Tag Archives: recenzja

W drodze

zdjęcie(134)

Najważniejsze w tej książce, jej clou i przesłanie, znajduje się niemal pod koniec, na stronie 175. To przypomnienie, że angielskie słowo „travel” oznaczające podróż, pochodzi od francuskiego „travaille”, za którym kryje się „praca”, a ono z kolei ma swój źródłosłów w łacińskim „trepalium”, które jest określeniem pewnego narzędzia tortur. Wzmianka ze strony 175 nie przynosi olśnienia, raczej potwierdzenie intuicji, podsuwającej od zawsze właśnie taką interpretację podróżowania, wyrażoną najlepiej przez Nicolasa Bouviera w wywiadzie-rzece „Drogi i manowce” pamiętnym zdaniem: „Nie po to ruszamy w drogę, żeby nałykać się egzotyki i błyszczeć anegdotami jak świąteczna choinka. Droga jest po to, żeby nas oskubać, wyżąć, wymaglować, aż będziemy jak szary sprany ręcznik, który z kawałkiem mydła dają nam w burdelach”. Dodajmy, że podobne podejście do podróżowania nie jest bynajmniej domeną domatorów, wzdychających ciężko, gdy zewnętrzne okoliczności zmuszą ich do zrzucenia kapci i powstania sprzed kominka, lecz ludzi, których do odkrywania świata nie trzeba namawiać, przekonanych, że niewygody i większa niż na codzień nieprzewidywalność zdarzeń są nieodłącznym elementem dobrowolnego przemieszczania się, motywowanego ciekawością i chęcią przygody, co więcej, nadają mu smak jak przyprawa pożywieniu. Wówczas (jeszcze raz Bouvier): „uciekamy jak najdalej od wszelkich alibi i ciążących nad nami przekleństw, i patrząc na każdy nędzny tobół, dźwigany przez zatłoczone poczekalnie i wąskie perony dworców porażających upałem i nędzą, widzimy własną trumnę. Bez tego dystansu i tej przejrzystości, czy można mieć nadzieję, że uda nam się pokazać to, co widzieliśmy? Trzeba stać się echem, lustrzanym odbiciem, powietrzem, cichym gościem na samym końcu stołu, zanim powie się choćby słowo”.

Książka Dana Kierana „O wolnym podróżowaniu”, wydana przez W.A.B w serii bez nazwy, połączonej minimalistycznym projektem okładek, którą z racji tematyki można określić jako „styl życia slow”, traktuje właśnie o tym. Miłośnik tekstów zmarłego przed piętnastu laty Bouviera i jemu podobnych obieżyświatów – pisarzy i dziennikarzy (dla samego autora szczególnie ważny jest Bruce Chatwin), przemierzających kontynenty w zupełnie innym tempie niż dziś, uzna ją za współczesny dowód na to, że ich autorytety miały rację, choć dla wielu czytelników, traktujących przeloty między krajami odległymi o tysiące kilometrów jako element codziennej rutyny, opowieść Kierana, skonstruowana jak rozprawka w formie reportażu wcieleniowego, będzie zapewne tylko zapisem ekstrawaganckich eksperymentów. Nikt rozsądny nie będzie bowiem tłukł się autobusami, pociągiem dalekobieżnym czy elektrycznym wózkiem do transportu mleka na drugi koniec Europy, ba, nawet własnego kraju, w dobie, gdy pracodawcy oszczędnie wydzielają dni urlopowe, a wakacje kojarzą się z odpoczynkiem rozumianym jako nicnierobienie, ewentualnie szybką wyprawą w odległe miejsca, których zdjęciami można potem pochwalić się na portalach społecznościowych. Cóż zresztą może być ciekawego w – dajmy na to – brytyjskiej prowincji?

