Tag Archives: trend francuski

Szafa od zera

A gdyby tak nagle cała dotychczasowa zawartość mojej szafy zniknęła w tajemniczych okolicznościach i byłabym zmuszona skompletować garderobę od zera? Z konieczności, także finansowej, trzeba byłoby ograniczyć się do najpotrzebniejszych kilku elementów, możliwych do zestawiania ze sobą w różnych kombinacjach i przede wszystkim odpowiadającym wymogom aury w najbliższych miesiącach – czyli najpierw skompletować podstawową garderobę zimową, jako że dziś drugi dzień astronomicznej zimy.

Przyjrzałam się najczęściej wykorzystywanym i najbardziej potrzebnym w tych warunkach elementom i oto, co bym wybrała:

– Płaszcz zimowy. W polskich realiach klimatycznych (jakkolwiek klimat ponoć się ociepla) nie warto oszczędzać na tym elemencie garderoby. W końcu nosimy go przez kilka miesięcy, powinien więc zapewniać nam maksymalny komfort (rzekłabym wręcz, że o tej porze roku jest wręcz niezbędny do przeżycia; chyba że zamierzamy nie ruszać się z domu). Jako odzienie wierzchnie też najbardziej rzuca się w oczy, wpływając na pierwsze wrażenie o właścicielce.  Każdy ma inne preferencje odnośnie fasonu, więc trudno cokolwiek sugerować. W moim przypadku idealny płaszcz zimowy ma szlafrokowy krój, jest długi do połowy łydki, przewiązywany paskiem i zapinany na guziki lub zatrzaski (niby to szczegół, ale dla mnie świadczy o dbałości o jakość, poza tym w zapinanym zawsze jest cieplej). Skład, który wpłynąłby na decyzję o zakupie po przestudiowaniu metki, to minimum 80 procent wełny, pozostałe 20 procent może przypadać na poliamid. Sytuacja idealna to 100 proc. wełny (czasem można znaleźć takie płaszcze w COS i &Other Stories) albo wełna z dodatkiem kaszmiru, ale to dziś rzadkość i wysoka półka cenowa (np. Deni Cler – piszę na podstawie opinii innych, sama nie mam żadnej rzeczy tej marki), dla wielu nieosiągalna. Warto też zwrócić uwagę na materiał, z jakiego wykonana jest podszewka (płaszcze zimowe bez podszewki odpadają w tej konkurencji na starcie, przykro mi, Zaro). Wiskoza lub bawełna są jak najbardziej w porządku, w przeciwieństwie do poliestru, który lubi się elektryzować i nieładnie układać  (gdy zewnętrzna część płaszcza wykonana jest ze 100-proc. wełny, a poszewka z poliestru od razu patrzę na producenta podejrzliwie – chciał oszczędzić na tym, czego nie widać?) Kolor: ze względów praktycznych wybrałabym granat, który jest też bardzo elegancki, ale ze względu na zimową szarzyznę polskich ulic najlepiej byłoby mieć w garderobie dwa płaszcze, ten drugi jasnobeżowy albo w kolorze wielbłądzim (świadomie nie używam rozpowszechnionego określenia: kamelowy), by trochę rozjaśnić sobie życie w tych trudnych miesiącach. Niestety, poza ofertą z drugiej ręki praktycznie nie można już spotkać w sklepach ocieplanych, watowanych płaszczy; ich rolę najprawdopodobniej przejęły puchówki – przynajmniej mnie się nie udało takowego nigdy dojrzeć, może ktoś z Was ma inne doświadczenia? Puchówka jest oczywiście idealnym rozwiązaniem na wysokie mrozy, ale płaszcz wydaje się bardziej uniwersalny i przede wszystkim elegancki. Nawet przy minus 20 od biedy można ubrać się pod spód na cebulkę i jakoś przetrwać.

Niestety, chcąc kupić płaszcz dobrej jakości, trzeba się na to przygotować – to wydatek rzędu 800-1200 zł. Nieźle uszyte płaszcze z dobrych gatunkowo tkanin mają &Other Stories, Filippa K, COS, Marc O`Polo, czyli sprawdzona i opisywana już tutaj brygada. Polecam też polską markę Elementy, szyjącą w kraju, stosującą zasady kapitału społecznego (bardziej dla płaszczy przejściowych, nie na super mroźną zimę). Przy mniejszym budżecie dobrą i ekologiczną opcją jest przeszukanie sklepów z odzieżą używaną, także tych internetowych, lub portali w rodzaju Etsy, gdzie można trafić na naprawdę porządnie uszyte, ciepłe płaszcze, w dodatku za połowę ceny nowych.

