Tag Archives: styl

Styl bez lekcji stylu

„Gdy gościmy u zacnej, obdarzonej dobrym smakiem osoby (jej siedziba) ujmuje nas bezpretensjonalnością, urokiem starych drzew w ogrodzie (…) rozrzuconymi niedbale tu i tam sprzętami, które pamiętają dawne czasy.

Natomiast aż przykro patrzeć na dom, nad którego wykończeniem trudziła się cała armia cieśli, wkładając w pracę ogromny wysiłek i pomysłowość, w którym ponastawiano cennych mebli z kraju lub nawet z Chin, gdzie w ogrodzie roślinom i drzewom nie daje się rosnąć jak zapragną, tylko kształtuje je ludzka ręka. Dom taki sprawia doprawdy przygnębiające wrażenie. Bo też jak długo można w nim mieszkać. (…)

Kompletowanie za wszelką cenę pełnych zestawów świadczy o kiepskim smaku. Właśnie to, co niekompletne jest w dobrym guście”.

Fragment powyższy pochodzi z zapisków Kenko, mnicha buddyjskiego z epoki średniowiecza i znalazł się w tomie „Estetyka japońska” pod redakcją Krystyny Wilkoszewskiej. Kategoryczność sądu o tym, co można nazwać gustownym, a co nie, może odstraszać, ale trudno też odmówić tym spostrzeżeniom sensu. Cytat z Kenko przypomina mi się za każdym razem, kiedy widzę w księgarniach kolejne podręczniki stylu (nie znaczy to, że każdą taką książkę uważam za bezwartościową, w przeciwieństwie do pozycji usiłujących wmówić czytelniczkom, że pokonają genetykę i dzięki stosowaniu określonych produktów zmienią się w wiecznie młode Koreanki). Dobrze, że ludzie uczą się, co zestawiać z czym i jaki ubiór pasuje do konkretnych okoliczności, jeśli wcześniej nie mieli szansy się tego dowiedzieć. Dbałość o wygląd nie świadczy o pustocie, ale o szacunku do siebie i do otoczenia. O wyczuciu kolorów, proporcji, faktur, uważności na świat, bo wszystko, z czym obcujemy na co dzień, czym nasiąka wnętrze, może znaleźć odzwierciedlenie w stroju.

A jednak najbardziej stylowi – w takim rozumieniu, o którym mówi się „klasa” – nie są ludzie, którzy przeczytali od deski do deski podręczniki stylu i stosują się wiernie do zawartych tam wskazówek, tylko tacy, którzy nie udają. Naturalność, świadomość siebie jest kwintesencją, jak w tym wpisie autorki bloga Poczuj się lepiej. U niektórych to kwestia urodzenia – mam na myśli te inteligenckie domy zawalone książkami, w których najwyższą wartość upatruje się w tym, co ma się w głowie, a na markę rodziny pracowały pokolenia – fenomen „bon chic, bon genre”. Nie trzeba więc do niczego aspirować. Dorobkiewicz stara się aż za bardzo. Nie patrzy na jakość, ale na markę, kierując się wyborami tych, których podziwia, i z wysiłkiem ich naśladuje. Nie ma pojęcia, że najbardziej snobistyczne wybory mogą dotyczyć przedmiotów, które tylko wprawne oko odróżnia od pospolitych odpowiedników. Desperacko chce być dostrzeżony, pochwalony, zasłużyć na włączenie do danego kręgu. Człowiek, który spina się wciąż wewnętrznie, koncentrując na tym, co inni o nim pomyślą, starający się za bardzo, stylowy nie jest – i nieważne, czy chodzi o doścignięcie którejś z sezonowych mód, czy wyrafinowanego estetycznie ideału. Wszystko musi do siebie pasować, leżeć idealnie, być dokładnie takie, jak wypada.

