Tag Archives: ubrania

Nowojorska asceza, lata 70.

Minimalizm, „proste życie” stały się świetnie sprzedającym towarem. Blogi, na które do tej pory regularnie zaglądałam, upodabniają się do siebie w przewidywalny sposób: wszędzie zdjęcia „bazowych” zestawów z linkami do sklepów, trochę pop-psychologii z nutką ezoteryki a la Marie Kondo, recenzje tych samych książek rozsyłanych przed wydawców, słusznie liczących na odpowiedź zwrotną w postaci pozytywnej opinii zwiększającej sprzedaż, marki chwalące się szlachetną prostotą, co prawda skopiowaną od innych marek, ale cel uświęca środki. Krajobraz przypomina trochę ten, który nastał po eksplozji popularności blogów z tzw. stylem ulicznym – świeżość zmieniła się w rutynę i wyrachowanie. Co zostanie, gdy opadnie kurz?

W ramach odreagowania warto sięgnąć do książki, którą wydano w czasie, kiedy nie było mnie jeszcze na świecie, a która już dawno dorobiła się szczególnego statusu wśród autorek anglojęzycznych blogów o slow fashion. Chodzi o „Cheap Chic” Caterine Milinaire i Carol Troy.

Upolowana w jednym z amerykańskich antykwariatów, książka, opisywana niemalże jako biblia dla zwolenników dobrowolnej prostoty w obszarze „strój”, nieco rozczarowała. Z dzisiejszej perspektywy opisy poszczególnych bazowych elementów garderoby i porady, co najlepiej kupić podczas wyprawy do Maroka lub Brazylii, trącą już nieco myszką. Znacznie ciekawiej i wciąż świeżo prezentują się natomiast portrety – w formie monologów – różnych osób, które opowiadają o swoim podejściu do mody i odzieżowych zakupów. O przyzwyczajeniach w tej materii opowiadają m.in. młody jeszcze wówczas Yves Saint Laurent, Fran Liebowitz czy Diana Vreeland. Tym razem skupiłabym jednak uwagę na innej postaci – nowojorskiej fotoreporterce Helene Gaillet, dziś już nobliwej pani, której podejście do sprawy zaimponowało mi mocno, zwłaszcza w zestawieniu z dzisiejszym udawanym ascetyzmem.

IMG_0531

„Jej dzień pracy zaczyna się zwykle punkt ósma i trzyma ją na nogach do szóstej, czasem siódmej wieczorem – piszą autorki książki. –  Ze względu na brak czasu na przebieranie się, Helene ograniczyła do minimum w swojej szafie bardziej strojne zestawy. Praca w intensywnym tempie wymusza dbałość zarówno o utrzymanie w dobrej formie ciała, jak i ulubionych ubrań. W tej chwili ma ich tak niewiele, że gdy podróżuje, zabiera tylko jedną torbę, którą może upchnąć bez kłopotu pod siedzenie w samolocie. Oto jej reguły:

„99 procent moich ubrań jest w jednym z trzech kolorów: granat, biały lub khaki. Prawie nigdy nie chodzę na zakupy, a jeśli już zdarza mi się na nie wybrać, wiem dokładnie, czego chcę. Rocznie wydaję na ubrania 80-100 dolarów plus koszt zakupy butów, i to wszystko.

Dżinsy w różnych odcieniach niebieskiego kupuję w sklepach z odzieżą wojskową. Zawsze są to Levisy (…) Ich krój jest zgrabniejszy – wydaje się, że Wranglery są projektowane z myślą o wielkich tyłkach, zaś Levisy – o tyłkach prawie niewidocznych. Levisy są cięte prosto i nigdy nie muszę ich przerabiać u krawca.

Noszę tę samą koszulę przez cały rok, nawet zimą, gdy jadę na narty. Sprawdza się tutaj teoria warstw: jedna, druga, trzecia rzecz, każda na drugiej. Bawełniane golfy idą pod spód, pod koszulę – kosztują około 3 dolarów w sklepie z odzieżą wojskową, a 10 dolarów – jeśli zrobione są z importowanej, rozciągliwej dzianiny akrylowej. Mam też chłopięce, zapinane na guziki koszule z Brooks Brothers, w trzech kolorach: białym, białym w niebieskie paski i żółtym – kupowane w ciągu ostatnich trzech lat. Kosztują 7 dolarów za sztukę plus 2 dolary za wyhaftowanie inicjałów, dzięki czemu mogą do złudzenia imitować koszule na miarę za 30 dolarów. Mam też trzy dobrej jakości jedwabne koszule, wszystkie w kolorze kości słoniowej. Najstarsza liczy sobie osiem lat. Znalazłam je na wyprzedażach, po około 50 dolarów za sztukę.  Zwykle żyją dwa, góra trzy lata, bo niestety żółkną podczas chemicznego prania.

