Tag Archives: wywiad

Potrzeba samoogarnięcia

-Jestem pod wrażeniem rozmowy założycielek strony Element Żeński (świetny pomysł z tą stroną!) z Haliną Bogdańską, opublikowanej w świątecznych „Wysokich Obcasach„.

Halina Bogdańska ma 95 lat, w co trudno uwierzyć, patrząc na zdjęcia i czytając, co mówi. Wygląda może na 70, a radości życia mogłyby pozazdrościć jej dwudziestolatki. Rozmowa jest ważna, bo rzadko w polskiej prasie spotyka się wywiady z kobietami w wieku 50 i więcej lat – z wyjątkiem znanych postaci, choć szczególnie warto słuchać, co takie osoby mają do powiedzenia z perspektywy swoich życiowych doświadczeń. Wszystkie się starzejemy i dobrze korzystać z mądrości tych, które już przeszły tę drogę. Nie każda ma szczęście, by zdążyć porozmawiać w taki sposób z własną babcią. Rzadko też widujemy – nie tylko w mediach – panie w wieku Haliny Bogdańskiej (również tyczy się to 60- czy 70-latek), które przypominałyby babkę z książki „Dzikie łabędzie. Trzy córy Chin” Jung Chang (tę, która zawsze dbała o włosy, czesząc je w misterny kok, a wychodząc z domu, nigdy nie zapominała o pudrze i pomadce). To smutne, ale mam wrażenie, że wiele kobiet w wieku naszych babć i mam po ukończeniu pewnego wieku (dla każdej zapewne jest to inny) symbolicznie kończy się życie, a wraz z nim dbałość o własną kobiecość. Przestają zwracać uwagę na to, co ubierają, czeszą się byle jak, z przyzwyczajenia, zmieniając w istoty pozbawione płci, przyodziane w szarobure worki z byle jakich materiałów,  w smutnych kolorach, przypadkowo ze sobą pozestawianych. Mniej wychodzą do ludzi, skupiają głównie na chorobach własnych oraz bliskich, a nader wszystko – nieustannym narzekaniu. Od razu nasuwają się tutaj porównania z krajami zachodniej Europy, gdzie znacznie częściej na ulicach spotyka się ich rówieśniczki, po których widać na pierwszy rzut oka, że reprezentują odmienne podejście. Przeciw jego zestawianiu z polską średnią przemawia zwykle kontrargument finansowy: 60-letnie Francuzki czy Hiszpanki mają wyższą emeryturę i związane z tym większe możliwości; łatwiej cieszyć się życiem, gdy stać cię na regularne wizyty u kosmetyczki, a przynajmniej raz do roku wyjazd w dowolne miejsce, by odkrywać świat. Ta różnica na niekorzyść (choć trzeba też zauważyć, że polskie seniorki i tak biją aktywnością na głowę panów w swoim wieku – wystarczy przekonać się, jak kształtują się proporcje między płciami na wykładach Uniwersytetu Trzeciego Wieku), może wynikać też z faktu dorastania i młodości w PRL-u, kiedy – paradoksalnie, wbrew hasłom o równouprawnieniu  – mit matki Polki, pracującej zawodowo i zajmującej się domem, dbającej o wszystkich naokoło, tylko nie o siebie, kwitł w najlepsze. Do tego dochodził mit poświęcającej się rodzinie kobiety, lansowany przez polski katolicyzm.

fullsizerender-2

Nie chciałabym się wymądrzać, że czasem nie potrzeba wielkiego budżetu, by nadal dbać regularnie o swoje zdrowie fizyczne, wygląd i powiązaną z tym psychiczną kondycję. Nie wiem, jak to jest żyć za 800 zł emerytury, nie wiem też, jak to jest cierpieć na coraz więcej dolegliwości związanych z wiekiem, więc rady dotyczące samodzielnych ćwiczeń w domu, pozwalających utrzymać formę i ładną postawę, częstego spotykania się z ludźmi, także sporo młodszymi, pozostawania na bieżąco z kulturą, zwłaszcza poprzez czytanie książek i odwiedzanie kina, a także stosowania podstawowych zabiegów higieniczno-kosmetycznych, które można wykonać samemu albo z pomocą kogoś bliskiego – mogą wydać się śmieszne osobom, które wiedzą z autopsji, jak to jest, gdy ma się 60 i więcej lat. Wiem natomiast, że chciałabym – jeśli dożyję takiego wieku – cieszyć się podobnym nastawieniem jak rozmówczyni Elementu Żeńskiego i że wypracowywane obecnie przyzwyczajenia będą mieć na to wydatny wpływ.