W przypadku Kierana, o czym autor wspomina pod sam koniec, przyczyną zwrócenia się ku niemodnym już trybom podróży była aerofobia, na którą notabene cierpi w rozmaitej formie ponoć co trzeci z nas. On, całe szczęście, ma wyrozumiałą rodzinę i szefostwo, dzięki którym mógł przekuć swoją słabość w atut, zamiast z nią walczyć. Inni wysłaliby go na kurs pokonywania strachu przed lataniem, organizowany przez któregoś z przewoźników – jak cierpiącym fizyczny ból podsuwa się natychmiast uśmierzającą pigułkę. Bo nie ma innej rady, trzeba się przemóc, nie można się wygłupiać, w dzisiejszych czasach latanie jest obowiązkowym sposobem transportu. Człowiek nowoczesny pozwala przemieścić swoje ciało przez kilka stref czasowych, choć ono samo wszczyna przeciw temu bunt natychmiast po dotarciu do celu. Podróż lotnicza stała się dla niego czymś tak oczywistym i zwyczajnym, że nawet jej nie docenia i nie potrafi gapić się z zachwytem na chmury czy ziemię widzianą z odległej perspektywy, czym zwykle ekscytują się szczerze niezmanierowane jeszcze dzieci.

Dan Kieran dowodzi, że wcale nie musimy być niewolnikami podobnych dogmatów. Przytaczane przezeń opisy powolnych podróży wzbudzają nostalgię, przywołują przyjemność pierwszych dziecięcych wyjazdów czy wypraw studenckich w czasach, kiedy nikomu w Polsce nie śniło się jeszcze o tanich liniach lotniczych oferujących bilety tańsze niekiedy od wycieczek pekaesem. Przypominają, jak jadąc w dane miejsce nie kupowało się przewodnika, tylko książkę, której akcja rozgrywa się właśnie tam (patent na szczęście wciąż żywy, o czym świadczą literackie pielgrzymki do Lizbony śladami Pessoi, do Tokio szlakiem Murakamiego czy wycieczki po Wrocławiu śladem bohaterów Marka Krajewskiego). Uświadamiają, że tłukąc się nocnymi pociągami i wyczekując, czasem już bez nadziei, na stacjach benzynowych, aż trafi się kolejna okazja na autostop, mieliśmy uszy i oczy otwarte bardziej, niż dziś, gdy usiłujemy przysnąć na ciasnym fotelu w klasie ekonomicznej czy prujemy przez najbliższą okolicę własnym samochodem, nie próbując nawet jej bliżej poznać. Może to częściowo kwestia sentymentów za dawnymi czasami, ale pamiętamy z tamtych włóczęg wciąż całkiem sporo, także za sprawą towarzyszących nam niewygód. To sprawka naszego mózgu – dowodzi autor, przytaczając naukowe uzasadnienia, że świadomy umysł, odpowiedzialny za radzenie sobie z nowymi i nieznanymi sytuacjami, uaktywnia się podczas podróży, wytrącony z rytmu, w jakim funkcjonował na co dzień. Podróży w duchu slow, bo jeśli ktoś zostanie przetransportowany w komfortowych warunkach z własnego pokoju do pokoju hotelowego, a potem będzie oglądać najważniejsze, znane mu doskonale ze zdjęć zabytki zza szyby autokaru, jego świadomość nie dostanie wystarczającego impulsu do działania. Odwołań do zagadnień medycyny, historii, historii sztuki i innych dziedzin jest w książce sporo. Kuszą, żeby po zakończeniu lektury podążyć ich tropem.