IMG_0530

Buty są jedną z kosztowniejszych rzeczy, jakie noszę, bo praktycznie w ciągu dnia ich nie zdejmuję. Kupuję jedną lub dwie pary na rok i chodzę w nich na okrągło przez trzy do czterech lat. Zwykle są angielskie lub francuskie. Buty do spodni kosztują 60 dolarów (marka Veneziano) lecz zwykle kupuję buty St. Laurenta – jedną długą, z cholewami, drugą krótką – około 100 dolarów za parę.

Mój codzienny strój zimą to dżinsy, golf, koszula i T-shirt, nakładane warstwowo, plus rybacki wełniany sweter z Fulton Street Fish Market, pasek i wielki szal kupiony na pchlim targu. Jeśli jest naprawdę zimno, dorzucam jeszcze na wierzch kurtkę safari kupioną za 6 dolarów w sklepie z wojskową odzieżą. Do tego zawsze buty, torba z aparatem fotograficznym, kapelusz dżinsowy za 2 dolary ze sklepu z odzieżą używaną i para okularów przeciwsłonecznych.

Latem noszę dżinsy, T-shirty, krótkie buty. Gdy robi się zimno, narzucam dżinsową kurtkę.

Nie kupuję drogich rzeczy, z wyjątkiem butów.

Na wieczór stworzyłam własną wersję smokingu – ośmioletnie spodnie St. Laurenta z gabardyny, doskonale skopiowane przez dom handlowy Alexandra, plus żakiet z czarnego aksamitu kupiony w butiku, kamizelka i tania satynowa bluzka. Noszę to wszystko z sandałami na rzemyki i jaskrawoczerwonymi rajstopami, tak że czerwone palce u stóp odznaczają się na tle czerni.

Pieniądze topię w akcesoriach. Też zawsze noszę te same, i nie żałuję na nie środków. Mam pięcioletnią torbę z La Bagagerie. Złotą biżuterię ukradziono mi dwa razy, więc niewiele mi zostało: pięć pierścionków, zegarek od Cartiera z dewizką, który osiem lat temu w Paryżu kosztował 600 dolarów, bransoleta od Van Cleef and Arpels i kilka złotych naszyjników, z którymi praktycznie się nie rozstaję. Śpię w nich i pływam.

W ubiegłym roku udało mi się schudnąć ze 124 do 118 funtów. (…) Moją tajemnicą jest śniadanie: szklanka soku pomarańczowego, cztery filiżanki bardzo mocnego espresso, toast. Lunch jem dwa do trzech razy w tygodniu, starając się, żeby był japoński. Na kolację jem wszystko, ale w oszczędnych porcjach. W ten sposób nigdy nie stosuję diety.

Chodzę na ćwiczenia dwa razy w tygodniu – na to wydaję najwięcej pieniędzy, podobnie jak na zabiegi na włosy. Każdego ranka, od 1962 r. wykonuję w domu zestaw  dziesięciominutowych ćwiczeń Canadian Air Force. Oszczędzam na taksówkach, poruszając się wszędzie rowerem lub piechotą, przez cały rok grywam też w tenisa i jeżdżę na nartach. Chciałabym być jedną z wielkich piękności, ale by wykorzystać najlepiej własne atuty, staram się błyszczeć tym, co wewnętrzne: zdrowiem. Uważam, że nasze nastawienie psychiczne w dużej mierze zależy od fizycznej kondycji.”

I jak wam się to podoba? Czy dziś dałoby się jeszcze utrzymać taki reżim i czy ma to sens?