W tym kontekście wśród wielu mądrych rzeczy, które mówi Halina Bogdańska, uderza szczególnie jeden fragment: „Chodzę po domu w biżuterii i w takim ubraniu, w którym nie wstydzę się pokazać ludziom. Kiedyś spontanicznie przyszła do mnie znajoma i speszona, stojąc jeszcze w drzwiach, pyta, czy dokądś wychodzę. A ja jej na to: „Nie, właśnie piorę. Skąd takie wrażenie?” „Bo tak się odstrzeliłaś – naszyjnik, bransoletka, kolczyki – jakbyś gdzieś się wybierała”. A ja zawsze tak wyglądam bez względu na to, czy ktoś ma przyjść czy nie. Robię to dla siebie, lubię być zadbana”.

Zauważyłam, że – niezależnie od wieku – największy problem zawsze sprawiają nam ubrania „po domu”. O ile do wyjścia poza dom szykujemy się starannie, po powrocie zwykle nakładamy co bądź, kierując się przede wszystkim zasadą, żeby było nam wygodnie. Stąd nadreprezentacja dresów, wyciągniętych podkoszulek, steranych życiem szlafroków – jednym słowem rzeczy, w których za żadne skarby nie pokazalibyśmy się znajomym z pracy czy sąsiadom. Sama też nie byłam wolna od tego przyzwyczajenia. Jakiś czas temu to się zmieniło. Zaczęłam traktować ubranie „po domu” nie jako gorszą wersję tych wyjściowych, ale jako podlegającą tym samym prawom jedną z kategorii garderoby. Nie kompletuję jej z rzeczy niechcianych, bo tych się zwyczajnie pozbywam. Myślę podobnie jak Halina Bogdańska:

„Robię to dla siebie”. A w drugiej kolejności – dla tych, których w domu spotykam.

Jak wygląda to u Was? Bardzo jestem ciekawa.

Reklamy
Otagowane , , , , , , , , , , , , , ,

Ruchem żółwia

Trafiłam na nią przypadkiem przed świętami wielkanocnymi. W niepozornej księgarni na Centralnym, zaopatrzonej w nowości, których próżno szukać w różnych empikach i trafficach. Była na półce, na którą rzadko zaglądam – gdzieś miedzy działem „Religia” a poradnikami różnego sortu. W jednym, ostatnim egzemplarzu. Tytuł obiecywał spokojną, długą lekturę na tematy istotne, jakiej potrzebowałam bardzo podczas kilku najbliższych wolnych dni. Pierwszych kilka zdań rokowało dobrze i nie trąciło poradnikiem. Kupiłam.


Rzeczywiście, poradnik (mimo podtytułu: „Jak zwolnić tempo i cieszyć się życiem”) to nie jest. Autor, brytyjski dziennikarz Carl Honore, zaczął mieć dość nieustannego pędu, jakiemu poddawał się na co dzień i któremu uległa większość jego znajomych. Olśnienie przeżył kilka lat temu na rzymskim lotnisku, przestępując nerwowo z nogi na nogę w kolejce do hali odlotów. Drażniła go bezczynność, chciałby już gnać przed siebie i robić kilka rzeczy naraz, a nie tkwić tutaj tak bezproduktywnie. Na szczęście pod ręką była jeszcze gazeta. Zaczął ją wertować, przyzwyczajony do szybkiego prześlizgiwania wzrokiem po nagłówkach. Jeden z nich  przykuł jego uwagę. „Jednominutowa bajka na dobranoc” – czyli taka, jaką sam najchętniej czytałby swojemu synowi, żeby nie marnować cennego czasu. Tylko ile warta byłaby taka bajka? – myśli raptem Honore. –  Czy ja już do reszty oszalałem?