tumblr_oczq08gphs1vorqouo1_1280

The One -Sivan Karim

Źródło: Instagram

Styl to nie przejmowanie się konwencją. Odrzucenie przymusu bycia jak spod igły – szacunek dla rzeczy starszych, pięknie spatynowanych, dbałość o nie, jeśli sprawdziły się, dobrze służą. Akceptacja dla bycia samotnym w tłumie. Osoba stylowa często nosi coś w sposób bardzo charakterystyczny, aż stanie się to jej znakiem rozpoznawczym na długo przed tym, zanim podchwycą to trendsetterzy, a potem ulica – dlatego, że tak jej pasuje. Albo jako jedyna nie skusi się na to, co mają wszyscy. Styl to zadbanie, poczynając od „wieszaka”, czyli ciała, na którym prezentuje ubranie. Prosty kręgosłup, uśmiech, swobodne ruchy. Wygoda – trudno mówić o „klasie”, gdy ktoś kuśtyka w niebotycznych szpilkach albo marznie, błyszcząc w zimie gołą łydką, bo na Instagramie pełno jest zdjęć Włochów eksponujących tę część ciała przy dziesięciu stopniach więcej (obowiązkowe w niektórych kręgach wełniane czapki utrzymywane na czaszkach w nagrzanych wnętrzach kawiarni pasują do tej samej kategorii; mi kojarzą się z mało szykownym obrazem emerytki w berecie za szybą baru mlecznego w czasach PRL-u).

Styl w rozumieniu „klasy” zwykle jest dyskretny, chociaż może też być kolorowy, a nawet – dla postronnych – nieco ekscentryczny. Najważniejsze, by był własny – dla kogoś, kto nie miał wcześniej jego wrodzonego wyczucia ani nie odebrał lekcji w domu, zaczyna się wówczas, gdy dowiedziawszy się już, do czego służą poszczególne, bazowe elementy układanki, zaczyna grać nimi po swojemu, dopasowując do indywidualnych warunków. Tak, żeby było mu z tym dobrze.

Otagowane , , , , , , , , ,

Strażnicy stylu

Christophe Lemaire to były dyrektor artystyczny odpowiedzialny za damskie kolekcje zacnego domu mody Hermes, który odszedł stamtąd, żeby zbudować od zera własną markę – Lemaire. Wcześniej był dyrektorem kreatywnym w Lacoste. Francuskie złote dziecko, kiedyś związane z nie mniej sławną, wtedy też stawiającą pierwsze kroki w świecie mody Isabel Marant, z którą wspólnie założyli markę pod nazwą Allee Simple – on projektował, ona szyła;  teraz już świętujące pięćdziesiąte urodziny, lecz – jak to z podobnymi postaciami bywa – wyglądające na dziesięć lat mniej (sekretem dobrej kondycji o kilka lat młodszej od niego Marant są podobno odprężające weekendy spędzane w domu na wsi bez elektryczności i bieżącej wody, jaki sposób na wieczną młodość znalazł Lemaire – nie wiadomo). Krewniak Roberta Caillé, nieżyjącego już wydawcy francuskiego Vogue`a, od małego otoczony przez eleganckie kobiety – jak wspomina, zarówno babka, jak i matka niemal przez całe życie były wiernymi klientkami Yves-Saint Laurenta.  Studiował literaturę i sztuki piękne,  dorabiając jako asystent stylistów i DJ. Gdy ma się podobne zaplecze i dorasta w  towarzystwie wyższych francuskich sfer, nietrudno szybko stać się wyczulonym na estetykę wszystkiego, co człowieka otacza. Po fascynacjach muzycznych (jako nastolatek uwielbiał new wave, zwłaszcza Siouxsie and the Banshees i Joy Division) dostał prawdziwego szaleństwa na punkcie Japonii – odkrył ją wraz z pierwszymi paryskimi pokazami Rei Kawakubo i Yohji Yamamoto. Potem poleciał do Tokio w 1995 r. i gdy przeszedł mu pierwszy kulturowy szok, stwierdził, że ma z tamtejszą wrażliwością wiele wspólnego – subtelność form, obsesyjne wręcz dążenie do perfekcji, znaczenie, jakie przywiązuje się do koncentracji, bycia tu i teraz. Japońskie motywy przewijały się przez twórczość Lemaire`a już od pierwszych kroków w świecie projektowania (Marant wspomina w jednym z wywiadów, że w Allee Simple wszystkie ubrania miały kwadratowe kształty, bo nie umieli ciąć materiałów z koła), choć dziś sam twierdzi, że wolałby do tamtych młodzieńczych prób nie wracać; raczej myśleć o sobie jak o winie, które nabiera szlachetności wraz z czasem. Poza tym cytuje swojego ulubionego malarza Odilona Redona: „Nie możesz wyjaśnić innym tego, co robisz, bo nie znasz samego siebie” i nie przejmuje się, że ktoś może uznać to za pretensjonalne.