Otagowane , , , , , , , , , , , , ,

Tak i nie

Jakiś czas temu zrobiłam sobie listę różnych ingrediencji związanych z wyglądem, które pociągają mnie bardziej, i takich, od których od zawsze trzymam się z daleka. Pierwszą z list (tę na „tak”) można by więc uznać za rodzaj spisu składowych stylu. Wypisując to zestawienie, myślałam sobie jednak, że to tylko zbiór współrzędnych, które dopiero trzeba połączyć, żeby ułożyły się w sensowny wzór, i każdy, komu ów wykaz wyda się bliski, pewnie zrobiłby to po swojemu. Na przykład u mnie na liście jest sporo elementów zaczerpniętych z męskiej garderoby, ale jeśli zestawiam kilka z nich naraz, to zwykle dodaję czerwoną szminkę i np. rozpuszczone włosy. U kogoś innego takim przełamaniem mogą być z kolei buty na obcasie.

Myślałam też, że prostota bywa pułapką. Można ubierać się najprościej jak można, i będzie się wyglądało schludnie, przyzwoicie, nawet elegancko (pułapka tzw. przepisów na minimalistyczną „capsule wardrobe”), lecz nie oznacza to, że inni, patrząc na kogoś, kto nosi się w taki sposób, uznają, że ma swój styl, który – przynajmniej tak go rozumiem – jest raczej dojściem do stopnia samoświadomości pozwalającego twórczo łączyć to, co gra człowiekowi w duszy, z tym, jak wygląda, tak, że stwarza wrażenie spójności. Niektórzy robią to instynktownie, jakby mieli tę zdolność w genach lub urodzili się z takim naturalnym darem, inni dochodzą do tego stanu dopiero z czasem. Jeden z przykładów takiej samoświadomości z rodzimego podwórka, który przychodzi mi teraz do głowy, to Joanna Klimas. Dlatego z coraz większą rezerwą podchodzę do kolejnych „podręczników stylu”, francuskiego czy jakiegokolwiek, na które w naszym kraju najwyraźniej jest zapotrzebowanie nie mniejsze niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie ten typ literatury święci triumfy od dawna. Owszem, da się (i nawet trzeba) przekazać ludziom, jak łączyć ze sobą kolory, w czym wypada lub nie wypada pokazać się na oficjalnej uroczystości, jak dobrać proporcje, żeby skorygować sylwetkę. Nie da się powiedzieć komuś: weź to i to, złóż ze sobą te elementy i będzie świetnie, staniesz się osobą stylową. Taki człowiek musi najpierw sam wiedzieć, kim jest i czego chce, znać swoje atuty i ograniczenia, podpatrywać i testować, czasem metodą prób i błędów. To jak z gotowaniem – można zaglądać co pięć minut do przepisu, obawiając się odstępstw od instrukcji, i nauczyć się robić zupę poprawnie wykonaną, ale bez smaku. A można wiedzieć, co z czym współgra, lecz nie odmierzać każdej porcji miarką, dodać czasem szczyptę przyprawy o kontrastowym smaku. Brak tego nieuchwytnego „czegoś” i mimo usiłowań zamiast obrazu osoby, która posiada wyrazisty, własny styl mamy przebranie za grzeczną uczennicę albo prowincjonalną sekretarkę. Albo wystawowy manekin lub klona ulubionych postaci z Instagrama.

A teraz moja lista (niepełna, bo można by ją ciągnąć i ciągnąć). Macie swoją?

NIE:

  • falbanki i inne „kobiece” ozdóbki – bufki, plisy
  • białe koronki
  • mom jeans, które teraz przeżywają drugą młodość
  • bawełniane „tuniczki”
  • koszulki polo
  • obcisłe kardigany
  • haremki
  • mocno taliowane koszule
  • koszulki ze śmiesznymi napisami albo logo firm, w ogóle wszystko, co jest z napisami albo z logo, z wyjątkiem koszulek ze zdjęciami płyt zespołów
  • rybaczki
  • dwurzędowe płaszcze i marynarki
  • „wojskowe” spodnie ze ściągaczami u dołu
  • obcasy na platformie typu „końskie kopyto”, niesłychanie modne kilka lat temu
  • płaskie buty w szpic
  • trapezowe kroje sukienek, w których każda sylwetka wygląda jak w ciąży mnogiej
  • golfy
  • cienkie rajstopy w kolorze tzw. cielistym, zwłaszcza z lekkim połyskiem, noszone do spódnic
  • dresy jako ubiór na ulicę (dresy = sport)
  • styl bling-bling – dużo błysku, dużo biżuterii
  • akrylowe swetry
  • jakiekolwiek ubrania z poliestru i akrylu
  •  apaszki i krótkie chustki
  • krótkie motocyklowe botki, takie sięgające kostki (wyższe, do pół łydki, na mocnej podeszwie – to co innego)
  • kolory: żółty i zielony; z wyjątkiem „morskich” odcieni zielonego