– Buty. Drugi element garderoby, na którym zdecydowanie nie warto oszczędzać. Dobre buty dodają garderobie sznytu, nawet jeśli jej reszta to zestaw skompletowany podczas łowów w sieciówkach i sklepach z odzieżą używaną. Skórzane (niestety nie jest to opcja dla wszystkich; zdaję sobie sprawę, że w przypadku wegetarianki może zakrawać to na hipokryzję lub niekonsekwencję, ale nie założyłabym buta ze sztucznych tworzyw – ze względu na komfort i higienę). Jeśli o porządnie wykonane buty się dba, regularnie oddając je do szewca, a po sezonie czyszcząc, pastując i wypychając gazetami, by nie straciły formy, mają szansę służyć nam nawet i dekadę. Szyta, nie klejona i drewniana podeszwa to oczko wyżej na skali jakości.  Zwracam też uwagę, gdzie zostały wykonane – najlepiej w Polsce, ale  Portugalia, Włochy, Francja sugerują wyższą klasę niż Chiny. Mój ulubiony typ butów to botki do kostki albo sztyblety, które można nosić również wiosną i jesienią; ale na okres śnieżny i mroźny dobrze jest też mieć jedną parę kozaków. Odnośnie obuwia polecam te same sklepy co poprzednio, niezłej jakości sztyblety ma też w ofercie polska firma 7Mil. Moje botki z A.P.C., kupione pięć lat temu na wyprzedaży, po jednej na razie wizycie u szewca (wymiana fleków), trzymają się świetnie.

Ceny: botki ok. 500-600 zł, kozaki – 800-1000 zł, sztyblety 300-500 zł

– Akcesoria: rękawiczki, czapka, szal.

Akrylowi, królującemu w sieciówkach, mówimy zdecydowane nie. Elektryzuje, gryzie, nie grzeje. Szalik ze 100 proc. wełny albo wełny z domieszką kaszmiru to wydatek rzędu 200-300 zł, więc w tym przypadku też warto czekać na wyprzedaże. Bywają oczywiście wyjątki – mam czapkę kupioną dwa lata temu w H&M za bodaj 50 zł z jakiejś dziwnej mieszanki: 63 proc. – akryl, 25 proc. – wełna, reszta – poliester (!!!) i nie dość, że nie elektryzuje, to jeszcze całkiem skutecznie grzeje.

– Spodnie typu cygaretki z wełny. Pod spód zakładamy podkolanówki i już jest cieplej. Takie spodnie można wykorzystywać zarówno na oficjalne okazje (np. w zestawieniu z marynarką), jak i na co dzień, fason mają wyszczuplający, sprawiają eleganckie wrażenie. Kolory – co komu pasuje, ja pewnie zdecydowałabym się na najbardziej uniwersalny granat albo szarość, fajne i ożywiające resztę garderoby kolory to też bordo albo ciemna zieleń.

fullsizerender

Na zdjęciu podawane jako przykłady: płaszcz Filippa K (2 lata), botki A.P.C. (4 lata), skórzana kurtka Massimo Dutti (2 lata), sweter A.P.C. (4 lata), dżinsy COS (3 lata), szal &Other Stories (2 miesiące)

– Dżinsy. Jeśli są wykonane z grubego dżinsu, to grzeją nie gorzej niż wełna, poza tym od razu zyskujemy całoroczny element garderoby. Fason to już kwestia bardzo indywidualna – ja wolę takie z wyższym stanem, albo typu „slim fit”, albo o prostym kroju – te pierwsze mam z COS, te drugie z Marc O`Polo. Dżinsy z tzw. surowego dżinsu też są idealnym wyborem na zimę, bo w sezonie wiosenno-letnim zmieniają się, niestety, w grzejącą zbroję, o czym przekonałam się na przykładzie moich z A.P.C. Kolory – czarny, ciemnogranatowy, klasyczny błękit, szary.