6b8b7660gw1e28aba0mffj-682x102-8733-3294-1428462999[1]

tumblr_mj0aeyM4771qak1r4o1_400[1]

Muzą i nieodłączną towarzyszką życia Lemaire`a jest Sarah-Linh Tran.  Jest też dyrektorką artystyczną jego marki, odpowiadającą za jej identyfikację wizualną, zaangażowaną też w prace nad damską linią. Razem tworzą nierozłączną i wspaniale stylową parę introwertyków, którzy nieszczególnie często absorbują świat swoim istnieniem – nawet ich zdjęć w Internecie jest niewiele – chyba, że przy okazji prezentacji nowej kolekcji. Strzegą prywatności, nie zależy im na uganianiu się za fotoreporterami, świadomie rezygnują z szumu promocyjnego, starannie dobierając propozycje wywiadów – co paradoksalnie, poprzez regułę niedostępności, intryguje i często działa na ich korzyść. Teraz pewnie znów będzie ich więcej w mediach, bo marka Lemaire nawiązała współpracę z japońską sieciówką Uniqlo, do której sklepów już 2 października trafi zaprojektowana przez duet kolekcja. Niewykluczone, że także do sklepu internetowego, więc gdyby ktoś był zainteresowany…. (Uniqlo wysyła również do Polski). Można ją sobie obejrzeć na przykład tutaj. Ceny zdecydowanie przyjaźniejsze niż Lemaire solo.

Christophe-Lemaire-and-Sarah-Linh-Tran-Remodelista[1]

Pytana w jednym z wywiadów, jak opisałaby swój styl, Linh Tran (korzenie ma nie japońskie, lecz również wschodnie – wietnamskie), odpowiada dwoma przymiotnikami: „Praktyczny i dyskretny”. Lemaire patrzy na sprawę podobnie, lecz jest bardziej wylewny – podoba mu się idea osobistego mundurka (czyli tego, co od jakiegoś czasu w Polsce nazywa się uniformem). „Nie lubię rzeczy, które są zbyt kruche, zbyt luksusowe. Cenię praktyczne ubrania, które mogą służyć latami”. Na inne pytanie: „Co jest największym komplementem w odniesieniu do minimalistycznej garderoby?” oboje zgodnie odpowiadają: „Zdrowe włosy i piękna cera!”

A co mówi o sobie i o swojej pracy Lemaire?

„Nigdy nie byłem szczególnie towarzyski. Nie interesuje mnie bieganie za fotografami ani uczestnictwo w  branżowych imprezach. Chcę być rozpoznawalny dzięki swojej pracy. Ktoś kiedyś powiedział:”chcesz żyć szczęśliwie, żyj w ukryciu”. Szczerze w to wierzę. Lubię ciszę, spokój, towarzystwo ukochanej i przyjaciół. Sądzę, że problemem dzisiejszego świata mody jest to, że ludzie mylą częstą obecność w telewizji czy ilustrowanych magazynach z byciem świetnym projektantem. Tymczasem jest cała masa świetnych projektantów, którzy nie są ani trochę częścią tej gry. Żeby być rozpoznawalnym, trzeba być uzależnionym od mediów, i to jest, jak sądzę, plaga naszych czasów”.

