziwaczne aspekty „metody Kon-Mari” to egzotyczny element wzbogacający dzieło, wyrastający wprost z japońskiej kultury, tak samo jak inne, dziwaczne dla Europejczyków zjawiska: cosplayerki, salony pachinko, Wodne Dzieci, czy wiara w bóstwa zamieszkujące każdą piędź ziemi.

To ja wolę to wszystko, plus jeszcze Hello Kitty i tamagotchi, od ponownej lektury dzieła Japonki.

Otagowane , , , , ,