– Długi wełniany sweter. Najlepiej zapinany. Taki, pod który można ubierać koszule i bawełniane podkoszulki z długim rękawem używane też w porze letnio-wiosenno-jesiennej i nie przegrzewać się we wnętrzach (niestety w Polsce istnieje tendencja do nastawiania temperatury na maksimum, nie tylko w wagonach PKP). Tradycyjnie już polecam wyprzedaże w COS i Marc O`Polo – wełniane swetrzyska są tam naprawdę dobrej jakości, ze stuprocentowej wełny.

– Kurtka skórzana albo wełniana marynarka. Na bardziej oficjalne okazje. W przypadku marynarki może to być komplet ze spodniami, którego każdy element można zestawiać z innymi składnikami garderoby. Kurtka dodaje reszcie stroju elementu luzu, a skóra dodatkowo grzeje (będąc całoroczną rowerzystką wiem, że w naprawdę zimne dni nic nie sprawdza się tak dobrze jak zestaw: sweter/skórzana kurtka/płaszcz). Mityczna skórzana kurtka to oczywiście ramoneska, ale nie każdemu pasuje ten fason, poszerzający ramiona i górną część tułowia. Własną kurtkę życia upolowałam parę lat temu na wyprzedaży w Massimo Dutti (zasadniczo nie polecam tego sklepu; mam wrażenie, że jakość często nie ustępuje Zarze z tej samej grupy kapitałowej, natomiast ceny są dwu- albo i trzykrotnie wyższe, bo marka pozuje na luksusową; swoje doświadczenia z nabytym tam rzekomo skórzanym paskiem opisywałam jakiś czas temu tutaj na blogu, jednak zdarzają się wyjątki – kurtki ze skóry i marynarki, niekiedy też buty).

Marynarka: 400-500 zł, kurtka skórzana 800-1000 zł.

fullsizerender-1

Wspominane w tekście: płaszcz Elementy (1 tydzień), sukienka COS (1 rok), koszula Marc O`Polo (3 lata), sweter COS (1 rok), botki Balagan (1 tydzień).

– Sukienka z wełny. Najbardziej kobiecy element tego zestawu, wbrew pozorom też bardzo uniwersalny – wystarczy pokombinować z dodatkami (ozdobny kołnierzyk, naszyjnik, pasek, rajstopy) i można sprawiać wrażenie, że codziennie ma się na sobie inną sukienkę 🙂  300-400 zł.

– Kaszmirowy sweter z dekoltem typu V albo okrągłym. Opowieści o tym elemencie tzw. bazowej francuskiej garderoby nie są mitem. Klasyczne swetry we wszystkich kolorach świata szyje francuska firma Eric Bompard,którą już kiedyś tu polecałam, ceniona nie tylko na swoim rodzimym rynku; wysyłają do Polski i mają całkiem ciekawe przeceny, warto zapisać się na newsletter, odkładać pieniądze i czekać na sygnał, bo to kaszmir naprawdę wysokogatunkowy (przyznaję, że mam niejakie wątpliwości odnośnie atrakcyjnych cenowo kaszmirowych swetrów w sieciówkach typu Uniqlo).

– Koszula. Niekoniecznie biała. Jako elegancki podkład pod sweter. I też mamy od razu zalążek garderoby wiosenno-letniej. 200-300 zł.

P.S. 1. Żadna z marek wymienionych w tym wpisie nie dołożyła grosza do jego powstania, wręcz przeciwnie, to autorka zapłaciła za zakup niektórych z wytwarzanych przez nie rzeczy 😉