„Nie mam konta na Facebooku. To zbytnio pochłania czas. Męczy mnie nawet odpisywanie na maile. Jeśli mam być szczery, nie dostrzegam pozytywów mediów społecznościowych; nie sądzę, by ludzie stawali się dzięki nim szczęśliwsi. Zapewne reprezentuję trochę staroświeckie podejście, ale te media wydają mi się one czymś sztucznym. Oczywiście, dzięki nim możesz spotkać ludzi, których nigdy byś pewnie nie poznał na żywo, ale z drugiej strony – ten cały koncept pokazywania światu, kogo znasz, wirtualnych przyjaźni – lekko przeraża. „

„Zawsze interesowało mnie to, co otacza człowieka na co dzień. Codzienne wybory w sensie stricte kulturowym – to, jak żyjemy, jak urządzamy nasze domy, co jemy, jakiej słuchamy muzyki. Kultura jest dla mnie wyborem tego, co się konsumuje. A styl – tego wyrazem. Zawsze wierzyłem też w sens ubrań, które podkreślają osobowość, a jednocześnie pozwalają uchwycić dany, konkretny moment z życia danej osoby. Nie interesuje mnie teatr ani cyrk, ostentacja. Jestem za prostotą i naprawdę wysoką jakością”.

Daje do myślenia, prawda? Nie tylko w odniesieniu do tego, co w Polsce nazywamy branżą modową. Cały wywiad można przeczytać tutaj.

page03-660x400[1]

Na markę Lemaire mnie nie stać, mogę sobie tylko pooglądać w internecie, co nie przeszkadza czerpać inspiracji ze stylu, jaki reprezentuje, a którego żywym ucieleśnieniem lub też najlepszą chodzącą reklamą jest Sarah Linh Tran. Prostota, dużo elementów męskiej garderoby, złagodzonych przez dodatki, a czasem tylko fryzurą albo czerwoną szminką, monochromatyczna paleta barw, niekiedy przełamywana jednym mocnym akcentem kolorystycznym, pewna surowość form, ewidentna już na pierwszy rzut oka jakość, o której na każdym kroku wspomina Lemaire, perfekcyjna koordynacja. Sporo odniesień do Japonii, ale także „lat dwudziestych, lat trzydziestych” i awangardy artystycznej tamtego okresu, estetyki Nowej Fali, wszystkiego, z czego utkana jest osobowość projektanta. Sarah-Linh Tran wyglądem potwierdza wartości, o których oboje z  mówią w wywiadach. Więcej obrazków tutaj.

Przypomina mi inną osobę noszącą się w podobnym duchu, a jednak interpretującą po swojemu – duńską projektantkę mebli Stine Gam, połowę uznanego duetu duńsko-włoskiego Gam & Fratesi –  która również tworzy parę w życiu prywatnym.  Gam można by uznać za chodzącą reklamę COS-a i innych skandynawskich marek ze średniej/wyższej półki, a jednak to, co ma na sobie, nosi piętno jej indywidualności. Nie jest to manekin ubrany w gotowe zestawy, lecz kobieta z krwi i kości, świadoma zawartości swojej szafy, wad i zalet własnego wyglądu i dokonująca świadomych wyborów. Jeśli coś jej pasuje, nosi to na okrągło, zmieniając tylko pozostałe elementy. Stałym motywem w jej garderobie są męskie buty z wysokogatunkowej skóry, łączone czasem ze spodniami typu cygaretki, chinosami albo dżinsami, a innym razem również z sukienkami w towarzystwie ciemnych rajstop.  Sama mam do takich butów słabość, więc zestawienia, w jakich pokazuje się Stine, szczególnie cieszą oko. Podobnie jak u Sarah-Linh Tran, także u Dunki ważną, a czasem wręcz kluczową częścią stylizacji są włosy – trochę dziewczęce, ale proste fryzury, które na tle ascetycznego, eleganckiego stroju nie wyglądają infantylnie, tylko ujmują lat z korzyścią dla właścicielki. Pasuje tu inny cytat z Lemaire`a:

„Od czasu do czasu warto zachować dystans do mody. Nie przemawia do mnie założenie, że chcąc wyglądać dobrze i elegancko, kobieta powinna kupić konkretny zestaw, torbę albo buty modne w danym sezonie. To przecież kompletnie bez sensu”.