Wyobrażam sobie, że amator szybkiego zwiedzania – albo ktoś, kto nawet wolałby inaczej, nie dano mu jednak nawet możliwości się nad tym zastanowić – zmuszony, powiedzmy, do podróży pociągiem osobowym przez Mazowsze (wariant najmniej ekstremalny) z początku, nastawiony sceptycznie, ziewa i nie zwraca nawet uwagi na widoki za oknem. Jest przekonany, że trasa będzie dłużyć mu się niemiłosiernie. Po pewnym czasie, pogodziwszy się z myślą, że nie ma wyboru, zaczyna obserwować otoczenie i zmieniający się stopniowo krajobraz, aż sam nie zauważy, kiedy wciągnie się w tę leniwą narrację. A po drodze nawiąże kontakty z ludźmi, których nigdy by nie zagaił i przyjmie ich bezinteresowną pomoc. Być może to więc celowy zabieg, że książka Kierana nie rozpoczyna się od fajerwerków, tylko rozważań na temat natury podróżowania i może wzbudzić obawę, czy aby na pewno warto czytać ją dalej, jeśli miałaby się okazać kolejnym poradnikiem odkrywającym kwestie oczywiste, nie daj Boże jeszcze w typowym dla anglojęzycznych autorów stylu epatującym osobistymi, banalnymi szczegółami z życia. O mały włos sama nie zachowałam się wobec niej jak arogancki uczestnik wycieczki all inclusive, lecz teraz, gdy znam już całość, bardzo się cieszę, że – mimo narastającej niechęci do poradników o dobrym życiu, które wydawcy, świadomi najwyraźniej zapotrzebowania, wypuszczają ostatnio na rynek masowo, zaniedbując jakościową selekcję – „O wolnym podróżowaniu” nie trafiło jednak po pierwszych kilku stronach w kąt.

Otagowane , , , , , , ,

Kurs na bazę

Długo szukałam marki odzieżowej, która byłaby tańszym i dostępnym w Polsce odpowiednikiem francuskiego A.P.C., czyli oferowała porządnej jakości, a jednocześnie estetyczne, proste, podstawowe ubrania. Takie, z których można zbudować solidną bazę, służącą latami i uzupełniać ją przy pomocy innych, bardziej charakterystycznych elementów garderoby, głównie dodatków. Jeszcze lepiej byłoby, gdyby choć część tych ubrań miała w sobie też jakiś pomysł, pazur, coś charakterystycznego, jak w przypadku marki stworzonej przez Jeana Touitou. A gdyby na dodatek filozofia firmy była spójna z moją, a ubrania wytwarzane w Polsce, to już doprawdy można by mówić o pełni szczęścia.

Na sklepy z szyldem Marc O’Polo natykałam się od dawna w Berlinie, jednak jakoś nie chciało mi się zaglądać do środka – wydawały mi się przykładem solidnych, ale nudnych niemieckich ubrań, w dodatku nazbyt drogich jak na moją ówczesną kieszeń. Nie poruszała mnie z podobnych powodów jak marka Tommy Hilfiger, która w zbiorówkach typu Peek&Cloppenburg znajduje się tuż obok Marc O`Polo, i która wciąż nieznośnie kojarzy mi się z zestawem jak z manekina, idealnym dla przedstawiciela aspirującej klasy średniej wyruszającym na weekendową wycieczkę: mokasyny, spodnie typu chinos i koszula lub barwny sweter w serek, koniecznie z logo Tommy, żeby było widać, że mnie stać. Poza tym ta nazwa, odwołująca się do słynnego podróżnika-odkrywcy, sugerowała właśnie zestawy luźno-sportowe.

Nie pamiętam, co skłoniło mnie do sprawdzenia, ki ten diabeł z logo Marc O`Polo. Chyba otwarcie pierwszego sklepu w Warszawie, w Galerii Mokotów. Będąc już na etapie fascynacji „slow fashion” i po lekturze bloga Dead Fleurette oraz innych pionierek tego trendu, nieufnie, ale z ciekawością pooglądałam i podotykałam sobie wyłożone na półkach ubrania. Wyszłam wówczas z niczym, ale zaskoczona in plus, bo to, co widziałam, rokowało nadzwyczaj dobrze. Porządnie uszyte, w bazowych, stonowanych kolorach. Kojarzące się ze skandynawską lub japońską prostotą i w przeciwieństwie do Hilfigera mające też w sobie jakiś  francuskopodobny wdzięk.

Nie pasowały mi zupełnie do tego Niemcy, więc poczytałam o historii marki. Intuicja mnie nie myliła: Marc O`Polo ma korzenie skandynawskie, istnieje od lat 60. i dopiero trzydzieści lat później przeniosła główną siedzibę w pobliże Stephanskirchen w Bawarii, co tłumaczy dziwną z początku nadreprezentację sklepów z tym logo na rynku niemieckim. Wtedy też szefowanie firmą i jej udziały przejął Werner Böck, dotąd wierny jej klient, i postawił na szybką międzynarodową ekspansję. Zamiast szokować czy odwoływać się do autorytetu celebrytów, wprowadził przekaz nawiązujący do solidności i trwałości, zarazem odświeżając wizerunek marki.