TAK:

  • koszule o prostym, podobnym do męskiego kroju
  • spodnie cygaretki, także w kratki lub paski
  • chinosy
  • buty na słupkowym obcasie
  • ołówkowe spódnice lub spódnice o linii A
  • spodnie typu culottes
  • wełniane spodnie z wysokim stanem i szerokimi nogawkami
  • półbuty na płaskiej podeszwie
  • skórzane lub zamszowe botki na obcasie
  • sztyblety
  • sukienki kopertowe a la Diana von Furstenberg, ale gładkie, bez wzorów
  • szmizjerki
  • bluzki zapinane na guziki na plecach
  • koszule o japońskim kroju
  • dżinsowe, proste koszule
  • bluzki w marynarskie paski
  • dekolty V albo w łódkę
  • asymetria
  • op-art
  • białe kropki na czarnym tle
  • malarskie akcenty
  • klasyczne trencze
  • kombinezony
  • krótkie skórzane kurtki
  • długie wełniane płaszcze przewiązywane paskiem
  • duże chusty
  • kapelusze
  • mocne, kontrastowe zestawienia kolorystyczne i graficzne nawiązujące do op-artu
  • zwracający uwagę dodatek, noszony często – może to być np. zegarek
  • kolory: granat – ulubiony kolor bazowy, biel i czerń, także w typowym, szkolno-podstawowym zestawieniu: biała góra, czarny albo granatowy dół; szarości, zimne odcienie niebieskiego, czerwień, amarant
  • materiały:  bawełna, len, wełna, kaszmir, wiskoza, lyocell

INSPIRACJE:

  •  Japonia (wiadomo;)
  • Skandynawia
  • lata 20, 30. i 40. ubiegłego wieku
  •  wczesna Coco Chanel
  • new wave (zarówno francuska Nowa Fala filmowa, jak i nurt muzyczny)
  • punk
  • robocze uniformy
  • klasztorne szaty
Otagowane , , , , , , ,

Strażnicy stylu

Christophe Lemaire to były dyrektor artystyczny odpowiedzialny za damskie kolekcje zacnego domu mody Hermes, który odszedł stamtąd, żeby zbudować od zera własną markę – Lemaire. Wcześniej był dyrektorem kreatywnym w Lacoste. Francuskie złote dziecko, kiedyś związane z nie mniej sławną, wtedy też stawiającą pierwsze kroki w świecie mody Isabel Marant, z którą wspólnie założyli markę pod nazwą Allee Simple – on projektował, ona szyła;  teraz już świętujące pięćdziesiąte urodziny, lecz – jak to z podobnymi postaciami bywa – wyglądające na dziesięć lat mniej (sekretem dobrej kondycji o kilka lat młodszej od niego Marant są podobno odprężające weekendy spędzane w domu na wsi bez elektryczności i bieżącej wody, jaki sposób na wieczną młodość znalazł Lemaire – nie wiadomo). Krewniak Roberta Caillé, nieżyjącego już wydawcy francuskiego Vogue`a, od małego otoczony przez eleganckie kobiety – jak wspomina, zarówno babka, jak i matka niemal przez całe życie były wiernymi klientkami Yves-Saint Laurenta.  Studiował literaturę i sztuki piękne,  dorabiając jako asystent stylistów i DJ. Gdy ma się podobne zaplecze i dorasta w  towarzystwie wyższych francuskich sfer, nietrudno szybko stać się wyczulonym na estetykę wszystkiego, co człowieka otacza. Po fascynacjach muzycznych (jako nastolatek uwielbiał new wave, zwłaszcza Siouxsie and the Banshees i Joy Division) dostał prawdziwego szaleństwa na punkcie Japonii – odkrył ją wraz z pierwszymi paryskimi pokazami Rei Kawakubo i Yohji Yamamoto. Potem poleciał do Tokio w 1995 r. i gdy przeszedł mu pierwszy kulturowy szok, stwierdził, że ma z tamtejszą wrażliwością wiele wspólnego – subtelność form, obsesyjne wręcz dążenie do perfekcji, znaczenie, jakie przywiązuje się do koncentracji, bycia tu i teraz. Japońskie motywy przewijały się przez twórczość Lemaire`a już od pierwszych kroków w świecie projektowania (Marant wspomina w jednym z wywiadów, że w Allee Simple wszystkie ubrania miały kwadratowe kształty, bo nie umieli ciąć materiałów z koła), choć dziś sam twierdzi, że wolałby do tamtych młodzieńczych prób nie wracać; raczej myśleć o sobie jak o winie, które nabiera szlachetności wraz z czasem. Poza tym cytuje swojego ulubionego malarza Odilona Redona: „Nie możesz wyjaśnić innym tego, co robisz, bo nie znasz samego siebie” i nie przejmuje się, że ktoś może uznać to za pretensjonalne.