Lemaire i Sarah-Linh Tran są jak strażnicy stylu i zdrowego rozsądku w świecie szybkiej mody, także szybkiej mody udającej nawróconą na jakość, luksusowych marek szyjących w Chinach. Swoim wyglądem, stylem życia, wartościami, do których się odwołują przypominają, że prawdziwa, wyrafinowana elegancja zawsze będzie wiązać się z prostotą. Teraz może są w mniejszości, wkrótce zostaną uznani za elitę, której inni będą próbowali dorównać.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Francuski styl, interpretacje cz. 1

Ikony stylu – taką kategorię często można spotkać na blogach związanych z minimalizmem oraz w zestawieniach na Tumblr czy Pintereście. Sama też od dłuższego czasu zastanawiałam się nad wskazaniem kilku osób, które uważam za „kobiety z klasą” – mają przemyślany, konsekwentny i charakterystyczny własny styl. Nawet odgrażałam się na blogu, że to zrobię. Ale jako istota z natury przekorna, nie zrealizowałam zamierzenia od razu. A teraz, czytając komentarze pod bardzo ciekawym wpisem Styledigger o stylu właśnie, odkryłam, że jedna z czytelniczek zwróciła uwagę na osobę, której styl również wpadł mi ostatnio w oko w związku z najnowszą jej inicjatywą – „Energetyczni 50+”, projektem fotograficznym pokazującym, że życie nie kończy się na pięćdziesiątce. Czytając wywiady z Lidią Popiel,  nie mogłam nie zauważyć jej bardzo oszczędnego w formie, spójnego i idealnie dopasowanego do jej urody i stylu życia wizerunku. Poświęcę więc mu parę zdań, traktując jako przykład ilustrujący wpis Asi, z tym większą chęcią, że Lidia nie należy do grona często przywoływanych w stylowych zestawieniach młodziutkich aktorek i piosenkarek. Mam wrażenie, że im bardziej przybywa nam lat, tym większej nabieramy świadomości własnego wyglądu, ale z drugiej strony, w miarę jak ciało się zmienia i trzeba o nie intensywniej dbać, by utrzymać się w formie, bogactwo fasonów, wzorów i kolorów, z jakiego można czerpać garściami będąc młodą dziewczyną, przestaje być nieograniczony.  Dlatego niełatwo, zwłaszcza w Polsce, znaleźć kobiety w wieku 40 plus, które świecą autentyczną klasą. Dodatkowo, jeśli ma się raczej minimalistyczny gust, trudno znaleźć takie, których styl  wpisywałby się w osobiste estetyczne preferencje. W środowiskach tzw. celebrytów dominuje wciąż styl a la czerwony dywan – tiule, cekiny i falbany, albo kopiowanie kilku najbardziej modnych w danym sezonie młodzieżowych tricków i desperacka pogoń za uciekającym czasem, wyrażająca się w nadużywaniu takich dobrodziejstw medycyny estetycznej, jak kwas hialuronowy czy botoks.lidia-popiel-na-konferencji-fashion-designer-awards-2013-NEWS_MAIN-45034

lidia-popiel-na-otwarciu-nowego-salonu-noble-place--NEWS_MAIN-53929

gwiazdy-na-pokazie-vistula-jesien-zima-2014-2015-lidia-popiel-fot-akpa

Lidia Popiel wyróżnia na tym tle naturalność i charakter – zresztą wyznaję teorię, że jedno współgra z drugim i tylko kobiety, które wiedzą, czego chcą, potrafią stworzyć spójny, wyrazisty styl, jakiego nawet sztab stylistów nie zdoła wyprodukować w przypadku gwiazdki znanej z tego, że jest znana – będzie wyglądać dobrze, poprawnie, i nic poza tym.  Nasza bohaterka nie jest tylko żoną – ozdobą znanego aktora, fotografowaną z nim na przyjęciach, ale kobietą samodzielną, realizującą z powodzeniem własne artystyczne pasje.