Jednym z pomysłów jest papierowy magazyn „Marc O’Polo Diary”, złożony z sekcji damskiej i męskiej, który czyta się trochę jak niezależne pismo o stylu życia, w duchu Kinfolku. Są w nim stałe działy, jak choćby prezentacja jednego produktu z aktualnego katalogu pod hasłem „filozofia ukryta za tym t-shirtem/koszulą/etc”, gdzie ubranie opisywane jest przez pryzmat historii jej konkretnego, choć wymyślonego użytkownika, w stylu przypominającym trochę profil psychologiczny. Bardzo to pomysłowy zabieg, i przyznaję, że jako wyznawczyni idei prostoty łatwo wziąć mnie tym sposobem na lep – wolę wierzyć, że bluzka, którą kupię, ma szansę przetrwać tyle, że ilekroć ją włożę, będzie przypominać różne ważne wydarzenia z przeszłości (poza tym, że będzie wciąż do mnie pasować!)

MarcO'Polo-13FW-940x360

Zamiast celebrytów w rodzaju Lady Gagi czy Davida Beckhama Böck zaangażował do promocji ubrań bardziej niszowych, ale cenionych artystów, jak choćby aktorów Amber Valettę i Jeffa Bridgesa, pamiętnego Kolesia z firmu „Big Lebowski” braci Coen, którzy są twarzami marki już drugi sezon. To wyraźny sygnał dla klientów: nie jesteśmy masowi, nasze ubrania są dla koneserów, którym te nazwiska coś mówią. Z wywiadów, publikowanych w „Marc O’Polo Diary”, też możemy się dowiedzieć, że nie są to osoby tuzinkowe, ale ludzie odpowiadający filozofii wyznawanej przez markę, którzy starannie dobierają sobie towarzystwo, dbają o prywatność i jakość. Słowem: też cenią dobre życie i slow fashion, niczego nie udają, zgodnie z przesłaniem firmy: „Idź za swoją naturą”.

Sądząc po rosnących obrotach, ta strategia okazała się strzałem w dziesiątkę. Szef Marc`O Polo zakładał od początku, że jego klientami będzie najwyżej 20 proc. odwiedzających sklepy odzieżowe, ale za to owe 20 proc., kierując się kryterium jakości, będzie skłonne zapłacić więcej i stale wracać. A także, że oprócz ludzi dysponujących odpowiednimi dochodami w tej grupie mogą znaleźć się też gorzej sytuowani, lecz zmęczeni wszechobecną tandetą konsumenci, dostrzegający sens w oszczędzaniu, by kupić sobie wartościową bazę, która przetrwa lata.

Strzałem w dziesiątkę okazała się też współpraca z rysowniczką i blogerką Garance Dore (choć nie wiem, czy akurat w Polsce – bluzy z organicznej bawełny z rysunkami Garance po przecenie – ok. 200 zł – do niedawna zalegały na półkach w sklepie w Złotych Tarasach) – w nowej kolekcji wiosenno-letniej znów pojawiła się odrębna linia sygnowana jej ręką. Ostatnio do ambasadorek marki dołączyła również francuska modelka Caroline de Maigret i mam jakoś przeczucie, że na tej jednej dobrej znajomej Garance się nie skończy….

garance-dore-marco-polo_quer_v650xx

Zgodnie z zapowiedziami w Marc O`Polo nie znajdzie się więc fajerwerków ani odzwierciedlenia aktualnie panujących na wybiegach trendów, o których od razu wiadomo, że ich żywot będzie wyjątkowo krótki. Za to szukając dobrze uszytej bazy można wyjść z całym zestawem ubrań, które potem nosi się na okrągło w różnych zestawieniach – klasyczne białe koszule, koszule w paski, koszule dżinsowe, kardigany, ołówkowe spódnice, bluzki w marynarskie paski, sukienki a la Francuzka, gładkie i we wzory, skórzane, proste sandały… Podobnie jak u A.P.C. wszystko to pojawia się co sezon w lekko zmodyfikowanych wcieleniach – błogosławieństwo dla kogoś, kto wie dokładnie, czego szuka, ale chciałby odłożyć zakup na później. Ciekawym zabiegiem jest też wprowadzenie do każdej kolekcji 10 charakterystycznych sztuk odzieży, wyróżniających się nieco bardziej ekstrawaganckim wzornictwem od reszty.