6b8b7660gw1e28aba0mffj-682x102-8733-3294-1428462999[1]

tumblr_mj0aeyM4771qak1r4o1_400[1]

Muzą i nieodłączną towarzyszką życia Lemaire`a jest Sarah-Linh Tran.  Jest też dyrektorką artystyczną jego marki, odpowiadającą za jej identyfikację wizualną, zaangażowaną też w prace nad damską linią. Razem tworzą nierozłączną i wspaniale stylową parę introwertyków, którzy nieszczególnie często absorbują świat swoim istnieniem – nawet ich zdjęć w Internecie jest niewiele – chyba, że przy okazji prezentacji nowej kolekcji. Strzegą prywatności, nie zależy im na uganianiu się za fotoreporterami, świadomie rezygnują z szumu promocyjnego, starannie dobierając propozycje wywiadów – co paradoksalnie, poprzez regułę niedostępności, intryguje i często działa na ich korzyść. Teraz pewnie znów będzie ich więcej w mediach, bo marka Lemaire nawiązała współpracę z japońską sieciówką Uniqlo, do której sklepów już 2 października trafi zaprojektowana przez duet kolekcja. Niewykluczone, że także do sklepu internetowego, więc gdyby ktoś był zainteresowany…. (Uniqlo wysyła również do Polski). Można ją sobie obejrzeć na przykład tutaj. Ceny zdecydowanie przyjaźniejsze niż Lemaire solo.

Christophe-Lemaire-and-Sarah-Linh-Tran-Remodelista[1]

Pytana w jednym z wywiadów, jak opisałaby swój styl, Linh Tran (korzenie ma nie japońskie, lecz również wschodnie – wietnamskie), odpowiada dwoma przymiotnikami: „Praktyczny i dyskretny”. Lemaire patrzy na sprawę podobnie, lecz jest bardziej wylewny – podoba mu się idea osobistego mundurka (czyli tego, co od jakiegoś czasu w Polsce nazywa się uniformem). „Nie lubię rzeczy, które są zbyt kruche, zbyt luksusowe. Cenię praktyczne ubrania, które mogą służyć latami”. Na inne pytanie: „Co jest największym komplementem w odniesieniu do minimalistycznej garderoby?” oboje zgodnie odpowiadają: „Zdrowe włosy i piękna cera!”

A co mówi o sobie i o swojej pracy Lemaire?

„Nigdy nie byłem szczególnie towarzyski. Nie interesuje mnie bieganie za fotografami ani uczestnictwo w  branżowych imprezach. Chcę być rozpoznawalny dzięki swojej pracy. Ktoś kiedyś powiedział:”chcesz żyć szczęśliwie, żyj w ukryciu”. Szczerze w to wierzę. Lubię ciszę, spokój, towarzystwo ukochanej i przyjaciół. Sądzę, że problemem dzisiejszego świata mody jest to, że ludzie mylą częstą obecność w telewizji czy ilustrowanych magazynach z byciem świetnym projektantem. Tymczasem jest cała masa świetnych projektantów, którzy nie są ani trochę częścią tej gry. Żeby być rozpoznawalnym, trzeba być uzależnionym od mediów, i to jest, jak sądzę, plaga naszych czasów”.