I jeszcze P.S. 2. odnośnie poprzedniego wpisu. Pisząc o braku spójności, świadomie nie wskazywałam konkretnych przykładów, tylko ogólne kierunki, które mnie zaskakują i jakoś zgrzytają – nie biorę więc odpowiedzialności za rozmaite czytelnicze skojarzenia, nie było też moją intencją piętnowanie konkretnych blogerów. Nie wymieniałam żadnych nazw, bo nikomu nie zamierzam narzucać swojej wizji świata ani dzielić autorów blogów orbitujących wokół tematyki minimalizmu na minimalistów prawdziwych bądź udawanych. Cenię nade wszystko uczciwość przekazu, ale choć wielu z nich czasem nie spełnia tego wymogu, nadal ich czytuję, bo mają coś ciekawego do przekazania. Nie muszę przecież zgadzać się z każdym cudzym słowem – a wręcz przeciwnie, uważam, że zasada krytycznego myślenia to podstawa przy czytaniu i korzystaniu ze wszelakich mediów. Sama mam ten komfort, że – przynajmniej na razie, bo jak wiadomo „nigdy nie mów nigdy” – prowadzę tego bloga dla przyjemności, więc mogę pisać, co chcę, a nie czego się ode mnie oczekuje; zarabiam gdzie indziej. Dlatego też świadomie piszę go jako minimalplan, a nie pod nazwiskiem. Nigdy też nie definiowałam się jako minimalistka – przyglądam się minimalizmowi z sympatią, ale trochę z boku. Taką już mam konstrukcję, że wolę pozostawać człowiekiem niezrzeszonym, również w odniesieniu do kilku innych sfer. Bliska mi jest również filozofia esencjalizmu czy też prostego życia, w miarę możliwości staram się stosować ją na co dzień, ale  rozumiem ją pod kątem bardziej filozoficznym niż sprowadzającym się do deklaracji, ileż to sztuk odzieży wypełnia czyjąś szafę.

Wszystkiego dobrego przedświątecznie!

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , ,

Nowa chłopczyca, nowoczesna dama

O książce „The New Garconne. How to be a Modern Gentlewoman” przeczytałam kilka miesięcy temu na tym blogu. Zapowiedź brzmiała obiecująco, ale zanim książka trafiła do pewnej niemieckiej księgarni, a stamtąd w moje ręce (w Polsce pojawiła się z jeszcze większym poślizgiem) minął ponad miesiąc. Nie żałuję, że tyle czekałam, chociaż mogło być lepiej. Autorce (jest nią blogerka i dziennikarka pisząca o modzie, Navaz Batliwalla) przyświecał najwyraźniej pomysł stworzenia czegoś w rodzaju współczesnej wersji wspominanej tutaj kilkakrotnie „French Chic” Susan Sommers. Być może dlatego podświadomie spodziewałam się sporego formatu i nieco większej objętości, i stąd zaskoczenie, kiedy na kontuarze zobaczyłam pozycję rozmiarów przeciętnego zeszytu, liczącą około 150 stron (z czego kilka ostatnich to obowiązkowa sekcja reklamowa, czyli polecane adresy i podziękowania).

fullsizerender-4

I właśnie ta sekcja reklamowa to drugi poza mikrą objętością powód, dla którego mogłoby być lepiej. Owszem, zajmuje niewiele miejsca w porównaniu z takim „Paryskim szykiem” Ines de Fressange, ale czy naprawdę nie można dziś napisać książki o modzie bez reklamowych wstawek? Niby nic, ale od razu zaczynam się zastanawiać, czy dobór bohaterek był powodowany głównie faktem, że są inspirującymi kobietami, które mogą się podzielić swoimi odkryciami i spostrzeżeniami dotyczącymi stylu, czy też chęcią wypromowania konkretnych miejsc lub marek. Czemu to razi? Bo jeśli dominuje to drugie kryterium, pieniądz zawsze zwycięży i może się okazać, że damy się nabrać na prezentację rzekomej ikony stylu, kóra zapłaciła odpowiednio za obecność na łamach, zamiast czytać zwierzenia kogoś, kto naprawdę ma sporo do powiedzenia i z tego powodu wydał się autorce interesującą rozmówczynią.

W przypadku „The New Garconne” chcę wierzyć, że jednak mamy do czynienia z pierwszym wariantem. Bo galeria bohaterek jest ciekawa i niesztampowa, choć mocno „londynocentryczna” i skupiająca postacie praktycznie nieznane dotąd w Polsce (niestety), począwszy od projektantki Belli Freud, poprzez szefową sekcji modowej magazynu Monocle, Daphne Hezard, po Sophie Hersan, współzałożycielkę Vestiaire Collective – platformy oferującej wysokogatunkowe ubrania i dodatki z drugiej ręki.