Tak więc ujęli i mnie. Drżę, pisząc te słowa, bo wiem niestety z doświadczenia, jak szybko jakość potrafi iść w dół, gdy tylko marka zyska popularność i zdobędzie klientów na masową skalę (będzie o tym niebawem wpis) – ale na razie w Marc O’Polo wszystko jest takie, jakie powinno być w przypadku porządnej średniej półki. Ubrania są starannie wykończone, co można poznać po detalach, jak wzmocnienia kołnierzyka w koszulach, wewnętrzne paski i kieszonki w dolnych częściach garderoby, starannie obszyte dziurki w guzikach – tu nie znajdzie się ciągnących szwów ani porozrywanych rękawów, jak w Zarze. Materiały należą do szlachetnych – swetry wykonane są z wełny merynosów, podkoszulki z organicznej, mięsistej bawełny, skórzane buty mają szyte, a nie klejone podeszwy. Kolory nie schodzą w praniu. Plusem jest też możliwość reklamacji – sklepów w Polsce jest zaledwie kilka i może dlatego  honorują reklamacje nawet bez paragonu, co dobrze świadczy o marce.

Minusem i – jak sądzę – barierą dla części polskich odbiorców mogą być natomiast ceny. Regularna cena podkoszulka dochodzi do 200 zł, za spodnie/spódnicę trzeba zapłacić ok. 400-500 zł, sukienkę 600-700, a płaszcz – powyżej tysiąca. Buty kosztują od 400 do 600 zł. To niemało, choć mniej niż w przypadku A.P.C. Dlatego w przypadku mniej charakterystycznych rzeczy  (po tempie znikania niektórych widać, że marka dorobiła się już polskich fanów bacznie śledzących kolekcje) polecam wyprzedaże, kiedy ceny idą w dół o średnio 30-50 proc. Także w sklepach internetowych, m.in. Zalando. Inną opcją jest zapisanie się do grupy „Friends of Marc O’Polo” (można to zrobić w każdym sklepie, wypełniając formularz) – nie ma kart stałego klienta, ale dwa razy do roku wspomniani „przyjaciele” dostają pocztą kupony zniżkowe na całą aktualną kolekcję w okresie poprzedzającym wyprzedaż. Do ich skrzynek trafia też magazyn i katalogi.

Nie wiem natomiast, co z miejscem produkcji. A.P.C. szyje część ubrań w Chinach, część m.in. w naszym regionie Europy – trzy lata temu lekko zaskoczył mnie napis na metce kurtki „made in Poland”. W przypadku Marc O’Polo brak stosownych informacji na metkach, na stronie internetowej firma pisze jedynie, że „dba o odpowiedzialność w stosunku do przyrody i społeczeństwa oraz nieustannie rozwija działania na rzecz zrównoważonego rozwoju”, co może oznaczać wszystko albo nic. Jeśli ktoś z Was ma wiedzę w tym temacie, będę wdzięczna za podzielenie się w komentarzach: gdzie oni szyją i w jakich warunkach?

P.S.. Nie jest to wpis sponsorowany, choć jak już zaznaczałam, gdyby jakimś cudem Marc O`Polo lub A.P.C. zwróciły się z taką propozycją, nie powiedziałabym „nie”, choć na razie ten blog nie jest aż tak popularny, by mogło się na to zanosić. Ale wówczas na pewno o tym poinformuję (słyszy mnie pan, panie Touitou?;)