„Nie mam konta na Facebooku. To zbytnio pochłania czas. Męczy mnie nawet odpisywanie na maile. Jeśli mam być szczery, nie dostrzegam pozytywów mediów społecznościowych; nie sądzę, by ludzie stawali się dzięki nim szczęśliwsi. Zapewne reprezentuję trochę staroświeckie podejście, ale te media wydają mi się one czymś sztucznym. Oczywiście, dzięki nim możesz spotkać ludzi, których nigdy byś pewnie nie poznał na żywo, ale z drugiej strony – ten cały koncept pokazywania światu, kogo znasz, wirtualnych przyjaźni – lekko przeraża. „

„Zawsze interesowało mnie to, co otacza człowieka na co dzień. Codzienne wybory w sensie stricte kulturowym – to, jak żyjemy, jak urządzamy nasze domy, co jemy, jakiej słuchamy muzyki. Kultura jest dla mnie wyborem tego, co się konsumuje. A styl – tego wyrazem. Zawsze wierzyłem też w sens ubrań, które podkreślają osobowość, a jednocześnie pozwalają uchwycić dany, konkretny moment z życia danej osoby. Nie interesuje mnie teatr ani cyrk, ostentacja. Jestem za prostotą i naprawdę wysoką jakością”.

Daje do myślenia, prawda? Nie tylko w odniesieniu do tego, co w Polsce nazywamy branżą modową. Cały wywiad można przeczytać tutaj.

page03-660x400[1]

Na markę Lemaire mnie nie stać, mogę sobie tylko pooglądać w internecie, co nie przeszkadza czerpać inspiracji ze stylu, jaki reprezentuje, a którego żywym ucieleśnieniem lub też najlepszą chodzącą reklamą jest Sarah Linh Tran. Prostota, dużo elementów męskiej garderoby, złagodzonych przez dodatki, a czasem tylko fryzurą albo czerwoną szminką, monochromatyczna paleta barw, niekiedy przełamywana jednym mocnym akcentem kolorystycznym, pewna surowość form, ewidentna już na pierwszy rzut oka jakość, o której na każdym kroku wspomina Lemaire, perfekcyjna koordynacja. Sporo odniesień do Japonii, ale także „lat dwudziestych, lat trzydziestych” i awangardy artystycznej tamtego okresu, estetyki Nowej Fali, wszystkiego, z czego utkana jest osobowość projektanta. Sarah-Linh Tran wyglądem potwierdza wartości, o których oboje z  mówią w wywiadach. Więcej obrazków tutaj.

Przypomina mi inną osobę noszącą się w podobnym duchu, a jednak interpretującą po swojemu – duńską projektantkę mebli Stine Gam, połowę uznanego duetu duńsko-włoskiego Gam & Fratesi –  która również tworzy parę w życiu prywatnym.  Gam można by uznać za chodzącą reklamę COS-a i innych skandynawskich marek ze średniej/wyższej półki, a jednak to, co ma na sobie, nosi piętno jej indywidualności. Nie jest to manekin ubrany w gotowe zestawy, lecz kobieta z krwi i kości, świadoma zawartości swojej szafy, wad i zalet własnego wyglądu i dokonująca świadomych wyborów. Jeśli coś jej pasuje, nosi to na okrągło, zmieniając tylko pozostałe elementy. Stałym motywem w jej garderobie są męskie buty z wysokogatunkowej skóry, łączone czasem ze spodniami typu cygaretki, chinosami albo dżinsami, a innym razem również z sukienkami w towarzystwie ciemnych rajstop.  Sama mam do takich butów słabość, więc zestawienia, w jakich pokazuje się Stine, szczególnie cieszą oko. Podobnie jak u Sarah-Linh Tran, także u Dunki ważną, a czasem wręcz kluczową częścią stylizacji są włosy – trochę dziewczęce, ale proste fryzury, które na tle ascetycznego, eleganckiego stroju nie wyglądają infantylnie, tylko ujmują lat z korzyścią dla właścicielki. Pasuje tu inny cytat z Lemaire`a:

„Od czasu do czasu warto zachować dystans do mody. Nie przemawia do mnie założenie, że chcąc wyglądać dobrze i elegancko, kobieta powinna kupić konkretny zestaw, torbę albo buty modne w danym sezonie. To przecież kompletnie bez sensu”.

Lemaire i Sarah-Linh Tran są jak strażnicy stylu i zdrowego rozsądku w świecie szybkiej mody, także szybkiej mody udającej nawróconą na jakość, luksusowych marek szyjących w Chinach. Swoim wyglądem, stylem życia, wartościami, do których się odwołują przypominają, że prawdziwa, wyrafinowana elegancja zawsze będzie wiązać się z prostotą. Teraz może są w mniejszości, wkrótce zostaną uznani za elitę, której inni będą próbowali dorównać.

Otagowane , , , , , , , , , , , , , , , , ,