fullsizerender-5

fullsizerender-6

Książka dzieli się na trzy części. Pierwsza to krótkie wprowadzenie traktujące o dziedzictwie, czyli tym, skąd wziął się styl określany przez autorkę jako „nowa chłopczyca”, opisujący jego składowe i pierwsze ambasadorki z Coco Chanel i Katherine Hepburn na czele. Druga, najobszerniejsza, obejmuje kilkanaście wywiadów z kobietami, które można uznać za dzisiejsze przedstawicielki różnych odmian owego stylu – pokazują mieszkania i szafy, odpowiadają, jak w ich przypadku wyglądało rozpoznanie swoich potrzeb, co im się podoba, co cenią, czym się zajmują, jak odpoczywają. Bo choć punktem wyjścia do rozmów jest moda, horyzont bohaterek nie ogranicza się do drzwi szafy w garderobie – to mądre, twórcze indywidualności, które mają wiele do powiedzenia w różnych dziedzinach i wypracowały określony gust estetyczny, który determinuje ich wybory we wszystkich dziedzinach życia. Lektura tych rozmów przydałaby się wielu polskim celebrytkom – może odkryłyby, że bardziej niż pozowanie na „ściankach” o rzeczywistym statusie czlowieka aspirującego do bycia znanym i podziwianym świadczy dobór lektur i umiejętność rozmowy o nich?

fullsizerender-8

Część ostatnia składa się z przeglądu bazowych elementów garderoby: jest nieśmiertelna biała koszula, mała czarna, trencz i inne jej elementy, z praktycznymi poradami, gdzie można znaleźć dobre przykłady relacji jakości do ceny w wersji ogólnodostępnej i z wyższej półki (w sumie to już preludium do części reklamowej, ale wybaczam, bo uwagi trafne).

fullsizerender-9

Kobiety, które poznajemy w książce, miały to szczęście, że ominęły ich lata niedoborów i siermiężnej PRL-owskiej estetyki dominującej w sklepach. Większość z nich wychowała się w tzw. dobrych, choć nie zawsze zamożnych domach. Każda jest inna, ale wszystkie mają coś, co określa się jako klasę. Wszystkie też są już na tyle dojrzałe, że mogą przekazywać innym mądrości wynikające z realnych doświadczeń, a nie wyobrażeń. Wszystkie mówią o tym, że należy dbać o siebie, wsłuchiwać się we własne potrzeby, przedkładać jakość nad ilość, interesować się kulturą wysoką, bo kształtuje nasze gusta i ma przełożenie na codzienne wybory, nie wstydzić się własnej odmienności, tylko upatrywać w niej siłę – co wpisuje się we wzorzec „slow life” czy też „dobrego życia”.

Reasumując: jeśli ktoś myślałby o prezencie świątecznym dla osoby interesującej się modą, na pewno będzie to rozsądnie zainwestowane siedemnaście funtów, czyli około dziewięćdziesięciu złotych polskich.

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Z dużej chmury mały deszcz

Bardzo lubię Garance Dore i jej bloga. I jej rysunki. I zdjęcia. I filmy „Pardon My French”. I jej profil na Instagramie. I jej styl, ewoluujący z roku na rok w coraz bardziej ciekawym kierunku.

Warto to zaznaczyć na samym początku, bo teraz nastąpi ostrzeżenie przed wyrzuceniem lekką ręką w błoto ponad 50 zł. Ostrzeżenie, które i tak niewiele zmieni, bo „Love, Style, Life”, świeżo po światowej premierze, pewnie już  triumfuje także na listach bestsellerów w Polsce. Do czego – przyznaję ze smutkiem – sama dołożyłam cegiełkę, wydając wspomnianą kwotę na to, co zapowiadane było co najmniej od roku jako Książka, zamiast przejrzeć w księgarni i tam zostawić.

Dałam się nabrać, co jest zarówno smutne, jak i groteskowe, bo przecież doskonale wiem, jak działa promocyjna machina. Odwołania do Książki we wpisach na blogu. Meldunki o opuszczeniu przez Książkę drukarni, ekscytacja, kiedy Książka trafiła na księgarniane półki, zdjęcia na Snapchacie pokazujące moment odbioru pierwszych egzemplarzy Książki, pakiety z zestawem kosmetyków towarzyszące Książce, zapowiedzi spotkań autorskich….

Oszustwo doskonałe – nie pierwszy raz przecież. Wystarczy wspomnieć podręcznik stylu Ines de Fressange. Wydany pięknie, zawierający kilkanaście stron dość oczywistych porad plus całą masę reklamowych treści poświęconych wybranym sklepom, kawiarniom i barom.  