Otagowane , , , , , , , , , ,

Powrót Mireille

Za pośrednictwem Amazona od miesiąca można kupić wersję na Kindle`a ostatniej publikacji Mireille Guiliano „French Women Don`t Get Facelifts”. Tymczasem u nas Wydawnictwo Albatros dumnie ogłasza, że wydało właśnie „najnowszą książkę” tejże. Chodzi oczywiście o „Kobiety, pracę i sztukę savoir-vivre`u” sprzed lat czterech, raz już przetłumaczoną na polski przez innego wydawcę, wówczas pod tytułem „Kobiety, praca i sztuka kreowania osobowości”. Niezależnie od wszystkiego cieszy mnie powrót Mireille na księgarskie półki, bo serwowane przez nią mądrości wyróżniają się na plus w zalewie frankofilskich lektur: góruje nad konkurencją doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem. Rodowita Francuzka od lat mieszkająca w Stanach, najpierw wieloletnia rzeczniczka, później szefowa firmy produkującej szampana Veuve Clicquot była pierwsza, jeszcze zanim ktoś obdarzony zmysłem rynkowym wpadł na pomysł, by zaprezentować polskiemu czytelnikowi porady Ines de la Fressange i zachwyty różnych Amerykanek nad wspaniałą francuską kulturą. Śmiało można więc nazwać ją prekursorką mody na „francuski styl” nad Wisłą. Jej „Francuzki nie tyją” i „Francuzki na każdy sezon” – książki, w których dzieliła się tajnikami stylu odżywania się określanego jako „francuski paradoks”, czyli umiarkowanie zamiast drakońskich diet i jedzenie zarówno dla zdrowia, jak i przyjemności, z naciskiem na sezonowe, nieprzetworzone produkty. Formą bonusu były dodatkowe porady dotyczące zdrowego trybu życia i stylu ubierania się. Nic dziwnego, że obie części porad Mireille szybko zniknęły z księgarń i dziś trudno upolować je nawet na Allegro. Były tego warte, uważam. Niektórym przekaz Mireille może wydać się staroświecki, wszak jest rówieśniczką naszych matek, a w niektórych przypadkach może i babek, z wyglądu przypomina bardziej Marthę Stewart niż Marion Cotillard, jednak przynajmniej ma do przekazania konkret z pierwszej ręki, przekazane jej samej przez poprzednie pokolenia Francuzek i pewnego rozsądnego lekarza, a poza tym wie, co pisze, bo sama (po młodzieńczym pobycie w Stanach) zmagała się z nadwagą i zalecane w książce rozwiązania przetestowała na sobie. Plusem są też uzupełniające treść przypisy. I to mimo fatalnego tłumaczenia, polegającego na naszpikowaniu tekstu francuskimi słówkami, co dało efekt nadzwyczaj pretensjonalny (wyobraźcie sobie przysłowiową ciotkę z Paryża, wtrącającą między wierszami niby od niechcenia raz za razem jakieś „mon Dieu” albo „c`est la vie”). Na minus należy zapisać za to protekcjonalny ton Mireille – co prawda daleko jej jeszcze do przekonanej o własnej nieomylności Dominique Loreau, uspokajam – lecz może to też wina tłumaczenia? Lub przekaz okraszony marką „francuski” po prostu musi być taki, by się sprzedał, bo styl Francuzek kojarzy się też z lekkim zadzieraniem nosa?

Kobiety-praca-i-sztuka-savoir-vivre-u_Mireille-Guiliano,images_big,3,978-83-7659-548-1