Postanawia zwolnić. Tylko jak? Najpierw trzeba zgłębić temat, który – jak się okazuje – na długo przed nim odkryli już inni. Rasowy reporter, jakim jest Honore, stawia na doświadczenie. Nie tylko więc rozmawia z ludźmi, którzy postanowili zwolnić tempo i cieszyć się każdą chwilą, jak krytyk kulinarny Carlo Petrini, założyciel organizacji Slow Food, Bruna Sibille, wiceburmistrz włoskiego miasta Bra, jedna z propagatorek ruchu Citta Slow, czy Dale Burnett, profesor Uniwersytetu Lethbridge, który obmyślił e-wersję Powolnego Czytania. Przepytuje innych, ale sam też uczestniczy – je kolację przygotowaną przez rodzinną włoską restaurację, wysoko punktowaną w slowfoodowych przewodnikach; zapisuje się na kurs medytacji i tantry, w Niemczech słucha koncertu wykonanego w stylu Tempo Gusto. Jak na profesjonalistę przystało, nie dowierza, ogląda wszystko pod światło, analizuje, dopytuje o szczegóły. To znaczy – bardzo się stara, żeby zachować zawodowy dystans i zastrzega wielokrotnie, że występuje właśnie z takiej pozycji. Tyle, że od samego początku widać gołym okiem, że uległ nie lada fascynacji ruchem slow we wszystkich jego odmianach. Efekt bywa więc podobny, jak u pewnego (proszę wybaczyć porównanie) znanego polskiego publicysty z sympatiami po prawej stronie,  który opisując podziwianych przez siebie bohaterów, próbuje – co mu się akurat chwali – utrzymać równowagę. Przytacza więc kontrargumenty lub wypowiedzi oponentów. Lecz gdy ich już zacytuje, nie może się oprzeć, by nie dodać choćby krótkiego zdanka w rodzaju „sporo w tym racji, jednak……” – po którym z reguły następuje autorska interpretacja zachowań bohatera, oczywiście in plus. Tak samo zachowuje się Honore, miejscami balansując na granicy między dziennikarstwem, które stara się opisywać rzeczywistość, nie oceniając jej, a PR-em, nawet jeśli nieświadomym lub prowadzonym w dobrej wierze. Zwrócił mu na to uwagę Łukasz Modelski, którego rozmowę z autorem „Pochwały powolności” znalazłam w ostatnim numerze Twojego Stylu (niestety, tylko w wersji papierowej magazynu, w Internecie jej brak): – W książce często powtarzasz: „Jestem sceptykiem, nie kupuję żadnej teorii” itd. Ale mam wrażenie, że bardzo łatwo dajesz się przekonać – mówi Modelski do autora.  Honore tłumaczy, nie do końca przekonująco: – Starałem się utrzymać równowagę między zdrowym rozsądkiem i przeróżnymi ideologiami, które towarzyszą opisywanym przeze mnie zjawiskom. Wielokrotnie w książce odcinam się na przykład od New Age (…) Dlatego też nie dałem się bardzo głęboko wciągnąć w temat ekologii na przykład. Tak, ruch slow jest bez wątpienia podszyty ekologią. Ale tutaj znów – istnieją miliony książek, tysiące dyskusji, podejścia ideologiczne często, a nie zdroworozsądkowe. Nie chciałem być częścią tej dyskusji. Z natury jestem bardzo sceptyczny. Nie wierzę, serio. (…) Nie lubię „nauczać”, to nie mój styl. Moja specjalność to raczej pokazywanie przykładów, możliwości, skłanianie ludzi do tego, by sami się czymś zainteresowali (…)” (pełny tekst wywiadu w TS nr 5/2012, str. 144-147).

Niech mu tam będzie. Utrata dystansu w książce pisanej z pozycji obiektywnego badacza to zresztą jedyne, do czego można się w „Pochwale powolności” przyczepić. Honore daje do myślenia wszystkim zagonionym. Czy jest sens codziennie gnać przed siebie, nie zwracając nawet uwagi na otoczenie – wygląd budynków, mijanych ludzi, drzewa? Czy wszędzie trzeba koniecznie jeździć samochodem? Połykać byle gdzie byle jaki fast-food, nie czując smaku? Nie mieć czasu na zwykły spacer, łykając profilaktycznie pastylki, których efektów i tak nie widać? Tym, którzy są już zmęczeni podobnym kołowrotem, przedstawia alternatywę w postaci powolnego, a więc świadomego trybu życia w różnych jego aspektach: od kuchni i sypialni, poprzez pracę i codzienność w miejskiej dżungli. Opisuje je rzetelnie (bibliografia do książki liczy kilkadziesiąt pozycji), nie stroniąc od anegdot i przykładów. Chciałoby się pożreć to wszystko jednym kłapnięciem, ale czytelnik sympatyzujący z ruchem slow stopniowo ulega autosugestii: zwalnia i smakuje każde zdanie.

A jego osobiste wybory? Rozstrzygnął je kryzys w branży medialnej: Honore znalazł się na liście zwolnień grupowych. Dziś jest wolnym strzelcem. Pracuje, kiedy chce, gdzie chce i tak długo, jak chce. I rozkoszuje się prostymi przyjemnościami, które opiewa w książce. Stała się bestsellerem, sprawiając, że Honore jako freelancer finansowo radzi sobie nie gorzej od Honore – etatowca, choć ten pierwszy ma więcej czasu dla siebie i rodziny. Sielanka. Oczywiście nie każdemu będzie równie łatwo ją osiągnąć. Ale warto próbować. Ci, którzy uważają się za minimalistów, na razie mogą spokojnie postawić „Pochwałę powolności” na półce obok „The Power of Less” Leo Babauty i „The Joy of Less” Francine Jay.

Otagowane , , , , , , , , , , ,