Czego więc spodziewałam się po blogerce – było nie było modowej – mógłby ktoś zapytać, przecież to nie było oczekiwanie na powieść  Myśliwskiego. Wiadomo. Nie spodziewałam się też po Garance głębokich, filozoficznych przemyśleń. Oczekiwałam jednak spójnej treści, w najgorszym razie zgrabnie napisanego pamiętnika traktującego o tym, jak nikomu nie znana dziewczyna z Korsyki przeistoczyła się w najbardziej bodaj znaną blogerkę i fotografkę zajmującą się modą. Podsumowania dotychczasowych doświadczeń życiowych czującej się wciąż młodo czterdziestolatki, z Francją i Nowym Jorkiem w tle. W ostateczności czegoś w rodzaju „Always Pack a Party Dress” Amandy Brooks, pełnego anegdot z modowego światka. Wydawało mi się, że Garance ma lekkie pióro, dystans do siebie i poczucie humoru, więc sprosta zadaniu.

Co dostałam? Nierówną składankę wpisów już publikowanych na blogu (dla kogoś może być to wartość, ja akurat mam negatywne skrzywienie na punkcie sprzedawania dwa razy tych samych treści jako nowość, co tyczy się też wszelkich książkowych składanek reportaży prasowych), paru banalnych porad, które można znaleźć w dziesiątkach „podręczników stylu”, kilku wspomnień z życia, podzielonych na sekcje zgodnie z tytułem, kilku rozmów z osobami, których styl Garance ceni, ujętymi w formie pięciu pytań i równie lakonicznych odpowiedzi, jak z podręcznika dla wtórnych analfabetów, których może zmęczyć lektura dłuższa niż kilka ilustrowanych zdań na stronie; oraz opartego na własnych doświadczeniach mini-poradnika miłosnego rodem z „Cosmopolitana”, w którym autorka streszcza w telegraficznym skrócie swój związek ze Scottem Schumanem, a także aktualnym partnerem i jeszcze kilkoma z przeszłości (bez pikantnych szczegółów, gdyby ktoś miał na nie nadzieję). Wszystko w atrakcyjnej oprawie graficznej. I gęstej otoczce reklamowej przysłaniającej rzeczywistą wartość książki. Jak supermarketowe perfumy sygnowane nazwiskiem którejś z aktualnych gwiazdek, których banalny zapach ulatnia się po kilkunastu minutach.

Jedyne, co się broni w tej publikacji, to opowieść o wyborach życiowych Garance dotyczących kariery, ujęta w formie jednego rozdziału – szczere opisy niełatwych decyzji, z przesłaniem, że nie warto słuchać innych, którzy wiedzą, co jest dla nas dobre, ale pójść za wewnętrznym głosem, podpowiadającym rozwiązania niekoniecznie opłacalne – i na przykład rzucić nudne studia wiodące do dobrze płatnego zawodu, by zostać rysowniczką. Tu jest ta mądrość czterdziestolatki, na którą liczyłam.

Nie pierwszy to też raz, kiedy przekonuję się, że lekkie treści, czytane w anglojęzycznym oryginale na blogu, w druku wypadają blado, ulatuje z nich nawet charakterystyczny dla Dore humor. W jakimś stopniu to pewnie kwestia tłumaczenia.

Realna lekcja, jaka płynie z tego doświadczenia, jest taka: nawet jeśli doskonale się wie, że istnieją Książki, książki i produkty książkopodobne, niezależnie od usiłowań wydawców próbujących nam wmówić równość tych wszystkich kategorii, bardzo łatwo dać się wkręcić, choćby z czystej sympatii do autorki. Potem czuje się niesmak. Do siebie. Lepiej było za te same pieniądze kupić dwie książki prawdziwe, zamiast zawyżać statystyki na listach bestsellerów czemuś, co nie ma z nimi wiele wspólnego i tym samym pośrednio przyczyniać się do regresu czytelnictwa. Dalej będę zaglądać na bloga Garance, popatrywać na jej zdjęcia i stylizacje, oglądać filmy. Ale to, co sprawdza się jako ulotna, internetowa forma, niech lepiej nią pozostanie. Drugi raz nie dam się skusić.

Otagowane , , , , , , , ,