Ale wróćmy do księgarskich nowości sygnowanych nazwiskiem Guiliano. Tu już nie jest tak dobrze. W obu przypadkach dostajemy co najwyżej popłuczyny po sukcesie obu tomów „Francuzek…”  „Kobiety, praca i sztuka savoir-vivre`u” wygląda mi na niezbyt udaną realizację zamysłu jakiegoś szczwanego redaktora lub wydawcy, który uznał, że skoro istnieje coś takiego jak francuska kuchnia i francuska moda, i w dodatku ludzie się tym zachwycają, to trzeba im sprzedać też ideę „francuskiego stylu w pracy”. Niemal słyszę takie rozmowy, dwóch bossów, pewni siebie, wygadani, nogi na stole: – Francuski styl to mocno ryzykowne – wiesz przecież, że w porównaniu do nas oni są dość leniwi. Obowiązkowa przerwa na lunch, długie urlopy…. – Ale kto się na tym zna lepiej niż Mireille, skoro pracowała i tam, i tu w światowych koncernach? Jakoś dała sobie radę! – Ooo, właśnie, niech pokaże naszym amerykańskim koleżankom, że można rządzić w firmie, w otoczeniu samych mężczyzn, nie zmieniając się w babochłopa. – Ha, ha, tym bardziej niech pisze! – No więc napisała, choć za bardzo nie wiadomo, co, jak sugeruje już tytuł z gatunku od Sasa do lasa. Coś pomiędzy poradnikiem, jak wybrać życiową drogę i osiągnąć sukces w pracy, a przy tym pozostać kobietą w męskim świecie, bo przecież Francuzki wiedzą najlepiej, jak wykorzystać swój wdzięk („he he” – dodałby w tym miejscu czuły na damskie wdzięki boss). Innymi słowy, wyszła lektura ku pokrzepieniu serc tych wszystkich Amerykanek, które chciałyby toczyć korporacyjne boje z kolegami i przebić szklany sufit, ale boją się, że w ten sposób automatycznie pozbawią się seksapilu. Być może w Polsce istnieją podobne obawy i ta książka je rozwieje, nie wiem. A poza tym przepraszam, czy jest na sali choć jedna feministka?

french_women_dont_get_facelift_a_p

Pod tym względem „French Women Don`t Get Facelifts” jest bliższe pierwszym osiągnięciom pisarskim Guiliano, zawiera bowiem jej autorskie recepty na zachowanie szczupłej sylwetki, klasy, zdrowia i dobrego samopoczucia od nastoletniości po wiek średni, z naciskiem na ten ostatni.  Porady utrzymane są w podobnym duchu jak dotąd: akceptacja swojego wieku i nie udawanie młodszej, niż się jest. Umiar we wszystkim, co w odniesieniu do jedzenia oznacza delektowanie się wszystkim, byle w małych porcjach, zaś w modzie stawianie na jakość zamiast ilości i stosowanie się do złotej zasady Coco Chanel, że jedna ozdoba zdobi skuteczniej niż tuzin. Po trzecie: życie pozbawione pośpiechu, celebrowanie chwil, inaczej szanowanie się, czyli nie ubieranie byle czego, unikanie byle jakich, przypadkowych przedmiotów, pochłaniania w pośpiechu byle jakiego fast foodu z komórką przy uchu lub wzrokiem zatopionym w notebooku. Wygospodarowanie paru chwil dziennie na to, żeby usiąść przy stole jak człowiek i skoncentrować choć przez chwilę na tym, co na talerzu.  Dalej: dbanie o siebie, dla własnej i innych przyjemności, unikanie pokazywania się innym w stanie rozmamłania. Umiejętność selekcji, zrozumienia, czego naprawdę się chce, a co tylko podsuwa reklama albo inni, na których akurat zdarzyło się zapatrzeć. To samo w relacjach międzyludzkich. Lepiej mieć niewielu, ale naprawdę sprawdzonych przyjaciół, zamiast licznych, niewiele wartych na dłuższą metę kontaktów. No i wreszcie: ruch jako element codzienności, a nie objadanie się, a potem wyciskanie z siebie od święta siódmych potów na siłowni. Chodzenie do pracy piechotą albo regularne przejażdżki rowerem. Używanie schodów zamiast windy. Trudno im odmówić zdrowego rozsądku.

Niech nie zwiedzie jednak Was tytuł, sporządzony na klasyczną „rybkę” – przez całą książkę przewijają się informacje, że Francuzki korzystają, a jakże, z różnych osiągnięć medycyny estetycznej, z operacjami włącznie, „tylko robią to tak, że nie widać”. Pytanie: czy którakolwiek z nas, niezależnie od narodowości, idąc po raz pierwszy na botoks, chciałaby, by wszyscy odgadywali bezbłędnie, że coś sobie zaaplikowała? – niech lepiej zostanie bez odpowiedzi.

Otagowane , , , , , , , ,