Tag Archives: W Paryżu dzieci nie grymaszą

Zimny wychów po francusku

Zdarzyło mi się pisać ostatnio o ogarniającej świat, w tym również Polskę, frankofilii, i już po oddaniu tekstu zauważyłam, że co najmniej trzy książki, o których wspominałam i tutaj, ukazały się właśnie w polskim tłumaczeniu. A ponadto pojawiła się jeszcze jedna, o której istnieniu nie miałam wcześniej pojęcia, może dlatego, że zgodnie z uskutecznianą coraz częściej przez księgarnie „empikową” logiką wylądowała w dziale poświęconym problemom macierzyństwa,  gdzie jako osoba nie posiadająca dzieci z reguły nie zaglądam. Tymczasem „W Paryżu dzieci nie grymaszą” (Wydawnictwo Literackie),   autorstwa Pameli Druckermann, dziennikarki  The Wall Street Journal” i „New York Timesa”, to lektura wcale nie przeznaczona wyłącznie dla mam, choć im z pewnością najbardziej może dać do myślenia. Bardziej pasowałaby do sekcji „styl życia”.

pamela-druckerman-w-paryzu-dzieci-nie-grymasza-bringing-up-bebe-cover-okladka

Nie chciałabym zbytnio wymądrzać się w kwestii wychowywania najmłodszych, bo wiedzę o niej czerpię głównie z drugiej ręki, jednak mam wrażenie, że odkąd wyszliśmy z czasów PRL-u i początków transformacji, czyli tak mniej więcej od dziesięciu lat, w ramach odcinania się grubą kreską od wszystkiego, co dominowało w poprzedniej epoce,  odcięto się również od dotychczasowego modelu wychowania, propagowanego wtedy przez większość podręczników i określanego jako „zimny wychów”. Świadomi rodzice, traktujący swoje zadanie z właściwą mu powagą, przyjęli podejście przeciwne: by potomek miał jak najradośniejsze i możliwie beztroskie dzieciństwo, należy oddać się dziecku bez reszty. Zadbać o maksymalny komfort, obrzucić górą zabawek, i być na każde zawołanie, bo nic tak nie szczepi człowieka jak bezwarunkowa akceptacja. Spełniać zachcianki, rozpieszczać, zapewnić maksymalne bezpieczeństwo, żadnego tam biegania z kluczem na szyi, broń Boże żłobek, żywność tylko wyselekcjonowana i ekologiczna. Spanie w łóżku z rodzicami. Bo przecież macierzyństwo to święty czas w życiu młodego człowieka i trzeba być matką bez serca, żeby myśleć wtedy o sobie. Moda na zapewnienie kolejnej generacji iście królewskiego dzieciństwa opanowała młodych, wykształconych, z miast, którzy akurat po raz pierwszy doczekali się potomstwa,  na podobnej zasadzie, jak moda na francuskie piekarnio-kawiarnie czy targi śniadaniowe opanowuje właśnie wielkomiejskie ulice.

Książka pokazuje, że każde ekstremum, także i to, może być niezdrowe, oraz przeciwstawia mu sposób, w jaki traktują dzieci Francuzki. Dla nich dzieci to mali dorośli. Muszą umieć się zachować, znać swoje prawa i obowiązki i respektować również potrzeby rodziców. Jeśli jest się konsekwentnym w egzekwowaniu tych zasad, uczą się ich zaskakująco szybko i wiele rozumieją. Dotyczy to choćby koszmaru wszystkich matek, jakim są próby nauczenia niemowląt, by nie zarywały rodzicom nocy wrzaskiem. Autorka książki początkowo zrywała się na każde zawołanie kilkumiesięcznej córki i nasłuchiwała, czy przypadkiem nie popłakuje. W efekcie chodziła niewyspana i zła, nie mówiąc o braku czasu dla siebie. Gdy zwierzyła się francuskim koleżankom, okazało się, że one radzą sobie z tym problemem inaczej. Po prostu pozwalają dziecku trochę się wykrzyczeć. Gdy zauważy, że rodzic od razu nie przybiega, po  kilku próbach uspokaja się i przyzwyczaja do przesypiania lwiej części nocy. Sposób zadziałał. Innym przykładem jest żywienie dzieci –  gdy już wyrastają z etapu butelki i smoczka, daje się im próbować po trochu wszystkiego, by od małego rozwijały zmysł smaku i gdy dorosną, mogły rozprawiać godzinami o różnicach między wodą perrier a vittel;)  To rozwiązuje problem grymaszenia i wpaja na całe życie wzorce kultury kulinarnej. Podobno. Być może ktoś z Was, mający dzieci, przetestował na nich podobne rozwiązania i może napisać, czy działają naprawdę?

Nie muszę chyba dodawać, że podejście Francuzek, dość zdroworozsądkowe, jest szokiem dla amerykańskiej autorki, która z ciekawości zaczyna testować francuski styl wychowania na własnych dzieciach – większość książek zaliczających się do sekcji „frankofilia” pisana jest właśnie z perspektywy Amerykanek. Mam wrażenie, że popularność książek zaglądających Francuzkom do garnków i szaf,  która miała swój początek właśnie w Stanach, to w jakimś sensie efekt fascynacji cierpiącej na przesyt konsumpcyjny Ameryki starą Europą – którą najlepiej zdaje się uosabiać właśnie Francja.  Ich zachwyty i odkrycia kwestiami dla Europejczyków dość oczywistymi (jak to, że po mieście można poruszać się nie tylko samochodem, a pieczywo kupować w piekarni, nie zaś w supermarkecie) bywają zabawne  i momentami irytujące,  gdy osobiste dygresje autorek ciągną się w nieskończoność. Druckermann zachowała jednak odpowiednie proporcje.

Francuzki – podkreśla – gdy zostają mamami, nie przestają być kobietami. Nie poświęcają się bez reszty dzieciom, nie wychowują ich bezstresowo. Nie znaczy to, oczywiście, że są matkami bez serca i zaniedbują swoje potomstwo, lecz  to ich potrzeby są na pierwszym planie, a dzieci od małego muszą dostosowywać się do reguł panujących w społeczeństwie. Zasady wpajane im wówczas procentują, gdy stają się dorosłe. Wszyscy znamy choćby regułę odroczonej przyjemności – badania pokazują, że ci, którzy nauczyli się cierpliwie czekać na gratyfikację, a nie zaspakajają każdej zachcianki od razu, potrafią lepiej koncentrować się na wyznaczonych celach i częściej osiągają sukcesy.

Oczywiście francuskim matkom łatwo cieszyć się życiem i myśleć o sobie,  skoro mają po swojej stronie tamtejszy znakomity system opieki socjalnej, włącznie z darmowymi zabiegami, które mają zapewnić im udane życie seksualne po porodzie (obcokrajowców może to nieźle szokować). To wszystko prawda. Ale podobnie – być może z konieczności – postępowała większość naszych mam w znacznie trudniejszych czasach, kiedy o bezstresowym wychowaniu, podobnie jak o jednorazowych pieluchach, nikt nad Wisłą nie słyszał. Na pozór egoistyczne podejście, ale jeśli założymy, że zadowolona matka równa się zadowolone dziecko, rezultat per saldo jest korzystny dla obu stron.   Może więc warto odczarować pejoratywne z gruntu określenie „zimny wychów” i zastąpić je jakże lepiej brzmiącym „francuskim wychowem”?

A tutaj – gdyby ktoś potrzebował więcej informacji – znalazłam rozmowę z autorką. Książce wróżę w Polsce sporą popularność.

Reklamy
Otagowane , , , , , ,