lidia-popiel-na-spotkaniu-prasowym-atlantic-NEWS_MAIN-50456

Jeśli by się zastanowić, to styl Lidii Popiel byłby najbliższy opiewanemu nie tylko tutaj stylowi francuskiemu – nie powielanemu ślepo, wedle przykazań z książek, ale zinterpretowanemu na sposób autorski (drugą świetną interpretatorką tego stylu jest Małgorzata Szumowska, ale o niej kiedy indziej). Jest w nim coś męskiego, surowego, ale jednocześnie nie ma wątpliwości, że nosząca się w taki sposób osoba jest kobieca, choć kobiecością nie epatuje w sposób oczywisty. Najbardziej charakterystyczny element to męskie koszule – sama Lidia Popiel przyznaje w wywiadach, że ma do nich słabość i będąc we Włoszech, podglądała sposoby, na jakie mężczyźni podwijają rękawy, żeby brać z nich przykład. Głównie są to koszule białe, ale sporadycznie trafiają się też inne kolory lub wzory (na przykład prążki). Do tego dżinsy i botki na obcasie, albo innego rodzaju buty na obcasie, mocne, zwracające uwagę – i już mamy jeden z uniformów. Inny to dobrej jakości t-shirt (najczęściej biały) z długim lub krótkim rękawem, ciemna marynarka i dżinsy. Czasem zamiast dżinsów są spodnie khaki o nonszalancko podwiniętych nogawkach albo z dużą ilością kieszeni. W ogóle Lidia Popiel często wykorzystuje elementy stylu safari, współgrające z jej profesją fotografki, która dźwiga tony sprzętu i musi poruszać się często w trudnym terenie. Do tego inne klasyki. Mała czarna. Płaszcz typu trencz. Skórzana krótka kurtka, też często widoczna na zdjęciach Lidii znalezionych w sieci, która dodaje pazura prostym sukienkom. Choć są to wszystko ubrania bazowe, widać, że dobrej jakości.

lidia-popiel-na-prezentacji-kolekcji-aryton-jesie-zima-2013-2014-NEWS_MAIN-67178lidia-popieljpg-NEWS_MAIN-8656

Kolory czerń, biel, szary, beże, pasujące przy tym typie urody. Czasem trafia się egzotyczny, przykuwający uwagę element, jak błękitna, połyskliwa sukienka w stylu chińskim – wówczas reszta jest stonowana, by mógł grać sam w sobie. Odloty zazwyczaj w dodatkach – zwracające uwagę buty, torby, naszyjniki.

Lidia Popiel

Lidia Popiel jest też jedną z nielicznych znanych Polek, które nie wpadły w panikę, że gdy przekroczy się magiczną granicę czterdziestu lat, dłuższe włosy  automatycznie „dodają lat” i należy natychmiast je obciąć, zaopatrując się w koafiurę godną starszej pani. Przeglądając zdjęcia Francuzek w tym samym wieku, znacznie częściej można natknąć się na kobiety z zadbanymi włosami do ramion, w naturalnych kolorach. (Inną moją faworytką w zakresie fryzur jest nieżyjąca już Agnieszka Osiecka, która wspaniale nie przejmowała się tym, co „wypada” i jeszcze pod koniec życia nosiła włosy upięte w długi koński ogon).

Mało biżuterii, jeśli już to naturalna (brawo za bursztyn!) Zwykle jest to wyrazisty naszyjnik, czasem kolczyki. Rolę dodatków pełni najczęściej zegarek i szminka. Przeciwsłoneczne okulary. Wyraźnie zaznaczone usta to też element stylu rzadko spotykany wśród dojrzałych kobiet w Polsce, a szkoda. Jedyną osobą, która z czerwonej szminki uczyniła swój znak charakterystyczny niezależnie od wieku jest profesor Jadwiga Staniszkis i długo, długo nikt.

Oczywiście, Lidii Popiel, jak każdemu, zdarzają się modowe wpadki, co też jest pocieszające, bo świadczy o tym, że nie jest cyborgiem bez skazy!  Delikatnej urodzie nie służą falbanki i kwiatowe sukienki – stwarzają ryzyko, że będzie się wyglądać „pańciowato”, idealnie podkreślają ją natomiast proste jednokolorowe suknie (z dekoltem lub bez) – czerń, czerwień, beże.

Jak Wam się podoba styl Lidii? I czemu tak mało wyglądających w ten sposób kobiet widać na polskich ulicach, nie mówiąc o zdjęciach z kronik towarzyskich?

Otagowane , , , , , , ,